Josif Brodski twierdził, że Zachód wolał Dostojewskiego od ówczesnej literatury rosyjskiej, bo ten mówi im o ich własnych problemach, bo to pisarz przedrewolucyjny, a więc poniekąd pisarz ery kapitalizmu. Pewnie podobnie zaryzykować można by z Gogolem, tudzież Czechowem, których popularność wynika nie stąd, że dotykają rosyjskiej duszy (kogo to na świecie u licha odchodzi?), tylko, że w przeciwieństwie do pisarzy polskich, potrafili wydostać się z getta prowincjonalizmu. Rewizor czy kichający urzędnik to nasi sąsiedzi, a nie barbarzyńcy zza Buga wydzierający w Berlinie zegarki.
Ów uniwersalizm, do którego tak tęsknił Gombrowicz, możliwy był jednak nie tylko dzięki talentowi i pracy rosyjskich gigantów literatury, ale także dzięki temu gdzie i jak żyli. A żyli w kraju, który mimo pewnej swoistości i wbrew powszechnemu mniemaniu, był do Europy jednak podobny. Gogol, Czechow, Dostojewski, jak każdy z nas, są tworem własnej epoki,
a więc epoki imperialnego, bogacącego się kraju, a nie kraju zniewolonego, z kruchym bytem, jak choćby Polska. Stąd można było wędrować w głąb ludzkiej duszy, zamiast w duszę tę wciąż sączyć patriotyzm i mimo szlachetnych chęci, skazywać się na marginalizację. Celnie cedził to Rylski w obrazoburczym „Stankiewiczu”.
Gdy się czyta „Zmartwychwstanie” Tołstoja, trudno się oprzeć wrażeniu, że ówczesny wymiar sprawiedliwości, z całą swoja inercją, trudnościami, empatycznym wyobcowaniem, jest niemal bliźniaczo podobny, do tego co opisywał Dickens, choćby w Olivierze Twiście. Poza surowymi sankcjami (a los Oscara Wilde?) społeczeństwo klasowe, obyczajowość - to wszystko dane było XIX wiecznej Europejczykom, czy tym w dużych cuchnących miastach, czy na konserwatywnej prowincji. Marksa, z całymi tego potwornymi skutkami, dało się adaptować w Rosji właśnie dzięki temu, że opisał mechanizmy, dające się zaobserwować
i nad Mewą, i nad Tamizą.
Alga Jarecka z okazji śmierci panslawisty Sołżenicyna stwierdziła wczoraj:
Można spojrzeć okiem obserwatora, na tą Rasiję z przed komunizmu i co zobaczymy? Podobną pogardę dla pojedynczego człowieka, choćby z literatury Gogola, kim był przeciętny Rosjanin? A Sołżenicyn przecież był piewcą tej wielkiej Rasiji! Tej buty i pogardy dla podwładnych! Taka była Rosja carska i za byle co też zsyłka na Sybir! Wie, wiem, dopiero komuniści doprowadzili to wszystko do perfekcji, niszcząc się nawzajem, bo myśleli, albo on, albo ja, a ja, jak zwykle wypływało na górę. Dlatego wszędzie widzieli wrogów, nawet między swymi. Ale Rosja carska, czy Sowiecki Sojusz, to…hm wciąż nieśmiertelny jak dla mnie „Rewizor” Gogola, bo tam Gogol pokazał prawdziwą twarz Rosjanina.
Być może Alga ma rację, tyle tylko, że to samo może zarzucić ówczesnym Francuzom, Anglikom i Niemcom, bo służalczość, okrucieństwo i pogarda, nie są wymysłem rosyjskim, tak jak nie jest nim kolonializm, ludobójstwo czy wojenne awanturnictwo. W końcu to my pierwsi tłukliśmy głowy rosyjskich noworodków o bruk moskiewskiej ulicy, a o śmierci niewolników beztrosko wyrażał się nie kto inny, jak Platon. A zdaje się, że mimo najszczerszych chęci, Rosjaninem to on jednak nie był.



Komentarze
Pokaż komentarze (60)