Na związkowców nikt w Warszawie nie czekał. Powitał ich deszcz i puste ulice. Tu i ówdzie ktoś pomachał ręką. Tu i ówdzie ktoś wyjrzał z kawiarni. W centrum miasta, w Alejach Jerozolimskich, związkowe trąbki i gwizdki wywabiły gapiów na balkony i przed drzwi sklepów. Ci patrzyli na idących w deszczu związkowców, jak się patrzy na jakieś zbiegowisko.
Związkowcy raz po raz wołają:
– Chodźcie z nami!! Chodźcie z nami!!
Ale nikt nie przyłącza się do pochodu.
Jak kiedyś w Kielcach
Ten obraz w najmniejszym stopniu nie przypominał manifestacji, strajków z lat osiemdziesiątych. Przypominał raczej zasłyszane przeze mnie w latach sześćdziesiątych zeszłego wieku opowieści o legionistach, którzy wchodzili do Kielc, a witały ich zatrzaśnięte okiennice miasta.
Na rogu Alei Jerozolimskich i Kruczej idący obok mnie sędziwy kolejarz z Lublina, powołując się na strajk w 1980, powiedział coś, co tylko z pozoru było pytaniem, bo w rzeczywistości było stwierdzeniem:
– Popatrz no, Solidarność, porównywana w swych dokonaniach do dokonań Legionów Piłsudskiego, a czemu w takiej zapaści?
Powiedziałem:
– Zestarzeliśmy się i Solidarność się zestarzała.
Patrzałem na kolejarzy, na stoczniowców, na górników i zdawało mi się, że widzę swoich kolegów ze strajków w roku 1980 i później, w 1988. Widzę ich i nie poznaję. Mówimy sobie na ty, pytamy o imiona, których nie pamiętamy. Bo od tamtego Sierpnia minęło przeszło trzydzieści lat i jesteśmy starsi o te trzydzieści lat.
Pośród marmurów i szkła
Idziemy w deszczu przez Warszawę pod Sejm, mijamy wielkie bilbordy, mijamy wykwintne kawiarnie, restauracje, siedziby firm krajowych i zagranicznych. Z ulic, z placów widać marmury, szkło, elegancję.
– Zmieniła się Polska – mówię do Jacka Sojana, pracownika Zakładu Energetycznego Tauron.
– My też zmieniliśmy się – odpowiada Sojan. – Strajkowało się w osiemdziesiątym, nie patrząc, gdzie się będzie spało, co będzie się jadło. A teraz, jak przyjdzie spać w namiocie, to nie wiem jak będzie.
Pytam o „przyjaciół ludu”, o tych, którzy w sierpniu 1980 przybyli do Gdańska, aby rzekomo pomagać strajkującym. Nocą z 22 na 23 sierpnia przybyło dwu, a później, po południu 24 sierpnia dojechało jeszcze kilku „przyjaciół”.
– Nigdy nie byli przyjaciółmi ludu – słyszę. – W osiemdziesiątym wyczuli, że mogą uchwycić władzę. No i przyjechali do Gdańska po władzę, a nie po to, żeby pomagać strajkującym.
– Widział ich kto tu w Warszawie, a może na Wybrzeżu, kiedy były likwidowane stocznie w Gdyni i w Szczecinie?
– Pewno!.. Widzieliśmy ich nieraz w telewizji. Przemawiali do nas.
W deszczu przed Sejmem
Mijamy Plac Trzech Krzyży i podchodzimy pod Sejm. Wciąż pada rzęsisty deszcz. Manifestanci są trochę zdezorientowani. Nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić. Ktoś zapalił oponę. Ktoś woła, że nie wolno palić opon, bo „tak się umawialiśmy”. Ale opona się pali i dymi.
Po jakimś czasie odbywa się spotkanie z liderami związkowymi „Solidarności”, OPZZ, Policjantów i Straży Granicznej.
– Mało nas – zauważam i patrzę na Piotra Dudę, przewodniczącego Komisji Krajowej „Solidarność”.
– Ale siła w nas wielka – powiada Duda.
Przewodniczący Duda nie ma czasu na rozmowy z dziennikarzami. Już go ciągną, żeby przemawiał, no i przemawia.
Bardziej rozmowny jest Dominik Kolorz, przewodniczący Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego „Solidarności”. Na pytanie, co dzisiaj najważniejsze dla związkowców i dla ludzi pracy, Kolorz odpowiada:
– Najważniejsza jest praca w dobrych warunkach i w zdrowiu. Rząd kłamie, kiedy mówi, że musimy pracować dłużej, bo kraje Unii tez wydłużają okres zatrudnienia. Niech rząd się przyjrzy, jakie tam, w Unii, warunki pracy, jaka płaca Francuza albo Niemca. Tego nie da się porównać.
– Protesty, takie jak ten, mogą coś pomóc?
– Mogą pobudzić rząd do rozmów, do ustępstw. Niezależnie od protestów zbieramy podpisy w sprawie referendum. U nas, w regionie śląsko-dąbrowskim, zebraliśmy dotychczas ponad 20 tysięcy podpisów. Ludzie nie wierzą w bajdurzenia rządu, że jak będą pracować dłużej, to będzie im lepiej. Wcale im lepiej nie będzie.
Tymczasem deszcz leje jak z cebra. Tylko nieliczni związkowcy mają parasole. Niektórzy chronią się pod drzewami. Większość stoi z transparentami, z flagami – stoi i moknie. Sojan z Krakowa powiada, że deszcz to dla niego coś zwyczajnego, bo on często jest w Tatach, jak góral.
– A w górach, wiadomo, jak zacznie padać, to już pada i pada. No i człowiek przywykł do deszczu, jak do biedy.
Z wozu transmisyjnego TVP dowiedziałem się, że deszcz będzie padać przez kilka dni, może nawet do poniedziałku. Akurat tyle dni potrwają związkowe manifestacje w Warszawie.




Komentarze
Pokaż komentarze (1)