Troszkę potrzeba się było pozbierać po "wielkiej" i "nieprzewidzianej" tragedii, która dotknęła święty świat muzyczny, zanim jakieś ciekawe wrażenia, godne opisania z głowy mi wyszły. Święty Świat Muzyczny, który w końcu tak dobrze dba o wszelkie kury znoszące złote jajka, a o utalentowane kury znoszące złote jajka jeszcze bardziej, gdyż można być wypromowanym beztalenciem lub też talenciem, które nie do końca pragnie promocji, aczkowliek zachwyca się kasą, tym niemniej oba zostają wypromowane i osiągają szumny sukces. Wszystko na tle świata, gdzie piosenki w stylu hops-hops, jak "Ups I did it again" trafiają do oczu odbiorcy zaraz obok lirycznych przepychanek ze samym sobą jak "Love is a loosing game".
Niestety, piszę to z wielkim żalem, bo oba te utwory zaraz próbują urastać do rangi hitu i tak gubi się sens przekazu, odbioru sztuki. Bo oba wcale na miano takie nie zasługują. Jedno jest nowoczesną, wiejską przyśpiewką do zabaw tanecznych, drugie niesie część czyjejś osobowości. Lecz dzisiaj nie ważne co jest zawarte w pieśni, ważne gdzie jest na listach przebojów, za ile się sprzedało oraz ile nagród dostał artysta. Problemy zaś osobiste stają się kanwą budowania mitu ekscentryzmu, które nomen omen potrzebny jest tylko do podbicia sprzedaży płyty, vel zarabiania mamony. Są osobniki, które doskonale radzą sobie w tym stadzie i inteligentnie wykorzystują tłumy odbiorców telewizji i taniej rozrywki w internecie, z zimną kalkulacją oferując im "skandale" z ich osobistego życia, a i są również tacy, którzy skandalu niekoniecznie chcą, tym niemniej ich życie prywatne trafia w szpony fanów i mediów zaraz po tym jak tylko ktoś usłyszy, że są gwiazdą. Taki patchwork lgnei potem do człowieka i cokolwiek by nie robił, w myśli innych pozostaje np. ekscentrycznym narkomanem z problemami z ojcem. Kto z nas chciałby żyć z taką łatką za cenę sukcesu?
Amy Winehouse, bo o niej w końcu chciałbym kilka słów napisać, nie jest postacią wybitną, ani też gwiazdą, ani też herosem walki z nałogami, przynajmniej nie dla mnie. Czuję się winny te parę komplementów jej powiedzieć, jako, że jej śmierć rzeczywiście mnie poruszyła. Nie na poziomie metafizycznym, po to bym jako jej fan jechał pod bramę jej domu, rozrywał koszulę i wrzeszczał "Kocham Cię Amy! Wróć!", a raczej na poziomie zwyklym, ludzkim. Muzyka, którą pisała nie raz koiła moje emocje, myśli, serce, więc jakby poprzez tę muzykę poczułem się troszkę związany z Amy, choć zdecydowanie nie znam jej i nie chcę ginąć w potoku wielkich mówców, którzy wieścili jej rychły koniec i obwiniają o wszystko narkotyki. Ba - ciekawe co by powiedzieli, gdyby śmierć Amy nie wynikała z tajemniczego zażycia nieodpowiednich środków, a jedynie z powodu głupiego wypadku, jak chociażby poślizgnięcie się na plamie oleju? Powstałby problem, bo jak tutaj budować monumentalny pomik gwiazdy-ćpunki, której nie zabiły narkotyki? Osobiście dopuszczam taką możliwość, dlatego zamiast wymądrzać się co doprowadziło do jej śmierci, pozostaje we mnie szczery żal, że nie dane mi będzie posłuchać tego, co by wyszło z jej strun głosowych w miarę dojrzewania w życiu i pokonywania kolejnych jego etapów. Skłania mnie to również do refleksji nad kruchością ludzkiego losu oraz nad faktem, że gdy w życiu coś się kończy - kończy się permanentnie i tego już nie ma.
Doceńmy więc tę parę piosenek, które dała nam od siebie. Żegnaj Amy - utalentowana piosenkarko.


Komentarze
Pokaż komentarze