O niewielu dużych miastach z tzw. ziem odzyskanych możemy mówić, że po II wojnie światowej powróciły do macierzy. Elbląg – mimo wcześniejszych skomplikowanych i burzliwych dziejów – od II Pokoju Toruńskiego przez ponad 300 lat(aż do I rozbioru) należał do Polski.
Gdy po roku 1945 to zniszczone w wyniku działań wojennych i rozszabrowane przez sowietów miasto zasiedlali nowi mieszkańcy(głównie z Kresów), ze zdumieniem konstatowali, że jest to miasto portowe i co więcej – dysponujące w przeszłości całkiem sporych rozmiarów stocznią. Bo też Elbląg w czasach, gdy należał do tzw. Prus Wschodnich był portem morskim całą gębą, gdzie - dzięki pracom hydrologicznym na rzece Elbląg, budowie kanałów, stworzeniu pogłębionego toru wodnego w Zalewie Wiślanym i, naturalnie, istnieniu Cieśniny Pilawskiej – mogły zawijać statki z całego świata. I to bynajmniej nie łupinki, tylko jednostki średniej wielkości o zanurzeniu do 12 metrów. Nic zatem dziwnego, że Niemcy w tym uprzemysłowionym mieście zbudowali również w połowie XIX w. stocznię, która specjalizowała się w wodowaniu okrętów wojennych: torpedowcach, niszczycielach i okrętach podwodnych.
Ten czas morskiej prosperity zakończył się definitywnie, gdy Elbląg stał się polskim miastem. Stalin, który w Poczdamie zażądał włączenia do Związku Sowieckiego „niezamarzającego portu na Bałtyku”(chodziło o Królewiec) – otrzymał co chciał. Taka decyzja oznaczała – jak się potem okazało – wyrok dla Elbląga. Bo Cieśnina Pilawska była już po stronie sowieckiej, a międzynarodowe prawo do wolnej żeglugi Stalin miał w nosie. I chociaż podpisana 16 sierpnia 1945 r, umowa pomiędzy Polską i Związkiem Sowieckim przewidywała, że: „ W czasie pokoju przejście przez Cieśninę Pilawską otwarte będzie dla statków handlowych pod polską banderą zmierzających do portu Elbląg i z powrotem”, to po pierwsze umowa ta miała charakter tajny(opublikowano ją dopiero w roku 1990), a po drugie – była całkowicie martwa. Obowiązywała stalinowska dyrektywa „nie lzia” i kolejne polskie władze komunistyczne, mimo że Stalina nie było już wśród żywych, a nawet usunięto go z mauzoleum, jakoś nie miały odwagi, żeby chociaż odwołać się do umowy z roku 1945, która i tak, prawem kaduka, zabraniała statkom obcych bander zawijania do elbląskiego portu.
Gdy w roku 1989 odzyskaliśmy niepodległość, władze II RP w sprawie Elbląga trwały w stuporze. Rękawicę Kremlowi i losowi zdecydował się rzucić Edmund Krasowski, ówczesny poseł z Elbląga(PC), organizując „regaty” jachtów z Gdyni do Fromborka. Wziąłem w nich dwukrotnie udział i za każdym razem przepływając Cieśninę Pilawska nie było wiadomo, czym to się może skończyć. W roku bodajże 1994 okręt patrolowy „Bałtijskoj fłoty” dogonił nas, włączył syreny ostrzegawcze i nakazał dobicie do nadbrzeża wojennego portu Bałtijsk. Jacht „Misia II” został skrupulatnie przeszukany, a na nasze pytanie: czego dzielni matrosi szukają? – usłyszeliśmy kuriozalną odpowiedź: przemycanych Czeczenów.
Akcja Krasowskiego odniosła jednak pewien skutek – na Zalewie Wiślanym pojawiły się statki z polską banderą, powstało nieregularne połączenie turystyczne z Królewcem, obsługiwane przez wodoloty. Również w porcie elbląskim coś drgnęło i w roku 2008 – „przełamując” Cieśninę Pilawską - dobiło tam…14 statków. Ale Rosjanie wyraźnie nie przepadali za tym, żeby jacyś obcy szwendali się po Zalewie Wiślanym – i stale piętrzyli trudności. Gdy po przystąpieniu Polski do UE było jeszcze bardziej pod górę, pojawił się pomysł przekopania Mierzei Wiślanej po polskiej stronie i przywrócenia w ten sposób Elblągowi rangi portu morskiego. Nie jest to inwestycja ponad możliwości finansowe naszego państwa. Chodzi o przekopanie kanału długości 1100 m, o szerokości 40 m w dnie i 80 m na powierzchni oraz głębokości 12 m. Kosztorys takiej inwestycji, łącznie z mostem i śluzami zamyka się w kwocie 230 mln euro. Również od strony technicznej budowa takiego kanału nie powinna sprawić kłopotu i jest o wieki świetlne bliższa rozwiązaniom spotykanym w Krainie Wielkich Jezior Mazurskich, niż chociażby w Kanale Kilońskim.
Nad realizacją tego projektu niemal natychmiast pojawiły się chmury w postaci… lobby ekologicznego. Już tylko dla porządku warto odnotować, ze lobby to podjęło również bezpardonową wojnę z gazem łupkowym, którego wydobycie mogłoby nas uniezależnić od dostaw z Rosji oraz, ze jego aktywność potrafi być zaskakująco skuteczna. Pozostaje więc sprawą otwartą, czy nowemu prezydentowi Elbląga uda się zrealizować zapowiadaną w kampanii inwestycję z kanałem, czy też klątwa Stalina będzie dla tego miasta trwała nadal?



Komentarze
Pokaż komentarze (76)