HektorM HektorM
97
BLOG

Najważniejsza przestrzeń człowieka. O tym, jak handel intymnością nazwano wolnością

HektorM HektorM Społeczeństwo Obserwuj notkę 4
Jakiś czas temu przez Internet przetoczyła się wojna o reklamę bukmachera, której twarzą stała się Sydney Sweeney.

Nastrojowe światło, ciepłe, stonowane kolory, kadry, w których widać mniej niż więcej – i Sydney Sweeney, której widać więcej niż mniej.

Aktorka wzbudziła silne kontrowersje w związku ze swoją powierzchownością i tym, jak wykorzystuje ją w celach komercyjnych. Krytyka wylewała się strumieniami z różnych stron – od części środowisk feministycznych, przez aktywistów ruchu BLM, po publicystów liberalno-lewicowej stajni.

W reklamie poniekąd o to chodzi: produkt ma być w centrum uwagi, choćby w oko cyklonu wpadał sam wizerunek. Niby oczywista sprawa, ale nieoczywiste staje się tu kilka innych kwestii, którymi chcę się podzielić.

Lewicowo-liberalny nurt refleksji nad rzeczywistością – za swoimi ideowymi antenatami – zakłada, że wystarczy zmienić nazwę zjawiska, by zmieniła się jego jakość.

Jeśli nazwiemy prostytucję „sexworkingiem”, to nagle – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – ma zniknąć problem handlu ludźmi, stręczycielstwa i zdrowotnych dramatów. Nagle dziewczyna wciągnięta w ten proceder staje się emancypantką (nawet jeśli sama o tym nie wie). Klient zaś przeistacza się w naczelnego wojownika ze zmurszałym patriarchatem – w imię wolności, równość i braterstwa.


Dziewczynie, która być może chciałaby po prostu żyć inaczej, wpycha się w usta frazesy w stylu: „moje ciało, mój wybór”.

Podobnie działają przecież platformy dla dorosłych (choć powiedzmy sobie wprost: często niedojrzałych). OnlyFans i pokrewne serwisy przekonują, że kobiety mają prawo robić ze swoim ciałem, co tylko chcą. Dorobek feminizmu w pigułce!

To, że weryfikacja wieku osób sprzedających swoją intymność na „niebieskiej platformie” kuleje? To nic. To, że w USA ruszyły w tym zakresie procesy? To nic. To, że ten sam stręczyciel, który dopuszcza klientów do swojego „towaru”, eksploatuje go jeszcze bardziej, wykorzystując mechanizm internetowej multiplikacji? To nic. Wolność, równość, braterstwo. Komunia wszystkich ze wszystkimi.

W tym kontekście krytyka Sydney Sweeney staje się po prostu zadziwiająca. Przecież ta kobieta ze swoim ciałem robi dokładnie to, do czego zachęca współczesny dyskurs progresywny: wyzbyła się patriarchalnych pęt, jest niezależna i zarabia własne pieniądze. Wyuzdana? Przepraszam – oswobodzona! Dlaczego zatem w jednym przypadku bije się brawo, a w drugim wylewa pomyje?

W jednej z rozmów na ten temat usłyszałem argument o... trosce o młode kobiety. Że będą utożsamiały sport z kultem ciała, że dojdą do wniosku, iż aktywność fizyczna służy tylko temu, by wyglądać jak gwiazda z ekranu. Że to nierealistyczne wymaganie opresyjnej kultury masowej.

Nagle pojawia się troska, by ciała nie utożsamiać ze sztucznym pięknem, lecz ze zdrowiem. Jak to się ma do orbitującego wokół feminizmu ruchu body positive? Na końcu tej rozmowy padło oczywiście dyżurne twierdzenie: jako mężczyzna powinienem w tej kwestii milczeć.

Wolność, równość i braterstwo są najwyraźniej przeznaczone tylko dla zarządu – i dla tych, którzy wpisują się w ogólny obraz nędzy i rozpaczy. Jeśli natomiast rozumiesz, że intymność jest najważniejszą, najgłębszą przestrzenią psychiczną człowieka, którą powinniśmy rezerwować wyłącznie dla osób najbliższych – według nowej ortodoksji jesteś po prostu zacofanym, zaściankowym szowinistą. I powinieneś wstydzić się w milczeniu.

HektorM
O mnie HektorM

nic specjalnego

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (4)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo