Po traumatycznych przeżyciach dzisiejszego poranka, gdy skacząc między samochodami, kryłem się przed trotylem dobroczynności, nareszcie przyszła pora na odprężenie. I na pomyślunek. Czasami tak mam, że po niedzielnej mszy świętej lubię sobie podumać. Zwłaszcza, gdy się najem ciepłego rosołu to mi się tak robi błogo na duszy. I intelekcie. Zanim jednak zacząłem dumać przyszedł od nas synek sąsiada, który to czasami do mnie przychodzi pograć na komputerze. Dziś też przyszedł, bo Ojciec jest na zwolnieniu lekarskim i zrobił mu tygodniowy szlaban na telewizję. Podpytałem go jak tam oceny, a że zaczął się chwalić, że jest najlepszy w klasie, toteż zadałem mu jeszcze kilka pytań kontrolnych. Czy wie co to doksa, ilu lat dożył Abraham, kim był Tersytes i przy jakiej ulicy mieszkał Mickiewicz, gdy pisał Pana Tadeusza? Słowem spytałem go więc, o to wszystko, co przydać się musi każdemu młodemu człowiekowi gdy wkracza w dorosłość i chce być mężczyzną. Nie odpowiedział na żadne.
Zatrwożony poziomem naszej edukacji zacząłem dumać. Skoro szkoła nie uczy rzeczy tak absolutnie podstawowych (i łatwych) jak ulica Saint-Nicolas d’Antin – to znaczy, że uczy najpewniej rzeczy jeszcze łatwiejszych i nie wymagających wysiłku. Wypoczęta, i de facto niczym nieobciążona, młodzież może się więc uczyć po lekcjach np. o losach świętej rodziny W szkołach religii jest niestety zaledwie dwa razy więcej niż geografii. No bo chyba nie uczą w tej szkole rzeczy trudnych, czasy mamy na tyle upadłe, że dzieci za samo przyjście do szkoły dostają piątki. Bo jak nie to kubeł śmieci na głowę. Innymi słowy, rodzice, którzy widzą, co jest dla dzieci najlepsze, z pewnością posyłają je po lekcjach na starogrecki albo łacinę. Żeby zaznały przydatnej edukacji.
I gdy tak myślałem, myślałem, zachciało mi się zapalić, więc zbiegłem na dół, do kiosku. Nie chcąc bowiem zakopywać, od Boga talentu (a talent do palenia to ja mam, że hej) codziennie wypalam sobie dwie paczki fajek. Co by szło na chwałę Pana na wysokościach. Bacząc, by nikt nie zrzucił na mnie orkiestrowego napalmu, podkradłem się do kiosku i akurat spotkałem ojca tego chłopaka, co to grał u mnie na komputerze. W krtani miał jakąś dziurkę i przytykał sobie do niej papierosa. Patrz Pan – cicho zagaił i wskazał na okładkę gazety – sześciolatki mają iść do szkoły, a przecie ja sam wiem co dla naszej rodziny najlepsze. Fakt, pomyślałem, ale się musiałem zbierać – dzień dziś niebezpieczny.
Siedząc w domu myślałem o tej rurce i o tym, czy rzeczywiście rodzice wiedzą co jest dla dzieci najlepsze. Włączyłem telewizor z nadzieją, czy aby jakiś miłośnik Izraela, w samoobronie, przed terrorem, rzecz jasna, nie przejechał jakiegoś wolontariusza i jego rodziny. Ale nic niestety nie było. Zawiedziony poprzerzucałem kanały, aż zobaczyłem jakiegoś faceta w muszce, co krzyczał o dupokracji i że motłoch nie ma racji. Rzeczywiście - pomyślałem motłoch to raczej nie może mieć racji. A jak nie może mieć motłoch, to i każdy jeden motłochu przedstawiciel. Ten facet na dole mógłby mieć np. dwie dziurki w krtani – dałby radę dwie fajki zajarać na raz. I naglę aż wstałem z wrażenia, bo skoro każdy jeden
z motłochu mieć racji nie może, to nie może mieć też racji przy wychowaniu dzieci. Więc mu trzeba te dzieci urzędowo odebrać.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)