Igor Janke napisał dziś, że Jarosław Kaczyński zgodził się rozpocząć kampanię wyborczą od udzielenia wywiadu blogerom z salonu 24. Mam nadzieję, że to prawda, a nie jakaś podpucha i komentował to będę właśnie w ten sposób, wierząc, że tak się właśnie stanie, że ten wywiad będzie tu w salonie o 14, tak jak to napisał Igor Janke.
Tego rodzaju posunięcie, bo przecież nie jest to gest, jasno wskazuje gdzie Jarosław Kaczyński widzi największą medialną siłę. Nie samym salonie bynajmniej, ale w sieci. Wobec całkowitego oddania prywatnych telewizji w ręce przeciwników prezes PiS zwraca się do blogerów. To ważna rzecz. To prawie tak, jakbyśmy stali po stronie George’a Washingtona forsującego zimą rzekę Delaware. Nic taniej. To my jesteśmy armią ochotników i nic już tego zmienić nie może po tym wywiadzie.
Jest oczywiście siła, są sztaby wyborcze, jest przekaz medialny i wielka chęć by „odsłonić prawdziwą twarz Kaczyńskiego”. Jest i co z tego. Platforma po raz kolejny zaspała, a może nawet zlekceważyła internautów. No, ale jak miała ich nie zlekceważyć po jesiennej medialnej nagonce na chamstwo w Internecie i postulaty zwalczania owego chamstwa formułowane przez Jacka Żakowskiego i podtrzymywane przez dziennikarzy GW? Ma się teraz marszałek Komorwski bratać z chamstwem? No może się i pobrata, ale jest już za późno.
Nie wiem jakie pytania zadawali blogerzy Jarosławowi Kaczyńskiemu, ale hasłem dnia jest kompromis. To ważne. Kiedyś ktoś mnie pytał dlaczego uważam Jarosława Kaczyńskiego za polityka wybitnego. Teraz wszyscy dostaliśmy odpowiedź. Jest to w dodatku odpowiedź wykluczająca jakikolwiek poważny kontratak. Nie odrzuca się wyciągniętej ręki w takich okolicznościach. Jeśli ktoś to robi daje tym samym oczywisty dowód swoich nieczystych i wręcz złych intencji. Argument – bo ja wiem, jaki on jest naprawdę - jest argumentem tchórza, który dostał kiedyś porządne wciry i boi się powtórki.
Posunięcie Jarosława Kaczyńskiego jest więc ważne z dwóch powodów; nobilituje Internet i jasno wskazuje, że jest to medium ważniejsze do telewizji z „Tańcem z gwiazdami” i programem Lisa oraz zmusza Platformę do rezygnacji z agresywnej retoryki. PO ma bowiem teraz dwa wyjścia – siadać do rozmów z Jarosławem Kaczyńskim prowadzić poważną debatę, nie o miłości i jabłkach bynajmniej lub iść na całego i wylewać codziennie na prezesa PiS kubły pomyj. Tylko co sobie wyborca pomyśli o partii, w której nagromadziło się aż tyle pomyj?
Na koniec anegdota, z mojej ulubionej epoki. W roku 1790 nad granicą Czech Fryderyk Wilhelm król Prus zgromadził olbrzymią armię, która miała uderzyć od tyłu na walczącą z Turcją Austrię. Celem kampanii było odebranie Wiedniowi Czech i zredukowanie habsburskiej monarchii do roli podrzędnego wasala Berlina. Na tronie w Wiedniu siedział wtedy Leopold II, monarcha który, według potocznych wyobrażeń, nie rokował żadnych nadziei na to, że potrafi uporać się z tą sytuacją. Prusacy trzymali pod bronią tysiące żołnierzy gotowych do walki. Korpusy austriackie manewrowały w tym czasie na Bałkanach. Nie było ratunku. Fryderyk Wilhelm zgodził się na rokowania licząc, że i tak nie przyniosą one żadnego rezultatu, a jego żołnierze wkroczą w czeskie doliny paląc i grabiąc wszystko co napotkają na drodze. Stało się jednak inaczej. Spokojny i mądry cesarz Leopold podpisał z Prusami pokój, zwany pokojem w Reichenbach (dziś Dzierżoniów). Zgodził się na drobny kompromis, który ocalił jego państwo – wycofał się z wojny tureckiej bez zdobyczy. Prusom pokój ten nie przyniósł nic poza olbrzymimi kosztami utrzymywania armii w ciągłej gotowości. Tak to właśnie jest z tymi drobnymi i nic nie znaczącymi gestami.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)