Już nawet nie chodzi o to, że niemieccy jeńcy bezczelnie nie chcieli lizać trupów w polskich obozach jenieckich, prowadzonych przez Polaków, których Polakami, broń Boże, nazwać nie można. Nie chodzi również o to, że potrafią z nami wygrać tylko gdy deszcz pada, ktoś się pechowo zagapi, albo gdy ukradną nam zawodnika. Tak jak teraz chcą ukraść Kubicę.
Chodzi o to, że coś jest nie tak z tym narodem posthitlerowskim. A to jakiś staruch ślini się do polskiego chłopca w gondoli, a to dwóch oszołomów pisze okrutne baśnie, a to wreszcie, jawnie bądź ukrycie afiszują się ze swym nazizmem. Bluźnią, że byt określa świadomość, albo że nie ma Pana, tak bardzo gardząc podludźmi. Coś jest z tym narodem, że zupełnie pozbawiony jest gustu. I smaku.
Nie powinno nas więc dziwić (i nie dziwi), że Dorota Masłowska odniosła sukces na festiwalu teatralnym w Wiedniu, gdzie niemieckojęzyczni widzowie odreagowali swe egzystencjalne traumy. Nie dziwne, że czekają na nią widzowie w Berlinie. Afera Fritz’a, strzały Mariusza Lewandowskiego, tudzież pakt Ribbentrop- Mołotow - wszystko to gdzieś tam w nich głęboko siedzi, przewala się im wewnętrznie i niestety kiełkuje. A potem kończy się Oświęcimiem. Nie dziwne więc, że na tak skażonej glebie przyjmuje się zdegenerowany język Masłowskiej, jej koślawe frazy, brak sensu i wyboldowanych didaskaliów. Nawet jak przyjaźnie nastawiony czytelnik chce się zaśmiać, to nigdy nie wie kiedy powinien. Nikt nie wytłumaczy co poeta miała na myśli, albo dlaczego poeta wielkim pisarzem jest. Nikt nie powie jak ma zachwycać, a tych co nie zachwyca nie nazwie ubekami. No i nawet jak widz telewizyjny będzie chciał mieć poczucie artystycznego współuczestnictwa, to mieć nie będzie, bo złotówka na promocję dramatu nie pójdzie z jego abonamentu.
Całość sukcesu Masłowskiej, dość entuzjastycznie opisał Jacek Cieślak z Rzeczpospolitej, który najwyraźniej nie potrafi dotrzymać kroku publicystycznym gwiazdom swojej gazety. Gdzie te romantyczne czasy, gdy Rafał Ziemkiewicz pisał o Brechcie per trup spod zwałów śmiecia? A sama Masłowska? Cóż, jeszcze jakoś tam dycha. Ale co to za dychanie, gdy cię nie chcą czytać sympatycy polskiej prawicy, tylko oglądać chcą niemieccy degeneraci.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)