Bo my jesteśmy dziś mniej pazerni
Roślinożerni, roślinożerni
Nam polędwica, ani schab
Nie smakuje tak jak szczaw
(Zenon Laskowik, „Z tyłu sklepu”, 1980 r.)
Widmo krąży po Europie – widmo buntu,
pazerności i anarchii.
Pierwszą ofiarą tego nadciągającego koszmaru stała się Grecja i chociaż brak jest, póki co, pogłębionych badań socjologicznych i politologicznych, wszystko wskazuje na to, że w niemałym stopniu mamy do czynienia z dziedzictwem miazmatów komuny, a także przesuwającym się na wschód syndromem „kotła bałkańskiego”.
Otóż Grecy, którzy po II wojnie światowej doświadczyli ukąszenia komuną, co przed ponad pół wiekiem skutkowało wojną domową, kilka lat temu zbuntowali się przeciwko drastycznemu obniżaniu się poziomu ich życia. Nie chcieli sobie uświadomić, co życzliwie podpowiadała im Bruksela, że sami sobie są winni, bo zamiast ciężko pracować i nade wszystko oszczędzać, wolą wałęsać się po marketach, pić wino i grać na buzuki, niesłusznie uznając, że wszystkiemu winny jest rząd. Grecy nie chcieli jakoś poddać się takiej narracji – i wyszli na ulice. Wielotysięczne manifestacje, trwające kilkanaście tygodni, na wiele się jednak nie zdały. Doszło wprawdzie do zmiany rządu, ale nowy gabinet poddał się presji Brukseli i przyjął unijną propozycję nie do odrzucenia: kolejne zaciśnięcie pasa w zamian za obietnicę pomocy finansowej.
Kolejnym krajem zaatakowanym przez wirus buntu, mającym tak jak Polska czterdziestoparoletni staż w obozie postępu, stały się Węgry. Tam też nie obeszło się bez manifestacji, ale zmiany jakie potem nastąpiły spowodowały, że Europa wstrzymała oddech. A zaczęło się przecież w trybie jak najbardziej zwyczajnym. W wyniku demokratycznych wyborów przeprowadzonych w roku 2010, rządząca dotąd partia socjalistyczna została zepchnięta do opozycji, a władzę przejęła zwycięska konserwatywna koalicja partii Fidesz i KDNP. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, nawet to, że rządząca koalicja miała w parlamencie tzw. przewagę konstytucyjną, ale pierwsze pomruki niezadowolenia pojawiły się od razu po wygłoszeniu expose przez nowego premiera, Wiktora Orbana, który zapowiedział istotne zmiany. Koszty wychodzenia z kryzysu muszą ponieść wszyscy, nie tylko zwykli obywatele, ale również banki, instytucje finansowe i wielkie międzynarodowe korporacje, które robiąc interesy nad Dunajem były dotąd w sytuacji uprzywilejowanej – stwierdził Orban. Gdy za tymi słowami poszły czyny, gdy nowy rząd zaczął na każdym kroku dawać jasno do zrozumienia, że dla niego jest ważniejszy Budapeszt niż Bruksela, gdy odmówił rozmów „na kolanach” z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i gdy – mając tzw. większość konstytucyjną – zaczął zmieniać ustawę zasadniczą wprowadzając absolutnie niepoprawne politycznie zapisy (np. o tym, że małżeństwem jest tylko związek kobiety i mężczyzny) – centrala w Brukseli uznała to za bunt, ba, za wypowiedzenie wojny. A jak wojna, to wojna, wszystkie chwyty są dozwolone, więc na węgierski rząd posypały się ze strony unijnych polityków, a także większości europejskich mediów najcięższe oskarżenia. O skali histerii tych ataków najlepiej może świadczyć to, że oskarżyciele rządu Orbana nie zawahali się nazwać go „rządem parafaszystowskim” . Już tylko dla porządku warto dodać, że po ponad dwóch latach rządzenia nowej ekipy poprawiła się sytuacja gospodarcza, spadło bezrobocie i wzrósł wskaźnik optymizmu obywateli.
O ile buntownicze zmiany nad Dunajem nastąpiły w stylu soft, to wydarzenia w Bułgarii, jakie miały miejsce w lutym tego roku, bardziej przypominały styl hard. Nasze media jakoś wydarzeniami w Bułgarii nie chciały się interesować, więc przypomnijmy: w większości miast masowe protesty uliczne, gwałtowne walki z policją, dwie „żywe pochodnie” – przypadki samospalenia. A przyczyna, z dzisiejszej polskiej perspektywy, wręcz niewiarygodna. Rząd Bojko Borysowa zapowiedział wzrost cen gazu i prądu! Zapewne musiała to być jednak przysłowiowa kropla przepełniająca kielich goryczy, która tak wkurzyła Bułgarów, że masowo wyszki na ulice. W efekcie wystraszony 215-osobowy parlament głosami 209 posłów podziękował Borysowi i jego ministrom.
Skoro już wspomniałem o „gapiostwie” naszych krajowych mediów, to pominęły one również niezwykłe i od razu uprzedzę – drastyczne wydarzenie w dalekich Indiach, odnotowane jednak tak poważne gazety jak „New York Times”, cz „Washington Post”. Otóż 3 stycznia tego roku 1000 pracowników jednej z firm w prowincji Asam, rozwścieczonych faktem permanentnego niewypłacania im na czas wynagrodzenia, dopadło właściciela firmy, zamordowało go, a następnie…ugotowało i zjadło. W konsumpcji, jak stwierdziła policja, brało udział tylko kilkanaście osób. Informację o tym zdarzeniu można rzecz jasna odnaleźć w internecie, natomiast jeśli pominięcie jej przez nasze media było podyktowane obawą naśladownictwa, to była to obawa nieuzasadniona. Na naszej szerokości geograficznej nie było nigdy tradycji kanibalizmu, a najbardziej „dynamiczne” zachowania zrewoltowanych pracowników kończyły się co najwyżej – w czasach PRL - wywiezieniu na taczce pracodawcy.
Skoro już mowa o niewypłacaniu wynagrodzeń w Indiach, to jest okazja żeby przejść na nasze krajowe podwórko, bo nad Wisłą staje się to coraz bardziej palącym, choć również przemilczanym przez media problemem. W roku ubiegłym (z raportu Państwowej Inspekcji Pracy) pracodawcy zalegali pracownikom z wypłatą 230 mln złotych i była to kwota blisko dwukrotnie większa niż rok wcześniej. A warto zdać sobie sprawę, że jest to wierzchołek góry lodowej, bo kilka milionów ludzi w Polsce pracuje (czasami dorywczo) na tzw. umowach śmieciowych, co jakże często oznacza tylko umowę ustną. A wtedy wypłata zależy tak naprawdę od „widzi mi się” zatrudniającego. Stąd też liczba „oburzonych” , czy bardziej swojsko „wkurzonych”, może być w Polsce całkiem pokaźna. I to nie tych z zaległymi wypłatami. Zagrał im ostatnio na nerwach Stefan Niesiołowski, który stwierdził, że jak jest się głodnym, to można nasycić się szczawiem i mirabelkami, co sam w latach szczenięcych praktykował. Pan wicemarszałek w swojej zapalczywości nie był łaskaw zauważyć, że jego wypowiedź do złudzenia przypomina radę Marii Antoniny o jedzeniu ciastek zamiast chleba, co jak wiemy nie najlepiej się dla niej skończyło.
Czego panu wicemarszałkowi w żadnym wypadku nie życzę.
Tekst ukaże się w najnowszym numerze czasopisma "Prawda jest ciekawa".



Komentarze
Pokaż komentarze (48)