1 obserwujący
37 notek
23k odsłony
  290   0

Wizje czyli chwała fantastom.

Czasy mamy niebywałe i ciągle zaskakujące. Rojenia wróżbitów, przepowiednie, objawienia i wszelkiego rodzaju teorie spiskowe dostały nagle nowej siły. To chyba zwykła kolej rzeczy - w czasach niepewności, czasach wyczuwalnego przesilenia nadstawiamy ucha próbując rozgryźć to co czai się w przyszłości, wypatrujemy światła prawdy z każdego kierunku.

Społeczne lęki i emocje znajdują swe odbicie w popkulturze - najbardziej jaskrawe przykłady jakie mi przychodzą do głowy to cała seria filmów o samotnych mścicielach powstała w latach osiemdziesiątych, gdy statystyki przestępczości wybijały szczyty za oceanem.

Czasy pandemiczne też znalazły już swe odbicie na tym polu. Konkretnie mam na myśli film "Songbird". Obejrzyjcie państwo zwiastun na Youtubie, już sam widok zapuszczonych miast, wymarłych ulic i słowa o tym, że "zaczynamy 213 tydzień lockdown'u" sprawia, że ciarki przechodzą po plecach.

Ale dziś nie o filmach. Dziś kilka skojarzeń z literatury. Pisałem już kiedyś, że lubię fantastykę. Chyba najbardziej za to że nie ma granic, że rozwala formy i konwenanse, nagina czas i przestrzeń, a autorzy przenosząc swych bohaterów na drugi koniec galaktyki nadal zadają pytania towarzyszące ludzkości od jej zarania. Fantaści bowiem nieustannie bawią się pytaniem - co by było gdyby? Obserwując czasy nam współczesne wyławiają trendy, filozofie, technologie, nadzieje i lęki a potem ciągną to na skraj, tworzą wyobrażenie o świecie za lat 10, 20 i 100. Czytam od lat w Nowej Fantastyce krótkie formy i widziałem już wyraźny nurt "islamski" będący pokłosiem wojny z terrorem czy też nurt "ekonomicznej apokalipsy" po kryzysie roku 2008. Ostatnio wysypało dużo tekstów o SI, o sieciach, sterowanych aplikacjami społeczeństwach, ale może i to już przebrzmiało bo kolejne numery docierają do mnie z poślizgiem.

Czasy jako się rzekło są pandemiczne. A ja patrząc dookoła łapię się nieustannie na skojarzeniach wyniesionych z tych krótkich przyszłościowych projekcji. Jak tylko ruszył pierwszy lockdown i całe rzesze ludzi zasiadły do pracy w domu przypomniało mi się pewne opowiadanie. Niestety nie jestem w stanie podać tytułu ani nazwiska autora, ale sam koncept bardzo kojarzy mi się z filmem "Surogaci". Bohaterką jest młoda kobieta. Żyje w mieszkaniu, w dobrze strzeżonym budynku- molochu. Nigdy nie wychodzi. Całe społeczeństwo używa androidów, zaawansowanych technologicznie fantomów. Jedynie w tych sztucznych ciałach opuszczają bezpieczne otoczenie. Historyjka jest kryminalna, ale mnie bardziej zainteresował wątek wprowadzający. Kobieta siedzi godzinami przy swoim komputerze, co jakiś czas wyskakują jej najnowsze wiadomości i powiadomienia. Niby dzieje się to mimochodem i jest z pozoru nieważne, ale możemy wyraźnie dostrzec jak po wpływem doniesień i ostrzeżeń zmienia swe plany. Raz posiane ziarenko strachu przed "nowym typem wirusa" pęcznieje, kiełkuje i rośnie by w rezultacie doprowadzić do zakupu najnowszych filtrów oczyszczających powietrze. Niby drobiazg, ale jakże uderzający.

Kolejny tekst znów bez tytułu i autora. Nieokreślona przyszłość. Pogrążone w marazmie społeczeństwo. Bohater pracujący dwa dni w tygodniu po cztery godziny w jakiejś bezsensownej instytucji. Siłą opowiadania jest zaiste diabelski koncept - wszelkie słowo pisane i mówione nie ma szans przekazać swego znaczenia. Mikroskopijne, wszechobecne "nano" zmieni jego sens. Napisane wielkimi literami na transparencie "Precz z komuną" zostanie odczytane przez innych jako np. "Szanuj zieleń", "Precz z rasizmem" itp. Jedynym ratunkiem dla ogłupionego społeczeństwa okazuje się dziecięca zabawa - kreślenie liter na dłoni. Zakończenie z niewielką iskierką nadziei. Pomyślałem o tej historyjce gdy pewnego razu przejechałem się autobusem a sto procent obecnych licealistów wgapiało się maślanym wzrokiem w ekrany telefonów. A co jeśli te wszystkie teksty, wiadomości i powiadomienia na whatsapp'ie, fejsie i tweeterze cenzuruje i co gorsza redaguje jakiś pośredniczący "wajchowy"?

Od tego pytania już tylko krok do tekstu Iwony Michałowskiej "Rok z Evą" (NF 12/2015). Niedaleka przyszłość. Domyślamy się że zapowiadany Internet Rzeczy stał się ciałem. Narratorem jest....telefon Evy. Eva żyje w wielkim mieście. Jest młoda, wykształcona, pracowita i... samotna. Diabelska SI zaklęta w jej telefonie opowiada nam jak to każdego dnia zbiera i przeczesuje dane: historia wyszukiwania, kontakty, wiadomości a potem wysyła do zaprzyjaźnionych witryn sklepowych i reklamowych ekranów. Gdy Eva planuje wakacje pod palmami zobaczy na swej drodze do pracy najnowsze bikini, oferty hoteli itp. Ale "telefon" Evy posuwa się dalej - gdy tylko Eva wreszcie po miesiącach poszukiwań na serwisach randkowych rozpoczyna "poważną znajomość" i gdy już, już ma się spotkać "na żywo" - wkracza zadany algorytm. Telefon szybko dokonuje analizy - wychodzi, że związek Evy będzie poważnym zagrożeniem dla wykonania planu. Eva będzie spędzać mniej czasu w sieci, a przez to obejrzy mniej reklam, a nawet, o zgrozo, będzie pytać swego partnera (analiza profilu nie pozostawia co do tego wątpliwości) o zdanie zamiast poszukać odpowiedzi w necie. Rozpoczyna się intryga. Nie zdradzę zakończenia. Podnosi ciśnienie i człowiek klnie mimowolnie. Ciszę się tylko, że nie cierpię smartfonów, a moja wysłużona, obtłuczona Nokia nadal spełnia swe zadanie.

Lubię to! Skomentuj3 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura