615 obserwujących
1599 notek
9362k odsłony
  13464   0

Wokół relacji p. Zuzanny Kurtyki

 

Zamieszczone na portalu Pomnik Smoleńsk odpowiedzi p. Z. Kurtyki (na moje pytania), za które serdecznie dziękuję i Pani Doktor, i Nietoperzowi, który był łaskaw podjąć się trudu wywiadu i zarejestrowania rozmowy, zawierają następujące informacje: 1) p. Kurtyka nie otrzymała telefonu komórkowego męża (nie wiem jednak, czy to samo dotyczy innych rodzin). Ciekaw więc jestem, czy prokuratura to jakoś wyjaśniła, czy po prostu postawiono p. Kurtykę i innych bliskich osób zabitych 10 Kwietnia przed faktem dokonanym („nie ma i nie będzie”, bo rzekomo „trwa śledztwo”). „Nie mam żadnych informacji, gdzie ten telefon się teraz znajduje”, powiada p. Kurtyka, choć przypuszcza, że posiada go ABW. Czy zatem rodziny mogły w ogóle oglądnąć te przedmioty? Czy żądały ich okazania? Mogą być w telefonach zdjęcia osobiste ofiar, do których to (fotografii, filmów) rodziny mają prawo mieć dostęp, choćby po to, by je skopiować do rodzinnego albumu. Zresztą oczywiste jest, że te przedmioty nie są własnością żadnej instytucji, tylko rodzin ofiar, wobec tego nie mogą być zarekwirowane lub skonfiskowane (bez pogwałcenia prawa). Czy wobec tego w ogóle okazywano te przedmioty, czy rodziny są pewne, że telefony przede wszystkim... wróciły do Polski? Jeśli do tej pory nie zostały one okazane rodzinom, to pełnomocnicy prawni powinni się domagać ich okazania, tak by wyjaśnić sprawę do końca (zwłaszcza w kontekście nie tak dawnego skandalu z „ekspertyzami” ABW), niewykluczone bowiem, że „kreatywna analiza materiału dowodowego” rozpoczęta przez towarzyszy radzieckich w Moskwie, kontynuowana jest nad Wisłą.
 
Jeśli chodzi o kwestie wyjazdu (2. informacja) do Moskwy na identyfikację, to p. Kurtyce nie odradzano wyjazdu (przypominam, że na coś takiego uskarżało się sporo rodzin – oczywiście Ruscy oraz ciemniacy tłumaczyli swoje dobre rady, by nie jechać na identyfikacje, „troską” o to, by rodziny nie przeżyły szoku związanego z widokiem ciał ofiar), ale dodaje ona, że na Okęciu były spotkania rodzin z przedstawicielami MSWiA, „którzy bardzo odradzali i część osób właśnie z tego powodu zrezygnowała; takie osoby znam”. W związku z tym pojawia się pytanie, czy tymże osobom, które nie wyjechały, okazano dokumentację (np. fotograficzną) dotyczącą ofiar, czy jedynie ruskie „świadectwa zgonu”?
 
Co do procedury identyfikacji (3. informacja), to zaczynała się ona „na podstawie opisów zwłok przedstawianych rodzinom, potem pojawiły się zdjęcia, ale to już było następnego dnia (! - przyp. F.Y.M. - to bardzo ważna wiadomość, którą należałoby potwierdzić w zeznaniach innych osób będących na identyfikacjach: czy ktokolwiek widział zdjęcia zwłok tego dnia, kiedy przyjechał na identyfikacje?) i to były zdjęcia rzeczy, a nie ciał. Z kolei drugiego dnia, późnym popołudniem pojawiły się na jednym ze stołów w prosektorium leżące sobie luzem zdjęcia  (to także niesamowita historia, ponieważ zdjęcia powinny być przyporządkowane do konkretnych ofiar i włączone do dokumentacji medyczno-sądowej), nie wiem, czemu miało to służyć, ale każdy, kto miał ochotę sobie pooglądać, mógł podejść i pooglądać. Niemniej jednak wyglądało na to, że zdjęcia były „bezpańskie”. Natomiast potem, jeżeli nadal na podstawie tej procedury nie udało się dokonać identyfikacji, można było prosić o okazanie rzeczy, które były w workach. Każdy worek miał swój numer przypisany numerowi ciała odpowiednio (…) Trzeba było najpierw zapoznać się z opisem tych rzeczy, które były w workach i dopiero wtedy można było wybrać trzy góra worki do oglądnięcia i tych rzeczy, które się w nich znajdowały. I jeżeli na tej podstawie nie udało się zidentyfikować (…) to koniec. To na tym się identyfikacja kończyła – nie okazywano żadnych zwłok. Natomiast jeżeli rodzina na podstawie któregoś z tych źródeł stwierdzała, że być może to jest (…) ta bliska osoba, to wtedy z tych lodówek wywożono ciało na górę i tam w sali prosektoryjnej okazywano je rodzinie i to była już ta identyfikacja ostateczna”.
 
Zacytowałem dłuższy fragment relacji p. Kurtyki, ponieważ widać w nim wyraźnie, iż Ruscy koncentrowali uwagę rodzin ofiar na językowym opisie ciał i rzeczy, co nie tylko pozwalało ruskim „śledczym” zyskiwać na czasie, ale w sposób swobodny kierować procedurą „identyfikacji”. Jak nietrudno się bowiem domyślić, rodziny były roztrzęsione z powodu tragedii, na pewno nie pamiętano dokładnie, kto z zabitych, jakie posiadał rzeczy przy sobie, co dodatkowo opóźniało chwilę zapoznawania się z wyglądem ciał ofiar. Jeśli zaś, ktoś w bałaganie przedmiotów nie był w stanie rozpoznać tych rzeczy, które należały do ofiary, to „procedura identyfikacji” się „kończyła”. Oczywiście nawet na etapie „ostatecznym” bywało tak, jak mówi p. Kurtyka, że dana rodzina nie rozpoznawała ciała zabitej osoby.
 
Co do przesłuchań „przy identyfikacjach”, miałem tu na myśli taką procedurę, jaką zastosowano wobec p. Małgorzaty Wassermann (4. informacja – numeruję je, by można było się potem w dyskusji do nich odnieść, nie przywołując całej relacji związanej z daną sprawą), to według p. Kurtyki coś takiego nie zachodziło, jedynie było podawanie danych (przez rodziny, jak się domyślam) podczas, omawianej wyżej, „procedury identyfikacji”. Innymi słowy Ruscy od rodzin wyciągali informacje dotyczące wyglądu ciał oraz ubrań ofiar, a następnie pod tym kątem „znajdowali” zwłoki (o ile dana rodzina dotarła do etapu „ostatecznego”).
 
Jest to wszystko o tyle zdumiewające, że (i tu ewidentnie ciemniacy dokonali zaniedbania, za które powinni być ścigani przez prokuraturę) do procedury identyfikacji nie wysłano wcześniej polskich lekarzy sądowych, dla których rozpoznanie ciał nie byłoby trudne nie tylko z racji przygotowania zawodowego tychże specjalistów, ale przez to, że spora część osób była publicznie doskonale znana; na pewno też dysponowano w MSZ-ie dokumentacją fotograficzną wszystkich osób będących w prezydenckiej delegacji. Identyfikacja taka dokonana przez ekspertów od rozpoznawania zwłok ofiar katastrof błyskawicznie uprościłaby procedurę, której poddawano rodziny. Po drugie, nie dochodziłoby do pomyłek w rozpoznawaniu ciał. O ile bowiem osoby nieobeznane z medycyną sądową lub niebędące lekarzami można w sposób nieskomplikowany odwieść od procedury identyfikacji (np. okazując zmasakrowane ciało, którego widok dla kogoś wrażliwego może być nie do zniesienia), o tyle specjalistę nie jest łatwo „wyprowadzić w pole”. Tak więc to zaniedbanie poprzedzenia identyfikacji przeprowadzanej przez rodziny ofiar identyfikacją specjalistyczną (polską) powinno być przez pełnomocników rodzin ofiar podstawą do procesowania się z ciemniakami. Jeśli bowiem ci ostatni tak bardzo się „spieszyli” i tak bardzo chcieli, by rodziny mogły pochować swoich bliskich, to tym bardziej należało procedurę identyfikacji uprościć, a więc poprzedzić oględzinami przeprowadzonymi przez polskich specjalistów.
 
Przedstawicieli MSZ-u przy tych procedurach nie było(inf. 5.), co znaczy, że rodziny nie miały żadnego, nawet urzędniczego wsparcia podczas oględzin. Znowu ciekawa historia, bo przecież, jak nas informowano, co do 10-go (vide zeznania M. Wierzchowskiego), to właśnie jakieś osoby z ambasady (plus jacyś borowcy, rzecz jasna, o ile to, co mówi Wierzchowski, jest prawdą, bo przecież on sam w żadnych poza dwiema identyfikacjach nie brał udziału) dokonywały wstępnych rozpoznań ciał (w namiotach?) na Siewiernym. Te osoby zatem mogły być pomocne dla rodzin w moskiewskim prosektorium. „Wszystkie ciała, które przyleciały w pierwszym i drugim transporcie były w dobrym stanie(inf. 6). I p. Kurtyka dodaje, że „tylko trzeci transport mógł być (…), bo to były ciała niezidentyfikowane (…) Myślę, że większość z nich była w stanie wykluczającym identyfikację, bardzo zniszczonych” - ale czy w takim razie identyfikacji tych ofiar nie było, czy też nie zdołano zidentyfikować tych ofiar po wyglądzie okazywanych zwłok? Czy  powiedziano rodzinom tychże ofiar, że „nie mają po co próbować identyfikować”, bo ciała są „nie do zidentyfikowania”, czy też same rodziny nie były w stanie rozpoznać w zwłokach ciał swoich bliskich? Jest to bowiem zasadnicza różnica. Przypominam sobie, jak jeden z krewnych jednej z ofiar opowiadał przed Zespołem smoleńskim, że bodajże po nadpalonym kosmyku włosów i bodajże po kolczyku rozpoznał, że należał do ofiary – pytanie więc, czy widział ciało, czy okazano mu po prostu kosmyk włosów i kolczyk? Jak wiemy z relacji niektórych rodzin – Ruscy nie okazali żadnych zwłok, właśnie twierdząc, iż są „nieidentyfikowalne”. Tu zresztą znowu ciemniacy zadbali o to, by w takiej sytuacji nie wesprzeć tychże w procedurze identyfikacji pomocą specjalistyczną, medyczno-sądową z Polski, tak by nie było wątpliwości, co do tego, że dane szczątki, to zwłoki danej osoby.
 
Nie przekazano żadnych bilingów” (inf. 7), czy zatem pełnomocnicy prawni nie domagali się tychże danych, czy też domagali się, lecz im (bezprawnie) nie udostępniono? „Nie było żadnego odprowadzania delegatów na Okęcie (…) ze względu na dramatycznie wczesną porę tego lotu (…) Najczęściej wychodzili z domów sami czy też z kierowcą i jechali na lotnisko” (inf. 8) - w ten sposób p. Kurtyka potwierdza te informacje, że delegacja musiała być dużo wcześniej na lotnisku aniżeli niedługo przed siódmą. Co do ewentualnego lotu z Krakowa z planowaną przesiadką na Okęciu: „tego nie wiem, nie mogę powiedzieć na sto procent, ale wydaje mi się, że nie” (ta informacja wymaga zatem dalszego sprawdzenia). P. Kurtyka nie wie też, czyje telefony były czynne „po katastrofie”.
 
Co do sprawy niszczenia rzeczy należących do ofiar (inf. 9) (na wniosek ruskich lub neopeerelowskich instytucji), to zdaniem p. Kurtyki nie było takich nalegań: „Padło pytanie (prokuratora ruskiego prowadzącego procedurę identyfikacyjną – przyp. F.Y.M.) w Moskwie, czy chcemy ze sobą te rzeczy wziąć, czy zostawiamy je do zniszczenia.” I część rzeczy rodziny zabrały, a część rzeczy na polecenie rodzin, zniszczono. W ten sposób Ruscy sprytnie załatwili sprawę, mogą bowiem powiedzieć, że to sami bliscy zdecydowali o tym, by zniszczone zostały jakieś materiały dowodowe. Prokurator powinien był przecież poinformować, że ze względu na toczące się śledztwo odradza jakiekolwiek niszczenie przedmiotów należących do ofiar, nie zaś przerzucać decyzję na zdezorientowane i pozbawione pomocy prawnej, rodziny zabitych. P. Kurtyka zarazem nie jest w stanie powiedzieć, które rzeczy zostały zniszczone (inf. 10). Tymczasem powinien był zostać sporządzony protokół takiego zniszczenia i przekazany rodzinom.
 
Jak dodaje p. Kurtyka (inf. 11): „W tym momencie w Żandarmerii Wojskowej odbywa się dziwna procedura, bardzo dziwna procedura, która jest jakby oddźwiękiem na nasze nalegania, żeby te rzeczy przeznaczone do utylizacji, które przysłała jednak Moskwa, czyli oni nie zniszczyli ich u siebie, jak rozumiem, a przynajmniej części rzeczy nie zniszczyli u siebie, tylko przesłali do Polski. Mówię o ubraniach. One poszły takich dziwnym szlakiem i w tym momencie decyzją prokuratora, nie wiem, czy wojskowego, czy innej prokuratury, zostały skierowane do zniszczenia i do utylizacji, przewiezione do Rzeszowa, gdzie sobie leżały przez jakiś czas ze względu na oprotestowanie sprawy (…) Te rzeczy wróciły do Mińska (Maz. - przyp. F.Y.M.) (…) Rodziny zostały poinformowane, że mogą do tego miejsca sobie przyjeżdżać i te rzeczy oglądać, dokonując identyfikacji.
 
Co się stało? Stało się rzecz dramatyczna, mianowicie w Moskwie rzeczy należące do jednej osoby były spakowane do jednego worka, a rzeczy należące do drugiej osoby, były spakowane do drugiego worka , a w tym momencie wygląda na to, że te wszystkie rzeczy wwalono do jednego wspólnego wora (coś nieprawdopodobnego – przyp. F.Y.M. - trudno tu mówić o postępowaniu sprawdzająco-dowodowym, to jest po prostu instytucjonalne, świadome niszczenie materiału dowodowego), ofotografowano je, każda z rzeczy dostała swój numer – i te zdjęcia w tym momencie każdej rzeczy z osobna daje się rodzinom do oglądania, nawet nie dopuszczając do fizycznego obejrzenia danego ubrania (tu znowu powinni działać pełnomocnicy ofiar i zaskarżać te instytucje, które bezprawnie uniemożliwiają dostęp rodzinom do oglądu przedmiotów należących ofiar). (….) Rzeczy (z wyglądu i po wielomiesięcznym składowaniu – przyp. F.Y.M.) nabrały charakteru bardzo brudnej ścierki i nie różnią się od siebie. (…) Efekt jest taki, że one tak naprawdę są wszystkie takie same i teraz konia z rzędem, kto z rodziny rozpozna rzeczy swojego bliskiego (…) Ja te rzeczy widziałam, bo wyciągałam z tych worków w Moskwie trochę, drugiego i trzeciego dnia, w sumie, gdzieś około 6, 7 worków rozpakowaliśmy i identyfikacja tych rzeczy jest, będzie bardzo trudna. Gdyby nie pomoc specjalistów, którzy przylecieli wtedy z Polski, kryminologów z Katowic to my mielibyśmy trudności, gdybyśmy identyfikowali te rzeczy sami bez dokładnego rozpracowania metek, materiałów, gdzie było kupione (…) Tak naprawdę ta procedura identyfikacyjna rzeczy, która teraz odbywa się w Mińsku jest skazana na porażkę, bo... no bo one są nie do rozpoznania (…) W momencie, gdy gros tych rzeczy nie zostanie rozpoznanych przez rodziny, będzie to jakby (…) zezwolenie prawne na to, żeby zostały zniszczone. (…) Nie wiem, dlaczego nie wolno nam zobaczyć tych rzeczy na żywo, tylko pokazuje się zdjęcia (…) żeby zobaczyć te zdjęcia trzeba jechać z drugiego końca Polski do Mińska Maz.”
 
Co zaś do dostępu do dokumentacji śledztwa, to „prokuratura wojskowa gromadzi kolejne tomu tych dokumentów i za chwilę braknie im pomieszczeń. Jeżeli ktoś ma ochotę je widzieć i zapoznawać się na miejscu z dokumentami, może je widzieć i je sobie czytać, jeśli chodzi rodziny, do upojenia, natomiast nie wolno tych dokumentów ani fotografować, ani kopiować, ani robić sobie notatek – po prostu nic”. W takim razie proponowałbym może procedurę czytania na głos dokumentów i nagrywania sobie tego na dyktafon ulokowany w kieszeni (nie jest to kopiowanie dokumentu, tyko rejestrowanie własnego głosu). Nie wiem, czy taka procedura także jest zabroniona. Co bowiem nie jest zabronione, jest dozwolone :) Mówiąc zaś całkiem serio, pełnomocnicy prawni rodzin w sytuacji takiej obstrukcji ze strony prokuratury, wyspecjalizowani w analizowaniu dokumentacji tego typu, powinni sporządzać (mają na pewno dobrą pamięć) streszczenia postępów śledztwa na potrzeby rodzin. P. Kurtyka dodaje jeszcze, że wydzielono wątek cywilny postępowania (prowadzonego z kolei przez prokuraturę generalną) i do akt tego dochodzenia rodziny w ogóle nie mają wglądu, ponieważ nie zostały uznane (w tej sprawie) za osoby pokrzywdzone.
 
Mamy zatem niezwykle intrygujący obraz sytuacji, w której kilka nadwiślańskich instytucji robi wiele, ale raczej w kierunku zamotania sprawy aniżeli jej wyjaśnienia. Rodziny ofiar zaś traktowane są jak natrętny klient, który nie wiedzieć czemu awanturuje się, że go źle obsłużono. Zastanawiam się zatem, czy na tym to wszystko się kończy, bo może i inne instytucje włączają się w „dochodzenie” na swój specyficzny sposób? Czy rodziny smoleńskie mają może wrażenie, że np. są od czasu do czasu obserwowane? Czy zdarzyło się, że ktoś im np. odradzał interesowanie się śledztwem, bo „nie ma po co” albo „sprawa i tak już właściwie jest wyjaśniona”? No bo nie wygląda na to, by rodziny dostawały wiadomości o postępach śledztwa. Trudno właściwie mówić tu o postępach, skoro z biegiem dni i miesięcy nie tylko coraz mniej wiadomo, ale i coraz gorzej wygląda sprawa materiału dowodowego. Myślę, że rodziny smoleńskie powinny opracować (z pomocą swoich prawników) raport dotyczący sposobu prowadzenia śledztwa przez instytucje w naszym kraju. Podejrzewam bowiem, że w krajach cywilizowanych ludzie nie mają pojęcia, iż tak może wyglądać dochodzenie w tak ważnej sprawie.
 
P.S.

Raz jeszcze dziękuję Nietoperzowi i p. Kurtyce za udzielenie odpowiedzi. Na pewno zbiorą się nowe pytania. 


 

http://www.pomniksmolensk.pl/news.php?readmore=936 (relacja p. Kurtyki).

 

http://www.pomniksmolensk.pl/

Lubię to! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Inne tematy w dziale