Czy ktoś zauważył, że twardość polskiego rządu, a zwł. fantastycznego min. R. Sikorskiego okazywana jest wyłącznie w stosunku do Amerykanów, ale nie wobec Niemców, Rosjan, Francuzów czy nawet Ukraińców? Nie wspomnę o "brukselczykach".
Oczywiście, to może być przypadek, ale zazwyczaj w naszej polityce zagranicznej przypadki się nie zdarzają, szczególnie, gdy mowa jest o strategicznych, perspektywicznych i długotrwałych sojuszach. Jak to powiedział W. Dębski w porannej audycji w Trójce "Tusk jest to pierwszy premier, który sprzeciwił się Amerykanom", a ja bym dodał - i być może jako taki przejdzie do historii, a razem z nim przejdzie nam koło nosa wielka historyczna szansa na trwałe związanie się ze Stanami Zjednoczonymi po II wojnie światowej. Polska raz na zawsze udowodni, że nie jest państwem poważnym, ale przecież czy pod obecnym rządem może takim państwem być? Zgrupowanie Tuska, Schetyny, Klicha i Sikorskiego przypominało wczoraj jeden wielki cyrk, lecz mniejsza o to, w końcu ci ludzie nie patrzą na politykę polską inaczej, jak w wymiarze cotygodniowego sondażu poparcia dla PO.
Sprawa wydaje się prosta: Amerykanie nie muszą instalować tarczy w Polsce, zaś Polakom przydałoby się polityczno-militarne związanie z takim mocarstwem jak USA. Już od dłuższego czasu po ostatnich wyborach mieliśmy ze strony PO wyraźne sygnały, że nie traktuje ona sojuszu z USA priorytetowo. Co więcej, przegrupowanie w stronę "starej UE", a zwłaszcza Niemiec, było czytelne i jasno artykułowane. Po trzecie zabiegano o to, by i Rosja z naszej polityki zagranicznej była zadowolona. Nic więc dziwnego, że nagle zaczęły się rządowe tańce św. Wita wokół tarczy "wspomagane" urabianiem opinii publicznej w tym kierunku, by wraz z przedłużającymi się negocjacjami z Amerykanami rosło w naszym kraju poczucie zagrożenia na zasadzie "Amerykanie ściągną na nas kolejną wojnę". O dziwo jednak, o ile parę miesięcy temu ponoć "olbrzymia większość" Polaków była przeciwna instalacji, o tyle najnowszy sondaż dowodzi, że owa większość to już czterdzieści parę procent (słowo "większość" powtarzane jest w każdym serwisie, choć gdyby wziąć pod uwagę poprzednie badania, to należałoby powiedzieć "zaledwie") w stosunku do czterdziestu paru procent zwolenników tarczy.
Proszę jednak zauważyć, że równocześnie z okazywaniem twardości wobec Amerykanów, obecny rząd wykazał się twardością jeszcze w innej dziedzinie, bo przecież przeprowadził kompleksową operację rekomunizacji służb specjalnych, a więc de facto odtworzenia relacji prorosyjskich w sferze najbardziej newralgicznej, jeśli chodzi o obronność państwa. W takiej sytuacji jedynym "racjonalnym rozwiązaniem" było przedłużanie rozmów z USA tak, by z czasem można było stwierdzić, że to władze amerykańskie "nie sprostały zadaniu" i "nie podzielają polskiej troski o bezpieczeństwo". Mieliśmy więc i mamy wciąż komedię polityczną, w której występują drugoklasowi aktorzy nie do końca obeznani z tekstami, jakie mają wypowiadać, toteż częstokroć improwizujący "live". Podejrzewam, że z taką finałową improwizacją mamy do czynienia teraz. Z jednej strony (trzymając się optyki "sondaże ueber alles") należałoby uznać, że w Polsce poważnie wzrosło społeczne poparcie dla instalacji tarczy, ergo sojuszu z USA, z drugiej (trzymając się kurczowo strachliwej wizji polityki, w myśl której trzeba nieustannie kłaniać się Niemcom i Rosji oraz podchodzić z wyrozumiałością w stosunku do decyzji geopolitycznych tychże państw), należy doprowadzić do wycofania się USA z aktywności w naszym regionie.
W chwilach jednak próby, tego rodzaju aktorzy wykazują się prawdziwą histerycznością, ponieważ niezdolni do samodzielnych działań, najchętniej czytaliby swoje role z kartki. Tymczasem "życzliwi" najwyraźniej udają, że ich nie ma, więc nie podpowiadają, co polski rząd ma zrobić. Pozostaje jedynie gra na czas, aż coś się wydarzy lub coś się wyjaśni. Jeszcze niedawno można było skupiać uwagę opinii publicznej na wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, kwestionującej ważność Traktatu Lizbońskiego po referendum irlandzkim, teraz jednak oczy obywateli skierowane są na gabinet Tuska i oczekuje się jednoznacznej decyzji, której jak na razie nie ma. Oczywiste jest, że inaczej się negocjuje, gdy się CHCE takiego trwałego sojuszu z kimś, a inaczej, gdy się do takiego sojuszu nie dąży. Wiele też uczyniono, by atmosferę społeczną w Polsce wokół tych negocjacji uczynić jak najgorszą.
To, że komuniści nie chcą instalacji, to akurat oczywiste - opcję prorosyjską mają we krwi i w każde gniewne tupnięcie na Kremlu wsłuchują się z czujnością zająca trzęsącego się w krzakach. To natomiast, że taką opcję może zrealizować obecny rząd to, niestety, smutna prawda o naszej politycznej rzeczywistości. Jeśli zaś chodzi o twardość stali, to ja wolę stal amerykańską od rosyjskiej.



Komentarze
Pokaż komentarze (94)