Zerkałem wczoraj na to wielkie wydarzenie muzyczne - przez palce patrząc na całą tę zabawę z "globalnym ociepleniem"- no niby to jest obecnie temat w pewnych kregach bardzo modny, ale pal tam licho. Jak zgasimy zbędną żarówkę, to zapłacimy mniej za prąd - i choćby dlatego warto to zrobić.
Ale chodzi mi o aspekt czysto muzyczny. W piątek naiwnie wziąłem dużą kartkę i zasiadłem przed komputerem, żeby sobie spisać jakież to zespoły mnie interesujace wystąpią, gdzie i o której godzinie. Trochę, przyznam, patrzyłem na to przez pryzmat Live Aid, gdzie prawdziwa gwiazda prawdziwą gwiazdę prawdziwą gwiazdą poganiała. Więc troszkę byłem zdziwiony, jak po przejrzeniu całej "agendy" koncertów moja kartka pozostała prawie czysta - no, prawie- bo oczywiście Genesis, The Police i Roger Waters na niej zagościły.
No i przyszła sobota - więc na ile mogłem, to koncerty w TVP Kultura śledziłem (szczęściarz ze mnie, kupa ludzi płaci abonament i w sobotę mogła co najwyżej sobe "Familiadę" pośledzić"). No i patrzę w ten telewizor - i widzę, że obecnie za wielkie gwiazdy światowego formatu "robią" artystki w rodzaju p. Rihanna - która swoje beznadziejne piosenki śpiewa tak nieczysto, że komentujący w studiu p. Chojnacki nie miał wątpliwości, że nie był to playback. Albo inne "Pussycat Dolls" - czyli występ z piosenkami równie beznadziejnymi, jeśli nie beznadziejniejszymi - ale za to panie dokładnie pokazały skąpą garderobę oraz to, co miały pod nią. Zresztą było to równie beznadziejne, jak i występ - jakieś szczególnie urodziwe ani zgrabne to one nie były. Słusznie p. Kosiński w studiu zauważył to, co ja sam, że paniom ewidentnie zabrało na scenie rury.
Rozczarował mnie zespół Keane - bo jak słuchałem studyjnych wersji kilku utworów, to były one nawet interesujące - ale okazuje się, że, jak każda gwiazda jednego przeboju, poza wtórnością i brakiem polotu nie mieli nic do zaoferowania. Zupełnym nieporozumieniem był niejaki James Blunt - facetowi udało się nagrac jeden przebój, na koncercie zaprezentował jakieś dwa tegoż przeboju klony i - tu chyba ukłon w stronę usypiającej publiczności - cover przeboju Cata Stevensa - co najlepiej śwadczy o tym, co ów artysta ma do zaoferowania.
Potem jeszcze męczyli ludzi panowie z zespołu "Beastie Boys" - ubrani w zielone garnitury przez kilkanaście minut wykrzykiwali coś bez ładu i składu - i to był cały ich "występ".
No, była Metallica - troszkę wyliniała, zespół raczej repertuarem w moje gusta nietrafiający - ale to, co zaprezentowali miało ręce i nogi i w pełni uzasadniało obecność tego zespołu na imprezie, która raczyła zabawiać cały świat i zbawiać cały świat. Było The Police - szczerze powiem, że liczyłem na więcej. Występ był jakiś taki... powiewający nudą. Rozbudowane ponad miarę piosenki, w końcu proste, w poetyce "nowej fali", raczej nużyły niż porywały. Solowy występ Stinga w Warszawie przed dwoma laty sprawiał lepsze wrażenie (mimo dennego nagłośnienia by Orange). I jeszcze w finale do Message In The Bottle "zatrudniono" jakiegoś Murzyna, który tylko przeszkadzał.
Na szczęście byli tacy, którzy nie zawiedli! Roger Waters, który zagrał (śpiewanie przemilczmy...) to, co trzeba i tak, jak trzeba (szkoda, że jednak z Gilmourem się nie dogadali i tamten działa jako "prawie Pink Floyd", a Waters tenuje jakieś łże-operowe dziwactwa, zamiast występować razem i może coś wspólnie jeszcze spłodzić - po kilkunastu latach milczenia wspólne wejście do studia mogóby zaowocowac naprawdę świeżym i wartościowym repertuarem.
Ale przede wszystkim warto było popatrzeć i posłuchać Genesis - Wprawdzie tylko trzy kawałki - ale jakie! Panowe w formie doskonałej - instrumentalnie a P.Collins - wokalnie i w ogóle scenicznie. Występ taki - jaki być powinien - przeboje, wielkie hity, to, na co czekała publiczność - bez mizdrzenia się, bez udziwniania, bez przynudzania. No i bez... fałszowania, co nie było na Live Earth takie oczywiste.
Generalnie nie jestem jednak optymistą. Jeżeli honoru przemysłu muzycznego w roku 2007 bronią głównie Phil Collins i Roger Waters, którzy w końcu mogliby być dziadkami niejednej z osób na widowni, to chyba z muzyką w ogóle jest bardzo źle! Dlatego śpieszmy się kochac Phila Collinsa, kochajmy Rogera Watersa, kochajmy Stinga, cieszmy się, że jest jeszcze Peter Gabriel, dziękujmy za nową płytę Kate Bush, oglądajmy koncerty Deep Purple - bo jak ich już nie będzie na tym świecie to... będziemy się wszyscy musieli zadowolić takim panem Jamesem Bluntem, który nie potrafi sklecić miniwystępu z własnych piosenek i musi się uciekac do Cata Stevensa!


Komentarze
Pokaż komentarze (10)