Jeśli urzędnik uznał, że rodzic wpaja dziecku wartości „szkodliwe społecznie” (czyli np. wchodzi w otwarty spór z władzą), państwo uzurpowało sobie prawo do interwencji.
Czy ten opis czegoś nam dzisiaj nie przypomina?
Ktoś pomyśli, że sięganie do tak odległych analogii jest przerysowaniem? Oczywiście, do pewnego momentu tak. Ale w całej tej sytuacji orzeczenie sądu jest niezwykle precyzyjne: doszło do instytucjonalnej przemocy i zaburzenia kruchej relacji pomiędzy obywatelem a państwem.
Wszystkie bezpieczniki, które miały chronić obywatela przed samowolą władzy – Policja, kurator, sąd rodzinny – zostały zdeptane. Do tego dochodzą naciski na niezawisłego sędziego oraz wykorzystanie pozycji do zaangażowania Policji w sposób nadzwyczajny (co dalej niszczy reputację tej potrzebnej i wartościowej formacji). Warto zauważyć, że w innych głośnych medialnie sprawach RPD nie wykazywał tak potężnej gorliwości.
W tym wszystkim umyka jedna zasadnicza rzecz. RPD został wybrany przez koalicję tworzoną przez partie lewicowe i liberalne. Głównym postulatem deklarowanej przez nich demokracji liberalnej jest to, aby państwo nie ingerowało w prywatne życie jednostki. Zostawmy na boku fakt, że lewica historycznie zawsze dążyła do silnego państwa i hiperregulacji.
Państwo demokratyczne ma instytucje oraz bezpieczniki chroniące obywateli. One ostatecznie zdały egzamin, ale dopiero wtedy, gdy do gry weszła władza sądownicza – oraz ta tzw. „czwarta władza”, czyli media, które nagłośniły aferę.
Nie umiem tylko objąć rozumem jednego: czy to, co zobaczyliśmy, to tylko pojedyncza wpadka rządu, czy po prostu jaskrawy przykład systemowej nieudolności?



Komentarze
Pokaż komentarze (6)