401 obserwujących
2903 notki
12266k odsłon
6419 odsłon

Brzeziński, Wróblewski i owady

Wykop Skomentuj161

Nasza bezczelność była tak skandaliczna, że najbardziej surowy i wymagający nauczyciel w całej szkole, pan Władysław od hodowli lasu, widząc naszą gablotę, wstał od stołu, podszedł do okna i przez cały czas naszego pobytu w sali egzaminacyjnej nie odwrócił się do nas i nie odezwał się słowem. Pan od ochrony, w którym musiałem uruchomić jakieś pokłady sadyzmu zaczął nam zadawać pytania, my zaś zaczęliśmy kłamać. Na koniec zapytał: to jak się nazywał ten profesor, z którym konsultowaliście tę swoją pracę? Zrobiłem minę, która wywołała na twarzy siedzącego obok nauczyciela użytkowania lasu tak bezbrzeżny smutek, że o mało się nie rozpłakał. Milczałem, bo nie mogłem sobie przypomnieć nazwiska tego faceta, którego przecież nie widzieliśmy nigdy w życiu, a tylko tak, dla uwiarygodnienia naszej pracy postanowiliśmy wpleść go w naszą dyplomową narrację. Milczałem, a na moim czole pojawiały się coraz większe krople potu. Słyszałem jak kolega Piotrek przełyka ślinę i jak szumią drzewa za zamkniętym oknem, przy którym stał pan Władysław. W końcu doznałem olśnienia. Przypomniałem sobie to nazwisko, tak mi się przynajmniej wydawało, że było to właśnie to nazwisko. Słyszałem je bowiem gdzieś i obijało się ono o moje uszy wiele razy. Nie zastanawiałem się dłużej i zdradziłem je panu od ochrony lasu. - Zbigniew Brzeziński – powiedziałem głośno i wyraźnie – on się nazywał Zbigniew Brzeziński. Pan od ochrony lasu wydawał się bardziej przestraszony niż zaskoczony, może bał się, że zacznę mówić coś jeszcze, może przyszło mu do głowy, że kiedy padnie z moich ust jeszcze jedno zdanie, stojący przy oknie Władek otworzy je, wskoczy na parapet i wzbije się chwilę później swobodnym lotem z drugiego piętra. Wszystko wskazywało właśnie na taki scenariusz. Pan od ochrony postawił nam po trójce z plusem i kazał uciekać. Popędziliśmy jakby się za nami paliło.

Do dziś uważam, że to co wtedy zrobiłem z nazwiskiem Zbigniewa Brzezińskiego jest jednym sensownym zastosowaniem samego Brzezińskiego jak i jego rozlicznych kompetencji. Do niczego innego bowiem pan ów się nie nadaje i do niczego nie jest nam potrzebny.

Teraz Wróblewski. Wczoraj obejrzałem sobie jego nagranie. Najpierw z włączonym głośnikiem, a potem z wyłączonym. Polecam ten drugi sposób. Dokładnie widać tam bowiem jak strasznie Wróblewski kłamie. Widać tam dokładnie, że jest on od początku zamieszany w całą sprawę i dobrze wiedział jak to się skończy. Całe to przedstawienie zorganizowane zostało w sposób właściwy sprzedawcom noży Zollingen i odkurzaczy Rainbows, zawodowych oszustów wciskających ciemnotę emerytom. To co Wróblewski mówi jest jeszcze bardziej skandaliczne niż to jak wygląda.

Dylematy dziennikarzy w Polsce nie polegają na tym by wybrać co jest lesze: trotyl czy cząstki. To tak nie wygląda. A jeśli tak było jak mówi Wróblewski to znaczy, że wraz z Hajdarowiczem wrobił on Gmyza w ten syf po to, by skompromitować Kaczyńskiego przez 11 listopada. Nie wierzę w ani jedno słowo Tomasza Wróblewskiego. To jest motylek z lampy, pomazany cieniem do powiek. Reprezentuje ten sam poziom autentyczności. Jestem przekonany, że już wkrótce Wróblewski znajdzie nową pracę, być może w Axel Springer Polska albo wręcz w Agorze. Najgorsze zaś jest to co mówił Wróblewski o ochronie źródeł. Źródła Gmyza to prokuratorzy, którzy go po prostu wsadzili na minę. Uwiarygodnił ich zaś Seremet i sam Wróblewski. Redakcja traktująca poważnie siebie i swoich pracowników ujawniłaby tych prokuratorów od razu. Po to, by każdy kolejny, który przychodzi z wyciągniętą łapą do naczelnego lub wydawcy i mówi, że ma ciekawe informacje liczył się z konsekwencjami. Nie przyjmuję do wiadomości bredni o ochronie źródeł. Bo takie źródła nie mogą być chronione, one trzymają redakcję na pasku i pogrywają z dziennikarzami jak chcą. To jest całkowite pomieszanie pojęć. I nie ma się doprawdy co martwić o to, że zabraknie źródeł. Ludzie zawsze chcą zarobić, a wielu z nich ma naturę donosicieli. Będą więc zawsze przychodzić do gazet lub do nich dzwonić, żeby pochwalić się tym co wiedzą.

Wróblewskiemu nic się nie stanie. Jednymi pokrzywdzonym w tej sprawie będzie Gmyz, a być może nawet nie on. Być może tylko my zostaniemy tutaj zrobieni w bambuko i wystawieni do wiatru. Zobaczycie.

 

Przypominam także, że sprzedajemy ostatnie egzemplarze „Dzieci peerelu”. Książka jest jeszcze dostępna w hurtowniach na Kolejowej w Warszawie, w księgarni Wojskowej w Łodzi oraz w sklepie FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie i jeszcze w księgarni http://www.ksiazkiprzyherbacie.otwarte24.pl/ . Już za chwilę jej nie będzie. Na razie nie planujemy wznowienia.

 

Książki nasze zaś można kupić w księgarniach:

 

Księgarnia Wojskowa, Tuwima 34, Łódź

Księgarnia przy ul. 3 maja Lublin

Tarabuk – Browarna 6 w Warszawie

Ukryte Miasto – Noakowskiego 16 w Warszawie

W sklepie FOTO MAG przy stacji metra Stokłosy w Warszawie

U Karmelitów w Poznaniu, Działowa 25

W księgarni Gazety Polskiej w Ostrowie Wielkopolskim

W księgarni Biały Kruk w Kartuzach

W księgarni „Wolne Słowo” w Katowicach przy ul. 3 maja.

W księgarniach internetowych www.multibook.pl  i „Książki przy herbacie” oraz w księgarni „Sanctus” w Wałbrzychu.

No i oczywiście na stronie www.coryllus.pl

Wykop Skomentuj161
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale