O roku ów! Kto ciebie widział w naszym kraju
Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju
A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy
O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy
„Pan Tadeusz” – Księga Jedenasta
Tak o roku 1812 pisał Adam Mickiewicz – dwie dekady po wydarzeniach, które zmieniły oblicze Europy i na ponad wiek przypieczętowały los Polski. Pisał o „owym roku”, że był rokiem nadziei, które się nie spełniły. Ale nie spełniły się nie tylko dla Polaków, bo czyż w czerwcu 1812 roku Napoleon mógł przewidzieć, że wyruszając na Moskwę na czele największej ówczesnej armii świata poniesie – w wyniku różnych, niesprzyjających okoliczności – dotkliwe pasmo klęsk, które doprowadzą do restytucji monarchii Burbonów, a jego samego jako banitę rzucą na skalistą wyspę Św. Heleny, gdzie ,podtruwany, będzie dożywał swych dni? Nie, takiej wizji bezspornie nie przewidywał i gdyby ktoś przedstawiłby mu taki katastroficzny scenariusz, uznałby go za szaleńca.
Przypominam te stare dzieje, nie tylko dlatego, że minęło okrągłych 200 lat. Rok 2012 nie był jednak dla Polski „rokiem urodzaju” i na szczęście ( nie licząc epizodu afgańskiego) „rokiem wojny”. Są jednak pewne analogie, na które ośmielam się zwrócić uwagę. Otóż w historiografii świata, poszczególnych kontynentów, a nawet pojedynczych krajów można zaobserwować charakterystyczne zjawisko. Są momenty, że historia gwałtownie przyspiesza, a bieg wydarzeń wartkich osiąga prędkość kosmiczną, by następnie odnotować można spowolnienie, wręcz stagnację i historia wlecze się z prędkością żółwia. Otóż w roku 1812 historia Europy od czasu Rewolucji Francuskiej pędziła jak szalona, by przystopować w roku 1815 na Kongresie Wiedeńskim. Dzisiaj mamy podobne zjawisko, choć w zupełnie odmiennych realiach: od momentu wystartowania rewolucji informatycznej, świat jaki dotąd znaliśmy, zaczął gwałtownie się zmieniać. Przyspieszenie jakiego nabrała historia może przyprawić o zawrót głowy i co więcej - nic nie wskazuje na to, że w wyobrażalnym okresie nastąpi spowolnienie. Pędzimy zatem w nieznane, najpoważniejsi analitycy twierdzą, że świat znalazł się na zakręcie, ale nikt nie potrafi odpowiedzialnie stwierdzić – bo trudno być analitykiem własnych szaleństw – co ujrzymy, gdy zaczniemy z tego zakrętu wychodzić. Czy ktoś trochę ponad dwie dekady temu przewidział, że rozpadnie się Związek Sowiecki? Czy ktoś wtedy mógł sobie wyobrazić, że Chiny staną się drugą (jeżeli chodzi o wielkość PKB) gospodarką świata i za kilkanaście lat najprawdopodobniej wyprzedzą Stany Zjednoczone? A nieprawdopodobny rozwój gospodarczy i cywilizacyjny Indii, równie fascynujące sukcesy Brazylii – kto to przewidział? A przecież to, że centrum finansowe świata powoli, ale systematycznie przesuwa się na południowy wschód nieść będzie musiało za sobą konsekwencje polityczne, a w perspektywie – również militarne. Jak wobec takich tendencji zachowają się Stany Zjednoczone i w jaki sposób będą broniły swojej pozycji hegemona? Nie znamy odpowiedzi na te pytania, ale oczywiste jest, że daleko nam do sytuacji w miarę stabilnej, choćby takiej jak za czasów tzw. zimnej wojny.
Zostawmy sprawy globalne i przyjrzyjmy się naszej macierzystej Europie. Dla wszystkich jasne jest, że czasy w których była pępkiem świata skończyły się bezpowrotnie, a w stosunku do rozpędzonych, wspomnianych wyżej „tygrysów” , wykazuje się starczą gnuśnością. Antidotum na wyzwania przyszłości w postaci Unii Europejskiej jest coraz mniej skuteczne, a piękna idea solidaryzmu jakże często przegrywa z obroną interesów narodowych najsilniejszych jej członków. Jeśli dodać do tego, że strefa euro powoli pęka w szwach, to oczywistym staje się przekonanie, że sytuacja daleka jest od stabilnej. Jak z tym całym zamieszaniem radzi sobie Polska? Pełna odpowiedź wymagałaby dłuższego wywodu, ale w ujęciu lapidarnym należy stwierdzić, że dryfuje. Co więcej, ekipa od pięciu lat rządząca Polską, zachowuje się infantylnie, wyraźnie uwierzyła własnej propagandzie, że w Europie jesteśmy „zieloną wyspą”, czyli krainą w miarę spokojnej szczęśliwości. Taka postawa, jakby żywcem przejęta z epoki saskiej, świadczy o braku wyobraźni i odpowiedzialności, żeby nie powiedzieć więcej.
Polska leży pomiędzy Niemcami i Rosją – i nic tego nie zmieni. Trwanie w błogim przekonaniu, że przynależność do UE i NATO rozwiąże wszystkie nasze problemy jest naiwnością i aż dziw, że lekcja z wspólnym rosyjsko-niemieckim położeniu rury na dnie Bałtyku ( przy bezskutecznych polskich protestach), niczego naszych polityków nie nauczyła. Nie trzeba szczególnej przenikliwości, żeby skonstatować, że żyjemy w czasach swoistego antraktu i wiatr historii póki co nie przerodził się w zawieruchę. Rozwiązujemy lepiej lub gorzej nasze wewnętrzne problemy tu i teraz, całkowicie nie przygotowani na wyzwania przyszłości. A parowóz dziejów – gna.
Żeby jednak ten felieton noworoczny zakończyć optymistycznie, pozwolę sobie zauważyć, że rok 2013 jest od czasu narodzenia Chrystusa największą liczbą pierwszą, co jak twierdzą astrologowie jest sygnałem optymistycznym. Zatem – do siego roku!
Tekst ukaże się na łamach czasopisma "Prawda jest ciekawa|"



Komentarze
Pokaż komentarze (19)