3
3.1
Mada poznałem w Berlinie. Czy do naszego spotkania mogło dojść w jednym z licznych innych miejsc?
To ciekawe pytanie.
Niestety nie znam na nie odpowiedzi.
Mad. Nie jedną bezsenną noc spędziliśmy razem. Razem piliśmy, razem śpiewaliśmy, a początkowo, nim jakaś zakochana w porządku gosposia niemiecka nie otarła nam ust pachnącą flanelową szmatką, razem się śmialiśmy.
Mad- jego już nie ma.
Mad. Ciągle pamiętam jego otwarte szeroko oczy, spazmatycznie ponapinane mięśnie twarzy i dłoń, którą osłaniał tą-że, nim wpuszczone w jej płaszczyznę oczy nie straciły blasku życia. Dłoń o długich palcach.
- A więc to tak? - myślałem wtedy, sam nie wiem o czym bo nic z tego wszystkiego nie rozumiałem.
Długo stałem nad jego stygnącymi już zwłokami daremnie szukając na twarzy śladów ostatniego uśmiechu, który by mówił...
Ach mniejsza z tym co by mówił.
Jego martwe ciało zwinięte było w kłębek, lecz nie taki w jaki zwinięta bywa wełna. Miękki, z- grubsza kulisty z łagodnymi wypukłościami i wklęśnięciami. Przypominało raczej pozałamywaną strunę, gwałtem obcęg zmuszoną do przybrania obcej jej, przestrzennie w sobie zamkniętej postaci.
- Jak to - spytałem się powietrza.
- Takim cię nie będę pamiętał! - obiecałem leżącej u mych stóp wynaturzonej strunie.
Obietnice złamałem.
Pamiętam.
Delikatnie, próbowałem palcami zamknąć jedno z jego oczu a kąciki ust unieść nieco ku górze. Tak by ci co go znajdą sądzili, że na ziemi leży szelmowsko uśmiechający się urwis. Mógł się tego po mnie spodziewać.
Niestety, twarz jego straciła już plastyczność.
Owinąwszy gardło ściślej szalikiem odszedłem.
cdbmn...


Komentarze
Pokaż komentarze (6)