Nie czytałem „Marzeń chuligana” Andrzeja Horubały, ale chyba się skuszę, choćby w podzięce, za małą awanturkę, jaką najwyraźniej autor chce sprokurować w polskim światku literackim. Wszak rozpierducha na temat książek, literatury, estetyki i gustów, dla wciąż „aspirującego” blogera, jest o niebo ciekawsza, niż ciągłe tytłanie się partyjnych wieprzów
w szlamie na Wiejskiej. Co prawda „żar sporu” próbowała swego czasu wzniecić moja ulubiona Magdalena „moi faceci czytają Coelho” Miecznicka,, ale jak to w Dzienniku, wyszło nudnawo, efekciarsko i autopromocyjnie (co nie bez satysfakcji odnotowano to Lampie).
Prawdziwą walką na noże był za to błyskotliwy atak Elizy Szybowicz (Krytyka Polityczna nr 14), która przypiekła na ogniu literacki „imidż” Jacka Dehnela, tyle że zrobiła to po marksistowsku, a więc z góry się dała ustawić w wiadomym narożniku. A przecież Dehnel, na moje laickie oko (wszak Lali nie czytałem – sagi rodzinne grzeszą pychą), tak jak pisze ciekawe wiersze (ciekawsze niż Jaś Kapela), tak koszmarnie nabzdyczone puszcza felietony. A w nich całkiem serio walczy z literaturoznawcami spod znaku filii Pomorskiej Wyższej Szkoły Zarządzania w Szymbarku.
Wracając jednak do Horubały. Oto w rocznicę śmierci Herberta Pan Andrzej zdobył się na Czytanie Herberta nieodświętne, które to czytanie doprowadziło go do stwierdzeń, iż „Przesłanie Cogito” to wiersz niedobry, pełen tautologii, patetyczny a Stanisław Barańczak to kłamca. Że Herbert dopiero w pewnym momencie przypomniał sobie o Polsce, opozycji i katyńskich guzikach. Nie wiem czy rację miał Jewgienij Rejn mówiąc, że w wierszu jak najmniej powinno być przymiotników, być może rzeczywiście patos jest dla poezji zabójczy i być może istnieją jakieś literacko-naukowe prawidła, pozwalające szkiełkiem i okiem zmierzyć wartość poezji. Ale dla mnie ostatecznym i jedynym kryterium zawsze będzie ta chwila, gdy po przeczytaniu paru strof czuję moment emocji, że to jest właśnie „to”. Zresztą pozostawiając nawet w świecie horubałowskich dogmatów, trudno uznać, żeby patos niejako z definicji miał w wierszu odrzucać, wszak ironia i dystans nigdy nie była jedynym środkiem wyrazu, a za to często bywała intelektualnym lenistwem. Dobry patos, uniesienie pozbawione tandety, właśnie z powodu gęby, którą patos od zawsze był przyprawiony, jest majstersztykiem. Kto nie wierzy niechaj spróbuje napisać parę strof patetycznych. Trudno? Moim zdaniem, koszmarnie. Herbertowi się ta sztuka udała, przez co jego poezja nie jest trudna w odbiorze. Ba, gdyby nią była, Pan Cogito nie mógłby być przesłaniem Solidarności, bo masowe uwielbienie, nie może iść w parze z zawiłą poezją.
Na dictum Horubały odezwałsię Krzysztof Masłoń, nazywając Horubałę barbarzyńcą zamiast rewelatorem oraz arogantem. Twierdząc, iż ten nie ma racji, bo Herbert, choć późno, to pisał jednak o Katyniu, w przeciwieństwie choćby do Miłosza. Sam cenię recenzję Masłonia, który w swych tezach często, nieświadomie stawia coś na kształt autodiagnozy
i kolejny raz czytając jak redaktor Rzepy zarzuca pisarzom politycznie poprawne pisanie o antysemityzmie, przypominam sobie jak powiedział o Pilchu: Chce się westchnąć: gdyby tak Jerzy Pilch przestał się wygłupiać i co jakiś czas – zawsze będąc w złym humorze – udawać moralistę, inteligenckie sumienie narodu… Dokładnie tak samo oceniam Masłonia: Ech, chce się westchnąć gdyby Masłoń przestał tak ideologizować pisarzy, a pisał o książkach, tak czule, jak nie przymierzając Szczepłek o piłce. Przecież potrafi.
Wracając jednak do awanturki, ta się powoli rozkręca. Horubała odpisuje Masłoniowi udowadniając mu kompletną ignorancję i nieznajomość elementarnych faktów z dorobku Miłosza (co dla recenzenta jest strzałem w pysk) i wreszcie w tym pojedynku, udaje mu się dotknąć sedna sprawy. Że patrząc na niezależność sądów przy cenionej przez niego „Dolinie…” Wildsteina ręce opadają, że czytanie krytyczne polega na czytaniu k r y t y c z n y m, że niezależność to nieschlebianie gustom własnego obozu i przede wszystkim własnym sympatiom politycznym. I choć Horubała nieco kompromituje się wytkaniem „Dolinie” braku afery Rywina i narzekaniem na tonięcie swego obozu w Masłowskich, Huellach i innych (ci w przeciwieństwie do niego piszą, a nie biadolą) to poczytuje głos Horubały za autentyczny. Choć, tak jak często trafia, tak często pudłuje, fauluje i kopie po kostkach nadymając swe krytyczne ego, to wreszcie czytam coś co zdaje się być autentycznym głosem niezależnym. Gdzie facet wali pięścią w stół i mówi co myśli, że w środowisku, do którego mu blisko, potrafi iść pod prąd. I ciekaw jestem odpowiedzi na ten zakamuflowany (a może i nie) zarzut lizusostwa, krytycznej aberracji i kolektywnego myślenia. Choć mam wrażenie, że tak jak w przypadku każdego salonu, skończy się na ostracyzmie i ometkowaniu mianem oszołoma.



Komentarze
Pokaż komentarze (15)