Polskie miasta w ostatnich latach opanowała plaga specyficznego wandalizmu. Polega on na tym, ze wszelkie wolne przestrzenie bedące własnością publiczną (a więc, według skażonego niemal półwieczem komunizmu słownika - niczyją) są obklejane różnego rodzaju naklejkami z chałupniczo wytworzonymi, z reguły bzdurnymi (dobitne przykłady w artykule), tekścikami i rysunkami.
Wandale upodobali sobie zwłaszcza wnętrza miejskich autobusów, znaki drogowe, słupki i wiaty przystankowe. Efektem jest powszechny śmietnik w postaci naklejek i ich odrapanych resztek - wszystko ponalepiane niechlujnie, krzywo, bez ładu i składu. Wystarczy popatrzeć na tylne drzwi i w ogóle całą przestrzeń z tyłu dowolnego autobusu - chociazby w Warszawie.
Wydawałoby się, że media powinny wobec wandalizmu mieć zdanie jasne. Ale nie - nie Gazeta Wyborcza. W swoim portalu, w części warszawskiej zamieszcza ona materiał o wystawie tego typu wytworów (nazywane jest to w tych kręgach "vlepkami"). Już w leadzie, żeby ktos niezorientowany nie pomyślał, że wandalizm to wandalizm, Gazeta Wyborcza uświadamia obywateli. Vlepki to nie wandalizm, tylko sztuka okołoludowa, folklor miejski - raczy twierdzić pani Magda Dąbała, współorganizatorka wystawy. Pani współorganizatorka nie wypowiada się czy wspuściła ten "folklor miejski" na przykład na karoserię swojego samochodu lub pozwoliła "ovlepkować" drzwi do swojego mieszkania albo swoją torebkę.Jedźmy dalej. Wytwory wandali określone są w tekście jako obiekty sztuki ulotnej. Jak go zwał - tak go zwał, meritum problemu to nie zmienia. Kilka przykładów "głębi" tej "sztuki": moja macocha jest wątróbką czy Platon czekoladowy baton - to drugie nazwane jest hitem grupy Twożywo.
Następnie wypowiada się niejaki V.Ziutek. Ów stołeczny weteran vlepkarstwa śmie porównywać drobnych wandalików niszczących mienie publiczne do... autorów akcji małego sabotażu w czasie wojny. Kretynizmy wytwarzane przez zblazowanych niszczycieli zrównuje z aktami patriotycznego bohaterstwa, co autorka artykułu przyjmuje bez mrugnięcia okiem.
Później pan "weteran" snuje wspomnienia: spotykaliśmy się czasami na wspólne wlepianie. 20 vlepkarzy jechało wtedy jednym autobusem. Szkoda że odpowiednie "autorytety" już wcześniej skutecznie wyleczyły policję z woli właściwego reagowania na tego typu "proces twórczy".
Oczywiście środowisko "vlepkarskie" nie jest jakąś zgrają dzikusów i wandali także dlatego, ze ma swój - uwaga - kodeks ! Nie wlepia się w autobusach nowych i zabytkowych. Niestety nie podano zadnego linka do pełnego tekstu tegoż kodeksu, nie wiemy więc czy któryś z jego paragrafów nie wspomina jaki autobus jest "nowy", a jaki już nie, czy też kogo konkretne taki "kodeks" obowiązuje. Ważne jest, że czytelnik ma odnieść wrażenie, zresztą wbrew temu, co codziennie widzi na własne oczy, że ma do czynienia z artystami rozumiejącymi i honorowymi - w dodatku zaangażowanymi, prawie bohaterami.
Na koniec redaktorka oddaje głos weteranowi Ziutkowi, który dzieli się swym mrożącym krew w żyłach przeżyciem: Kiedyś ruszył na mnie w autobusie współpasażer, starszy pan (...) na szczęście najpierw spojrzał na vlepkę. A to był obrazek w hołdzie Wiechowi w rocznicę jego śmierci. I on się bardzo ucieszył! A więc Ziutek - patriota lokalny, którego rozgrzeszają nawet "starsi panowie" - którzy często w Gazecie Wyborczej uosabiają wszytko co w społeczeństwie najgorsze - nienowoczesne, niepostępowe, wsteczne wręcz.
Gdyby ktoś chciał zwiedzić wystawę owej "twórczości", może to zrobić pod warunkiem, że przyjdzie z własną "vlepką". Widać więc, że nie jest to w zamierzeniu impreza dla normalnych ludzi.
Pocieszające jest to, że większość komentujących tekst na forum Gazety Wyborczej (nawet nie licząc mnie) nazywa rzeczy po imieniu. Niestety, obawiam się, że inna część czytelników, ta, która zajmuje się produkowaniem tego typu "sztuki" poczuje się, nie po raz zresztą pierwszy przez Gazetę Wyborczą wsparta i umocnione w swej wandalskiej postawie. Niestety, ta gazeta na kazdym kroku wydaje się dawać do zrozumienia, że wszystko co sprzeciwia się ładowi i porządkowi publicznemu jest jak najbardziej pożądane. Nawet jeśli są to tylko śmieciowe naklejki. A im (Gazecie Wyborczej) chodzi czesto o coś więcej.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)