Niejaki Adam Jastrzębski, zwyczajny wandal, który powinien budzić zainteresowanie wyłacznie sądu grodzkiego, a z nieznanych mi przyczyn zwany "słynnym artystą ulicznym" , dostał zezwolenie na przeprowadzenie imprezy. Impreza polegała na tym, że pan Jastrzębski najpierw nauczył dzieci jak się tworzy tzw. vlepki (papierowe naklejki służace do niszczenia mienia publicznego: autobusów, znaków drogowych, rozkładów jazdy) a potem razem z nimi poobklejał gmach kina Iluzjion w Warszawie.
Wątpliwości co do tego, jaki cel przyświeca organizatorom tego zadziwiającego zajścia rozwiewa pani "Kasia" (Katarzyna?) Domagalska: Chcemy, żeby kolorowa, wesoła i spontaniczna sztuka dziecięca wychodziła w przestrzeń publiczną.
Ja niezmiennie powtarzam róznego rodzaju "Kasiom" i" Adamom": waszą "spontaniczną sztukę dziecięcą" wpuszczajcie sobie na własne drzwi wejściowe, meble, samochody i przede wszystkim czoła. Natomiast dzieci nalezy przede wszystkim wandalizmu oduczać, a nie do niego podżegać.
Relację z owej durnej "imprezy" oczywiście skwapliwie zamieściła Gazeta Wyborcza w swojej niezawodnie postępowej wkładce warszawskiej.
Nie chce mi się już podpowiadać redaktorom, czego jeszcze można nauczyć małe dzieci - np. jak się podkradać na bocznice kolejowe ze sprejami, żeby SOK-iści nie złapali, jakim kamieniem szlifierskim najlepiej skreczuje się szyby w tramwajach, czy może którym rodzajem śmietnika najłatwiej wybijać szyby na przystankach. Ale myślę, że podpowiadać nie muszę, bo przecież Gazeta Wyborcza też jest za tym, żeby sztuka dziecięca wychodziłą w przestrzeń publiczną ii na pewno wkrótce pociągnie temat.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)