Andrzej Gelberg Andrzej Gelberg
3430
BLOG

Niszczenie elit

Andrzej Gelberg Andrzej Gelberg Polityka Obserwuj notkę 48

 

Niech sobie ten przepis przeczyta elita

Że każda śmietanka na deser jest bita

Stanisław Jerzy Lec

 

            Prawdziwych elit się nie wybiera, nawet w najbardziej demokratycznej procedurze, do jej szacownego grona nie można też trafić przez nominację. Mechanizm wyłaniania się takich, powtórzę, prawdziwych elit jest tajemniczy i długotrwały, a eksploracja socjologiczna tego zjawiska daje jedynie hasłowe odpowiedzi na pytanie: jakie cechy musi posiadać człowiek, żeby stać  się członkiem elity? Poprzeczka zawieszona jest wysoko, bo są to łącznie – honor, mądrość, uczciwość i profesjonalizm. Rzeczą charakterystyczną jest, że ludzie wyposażeni w wymienione cechy zazwyczaj nie aspirują do tego, żeby jakaś społeczność uznała ich za elitę. Jeśli dochodzi do takiej nieformalnej „nominacji”, dzieje się to niejako samorzutnie. Tak było zawsze, tak również jest i teraz, chociaż dzisiaj, w coraz bardziej skomplikowanym świecie ogarniętym manipulacją, reklamą i informacyjnym szumem, ludzie szukający odpowiedzi na dręczące ich pytania, szukający drogowskazów, mają coraz większe kłopoty z odrzuceniem ziarna od plew, krótko mówiąc z odróżnieniem prawdziwych elit, od elit, które od rana do wieczora im serwują media. W konsekwencji mamy do czynienia coraz częściej ze zjawiskiem kopernikańskiego wypierania elit prawdziwych przez nominowane i medialnie namaszczone, ale co gorsza odbywa się na coraz większą skalę niszczenie elit prawdziwych. Metoda jest zawsze taka sama: prowokacja, pomówienia, szyderstwo, a w najłagodniejszej formie – zmowa milczenia o dokonaniach tego, który nie daj Boże mógłby stać się autorytetem.

            Wspomniana metoda stosowana jest nie tylko w stosunku do żyjących. Niedawno „Gazeta Wyborcza”, najbardziej chyba zasłużona w III RP w kreowaniu i nominowaniu nowych elit, ale także w niszczeniu tych, którzy nie znaleźli akceptacji na Czerskiej, postanowiła wrzucić łyżkę dziegciu do beczki miodu zbiorowej pamięci Polaków wychowanych na lekturze „Kamieni na szaniec”. Zastosowany chwyt był zaiste godny Niccolo Machiavellego. Otóż gazeta ta walcząca od lat z homofobicznym, jej zdaniem, polskim społeczeństwem, postanowiła dać pożywkę dla owej fobii publikując nagłośniony wcześniej wywiad z dr Elżbietą Janicką z PAN, z którego dowiedzieliśmy się, że owa badaczka literatury doszła po lekturze wspomnianej książki do odkrycia, iż bohaterów kilku pokoleń harcerzy - „Rudego” i „Zośkę” -  łączyć musiała więź homoseksualna.

            Zostawmy przeszłość, przyjrzyjmy się kilku przypadkom niszczenia elit za życia. Metodę przemilczania zastosowano w stosunku do Zbigniewa Herberta, gdy w ostatnich latach swojego życia pozwolił sobie na wygłaszanie poglądów całkowicie niepoprawnych politycznie. Książe Poetów był jednak zbyt wybitną postacią i metodę obucha trudno było wobec niego zastosować, więc naczelny „GW” musiał w milczeniu przełknąć opinię Herberta, że jest Dyzmą III RP, chociaż tuż po śmierci poety pojawiły się insynuacje, że zapalczywość publicystyczna Herberta musiała być spowodowana jakimiś zawirowaniami psychicznymi. Takiej taryfy ulgowej nie miał Jarosław Marek Rymkiewicz, który w ostatnich miesiącach sporo czasu spędził w gmachu sądów przy Al. Solidarności, pozwany przez Michnika. Nie ma też szczęścia do tego środowiska opiniotwórczego inny pisarz – Waldemar Łysiak. Mimo, że od lat jego książki brylują na czele rankingu najlepiej sprzedających się pozycji, nie tylko nie doczekał się nominacji do literackiej nagrody „Nike”, ale nawet choćby najbardziej krytycznej recenzji na łamach większości gazet.

            Niszczenie elit nie tyczy rzecz jasna tylko ludzi kultury. Koniecznie trzeba w tym miejscu  odnotować, że w opisywanym procederze ciągle pojawia się cień tajnych służb PRL-u, dawno przecież rozwiązanych. Gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia Barbara Niemiec (wiceprzewodnicząca Komisji Krajowej NSZZ „S”) próbowała nie dopuścić do wyboru na szefa małopolskiej struktury „S” byłego agenta bezpieki, nie znalazła wsparcia w strukturach związkowych i spotkała się ze środowiskowym ostracyzmem. Uniosła się honorem, złożyła dymisję i wprawdzie parę lat później trzeba było odsunąć od wysokiej funkcji związkowej byłego agenta ( w IPN znalazły się jednoznaczne dokumenty), Basia została skutecznie odstrzelona i nikt jej nawet nie przeprosił. A los innych wybitnych działaczy Solidarności – Anny Walentynowicz, Andrzeja Gwiazdy czy Krzysztofa Wyszkowskiego? Anna „Solidarność”, dyskredytowana od samego początku przez Wałęsę lękającego się ujawnienia prawdy o „Bolku”, traktowana przez media jak oszołomka, wyszydzana i lekceważona, „zastępowana” w historii Sierpnia’ 80  przez Henrykę Krzywonos, doczekała się dopiero moralnej satysfakcji od prezydenta Lecha Kaczyńskiego dekorującego ją (a także Andrzeja Gwiazdę) najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego. Natomiast o zapomnianym już niemal całkowicie Krzysztofie Wyszkowskim (przypomnę: współzałożycielu Wolnych Związków Zawodowych w Gdańsku, bez których nie byłoby Sierpnia) dowiadujemy się od czasu do czasu z drobnych prasowych wzmianek tyczących procesów sądowych, w których występuje w roli pozwanego przez Wałęsę. Były prezydent, wbrew jakże licznym dowodom jego wcześniejszej działalności jako tajnego współpracownika bezpieki o pseudonimie „Bolek”, doświadcza zadziwiającej empatii ze strony aparatu sprawiedliwości III RP, Wyszkowski natomiast stoi – w przypadku definitywnej przegranej w sądzie - przed groźbą obowiązku opublikowania przeprosin w gazetach za pieniądze, których wysokość przekroczy sumę wypłat emerytalnych choćby żył nawet sto lat. Czy taki upór w sprawie „Bolka” nie świadczy o tym, że Wyszkowski stracił instynkt samozachowawczy i jest trochę stuknięty? – w subtelny sposób starają się sugerować media.

            Nie chcę w tym felietonie zajmować się politykami, gdyż na tym boisku toczy się na całym świecie bezpardonowa walka. Ale nie sposób pominąć losów dwóch osób, obu prawników, zasłużonych obrońców w procesach politycznych z czasów PRL, z których pierwszy był politykiem trochę z przypadku, a drugi, bezpartyjny, był bardziej człowiekiem kultury, niż wieloletnim parlamentarzystą. Obu zniszczyły prowokacje, w których istotny udział wzięły tajne służby ancien regime’u .

Polityczna egzekucja Andrzeja Kerna, wicemarszałka sejmu, rozpoczęła się, gdy ten, odchodząc od zmysłów zaczął poszukiwać swojej 16-letniej córki. Media zaatakowały go natychmiast, że wykorzystuje swoje stanowisko i używa nacisku na  prokuraturę i policję w swojej prywatnej sprawie, a w dodatku jest kołtunem i drobnomieszczaninem, a zapewne również rasistą, gdyż nie potrafi zaakceptować wielkiego uczucia swojej córki do chłopaka o narodowości Romskiej. Warto w tym miejscu dodać, że ślub zakochanych sponsorował swoją obecnością Jerzy Urban, w błyskawicznym tempie Marek Piwowski (tajny współpracownik bezpieki) zrealizował na kanwie tej historii film „Uprowadzenie Agaty”, kilka miesięcy po ślubie skruszona córka wróciła do rodzinnego domu, a Andrzej Kern już się po tym wszystkim nie podniósł, został skutecznie skasowany. Zaczął chorować, niedługo potem zmarł.

W prowokacji przeciwko Krzysztofowi Piesiewiczowi, senatorowi kilku kadencji, wzięli udział przedstawiciele świata przestępczego współdziałający z dawnymi bezpieczniakami. Wykazał to jednoznacznie proces karny, w którym prowokatorzy oskarżeni o szantaż Piesiewicza skazani zostali na kilka lat więzienia. Ale za Piesiewiczem ciągnie się również proces karny, w którym świadkami oskarżenia są skazani szantażyści. Proces dotyczy używania przez Piesiewicza białego proszku, co widziała cała Polska na filmie zrobionym przez szantażystów i puszczonym przez ogólnopolską telewizję. Sprawa szyta jest grubymi nićmi, zapewne zakończy się uniewinnieniem byłego już senatora, ale Piesiewicz został skutecznie skasowany z życia politycznego, a być może publicznego. Zaszczuty i wyszydzony rozważa dzisiaj decyzję o emigracji.

Naród, któremu udaje się podmienić elity, na łże-elity jest poważnie zagrożony, gdyż traci busolę i prawdziwe drogowskazy. W czasach PRLu Polacy podejrzliwie i z dystansem patrzyli na komunistyczne elity. Bardziej niż wiedzą kierowali się instynktem. A jak jest dzisiaj?

 

 

Tekst ukaże się w najnowszym numerze czasopisma „Prawda jest ciekawa”.

 

 

Wszystko o mnie na stronie www.gelberg.org

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (48)

Inne tematy w dziale Polityka