Bywają projekty zainfekowane klęską już w zaraniu, ale miast skończyć się katastrofą zostają doprowadzone do szczęśliwego końca. Bywają, ale rzadko. Częściej dzieje się tak, że przedsięwzięcie, który ma w sobie ten widoczny tylko dla nielicznych defekt kończy się źle. Za sprawą Opatrzności lub okoliczności, jak zwał, tak zwał, włącza się opcja – katastrofa i nie ma już od niej odwołania. Dobrym przykładem dla zilustrowania powyższego jest historia zdobycia bieguna południowego. Ruszają oto na Antarktydę dwie wyprawy; brytyjska i norweska. Ta pierwsza przygotowywana wielkim nakładem środków, świetnie wyposażona, znakomicie zaopatrzona i żegnana przez tłumy ludzi pewnych sukcesu. Ta druga organizowana przez kilku marynarzy i jednego polarnika wyrusza z małego portu na północy pożyczonym od Nansena statkiem. Uczestników żegnają żony i jacyś znajomkowie. Nabrzeże jest puste. Przed nimi zaś czysty horyzont. To jednak pierwsza wyprawa jest naznaczona klęską. Pułkownik Scott, dowódca, jest powiem człowiekiem nieumiarkowanie ekscentrycznym, co zawsze było starannie skrywane pod maską powściągliwości i manier sztabowych. Ta jego niezdrowa mania ujawnia się jednak niekiedy i zawsze doprowadza do sytuacji przykrych. Oto zabiera pan pułkownik na Antarktydę kuce szetlandzkie, które będą w śniegu ciągnąć sanie z ładunkiem. Zabiera także duży zapas siana, bo jak wiadomo na Antarktydzie nie ma żadnej roślinności, którą zwierzęta te mogłyby się żywić. Jest to pomysł zbrodniczy w swej istocie, bo skazuje na pewną śmierć wielu dobrych i mądrych ludzi. Nikt jednak nie zwraca Scottowi uwagi na ten drobiazg, to on jest dowódcą, autorytetem od spraw lodu i zimna. Ludzie więc słuchają.
Amundsen wypełnił zaś ładownie pożyczonego od Nansena statku „Fram” gromadą rozjuszonych, ujadających i nieludzko śmierdzących psów. One właśnie dociągną jego sanie do bieguna południowego. Kiedy zabrakło mięsa dla czworonogów Amundsen zabijał po kolei psy i ich ciałami karmił pozostałe. Wyprawa na biegun była dla niego wycieczką. Nikt nie zginął, nic się nikomu nie stało. Zwyciężył.
Wśród dostępnych naszym oczom projektów politycznych skażonych klęską najbardziej jawnym przykładem ilustrującym powyższe jest projekt wygrania wyborów prezydenckich przez PO. Oto mamy kampanię, która toczy się wśród nieznanych poprzednim kampaniom ograniczeń. To utrudnia działania, ale z drugiej strony je ułatwia. Ułatwia ponieważ po śmierci prezydenta i jego współpracowników doskonale widać jakie są reakcje społeczeństwa na tę śmierć. A jeśli widać to należałoby przedsięwziąć jakąś stosowną do tych reakcji strategię. Czyli mówiąc po prostu jakoś tych ludzi, którzy okazali wierność Lechowi Kaczyńskiemu do siebie zachęcić. Dzieje się jednak zgoła coś przeciwnego. Począwszy od łamów najpoczytniejszego dziennika na panu marszałku kończąc (o premierze nie ma co wspominać) wszyscy zachowują się tak, jakby nie rozumieli czym jest strategia wyborcza i o co chodzi w demokratycznych wyborach. Najpoczytniejszy dziennik zajmuje się, ustami, mianowanych przez naczelnego autorytetów, umniejszaniem roli zmarłego prezydenta, wyśmiewaniem żałoby i nazywaniem jej „reakcją serialową” (Stefan Chwin), zaś pan marszałek bagatelizuje fakt odnalezienie w miejscu katastrofy ludzkich szczątków. Tutaj chciałbym napisać coś specjalnie dla pana marszałka, gdyż do głębi poruszony jestem jego empatią.
Oto zdarzyło mi się kilka razy czekać z moimi zwierzętami w kolejce do weterynarza. Nie mam specjalnego sentymentu do tych moich sierściuchów, ale leczyć je przecież trzeba. No i tam w tej kolejce widziałem, jak ludzie reagują kiedy lekarz oznajmia im, że psa lub kota trzeba uśpić, bo już się nic niestety więcej zrobić nie da. Otóż ludzie ci płakali najszczerszymi łzami, szlochali stojąc całymi rodzinami w tej poczekalni i nie można było ich uspokoić. Pan, panie marszałku może oczywiście w to nie uwierzyć, ale radziłbym wziąć ów fakt pod uwagę kiedy następnym razem będzie się pan wypowiadał na temat smoleńskich wydarzeń.
Zachowanie autorytetów i polityków PO jest z mojego punktu widzenia całkowicie niezrozumiałe, ale ja należę do ludzi, którzy chcą zwyciężać zawsze i wszędzie, do ludzi, którzy nie liczą się z porażką i sama myśl o niej doprowadza mnie do furii, a potem do rewizji postępowania i szukania skutecznych rozwiązań. Odwrotnie zachowuje się pan Bartoszewski, panowie Kuc i Niesiołowski. Oni postanowili przegrać za Komorowskiego te wybory. Właściwie nie rozumiem dlaczego, bo dla mnie samego wcale nie jest takie pewne, że wygra je Jarosław Kaczyński, chociaż na niego właśnie będę głosował.
Wrócę jeszcze na chwilę do najpoczytniejszego dziennika. Oto okazało się, że 20 lat pracy poszło na marne. Nie udało się niestety wychować alternatywnego narodu, któremu można by cedzić do ucha różne sprzedażowe nowinki i pobierać za to pieniążki. Ludzie, jak dawniej wychodzą na ulicę i tam się modlą, bo mają taką potrzebę. Wypadałoby więc jakoś na to zareagować. Czy ja wiem, jak? Może trzeba by wynająć Szymona Hołownię, żeby coś tym ludziom poopowiadał, żeby ich przekonał, że PO to nie taka zła partia i wśród jej członków są jeszcze ludzie, którzy potrafią spędzać czas w sposób umiarkowany i przyzwoity. Niekoniecznie tak, jak pan Drzewiecki. No, ale najpoczytniejszy dziennik miast Hołowni wypuszcza na pierwszą linię Chwina i mamy to co mamy.
Pozostaje jeszcze wymieniona w tytule ostatnia deska ratunku. Może to kogoś zaskoczy, ale ja uważam, że tą ostatnią deską jest narracja zatytułowana „Zwykli Rosjanie”. Narracja ta używana jest po to, by przekonać przerażonych wizją ruskiego najazdu czytelników książki „Wojna Iwana” do pojednania polsko-rosyjskiego. Narracja ta w żaden sposób nie może być adresowana do „zwykłych Rosjan” ponieważ oni, jeśli istnieją, nigdy tu nie zawitają. Ów najazd, którego tak boi się wielu Polaków dokonany zostanie przez Rosjan niezwykłych, na których nie będzie działać żadna z dostępnych nam narracji. Nawet złoty zegarek nie pomoże. Opowieści o „zwykłych Rosjanach” adresowane są tak naprawdę do Polaków. W Rosji nikt ich nie zrozumie, a jeśli nawet to puści mimo uszu, no bo co ich to może obchodzić. To Polacy mają uwierzyć, że istnieją zwykli Rosjanie i oni chcą rzeczywiście pojednania z nami, że żyją tak jak my i mają podobne problemy. Może i żyją, ale jak mówię, my ich nigdy tu nad Wisłą nie zobaczymy.
Pomimo wyśmiania przez większość z nas idei „pojednania na grobach czerwonoarmistów” wydawało się, że ostatnia deska ratunku czyli owo pojednanie i korzyści z niego płynące są we właściwych rękach. Wydawało się tak nawet po tym , jak jakiś facet z „Memoriału” najbezczelniej oświadczył, że Miedwiediew mógł nie wiedzieć o tym, iż przekazuje Komorowskiemu papiery, które są znane od dawna. Tak się wydawało, bo ludzie w Polsce naprawdę chcą w to cholerne pojednanie uwierzyć. Niestety okazało się wczoraj, że ostatnia deska ratunku została wyrwana z właściwych rąk. Wyrwał ją zaś Jarosław Kaczyński, który zaprezentował się nam wszystkim, bo to przecież dla nas było robione, ze strony tak zaskakującej, że nawet ja nie mogłem w to uwierzyć. To jest właśnie ta narracja, której mi brakowało i nie zmienią tego żadne szyderstwa z pianina czy dzbanka. To jest oznaka potencjalnego sukcesu. Wyraźna.
Deski już nie ma, ale to nie znaczy, że zwycięstwo Kaczyńskiego jest pewne. PO bowiem może zrobić jeszcze wiele różnych rzeczy. Także brzydkich. Nie wiem, jak to się skończy, ale wiem, że jeśli wybory wygra pan marszałek będzie musiał rządzić Polską przy znacznej pomocy tajnej policji. Tak jak to się odbywało w świętej pamięci Austro- Węgrzech lub nawet w Królestwie Kongresowym. Czego nikomu, a najbardziej sobie nie życzę.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)