29 obserwujących
75 notek
223k odsłony
  1356   0

Wertepy na drodze do wolności

                              

   

31 sierpnia 1988 r., tuż przed północą, Lech Wałęsa dotarł wreszcie do Gdańska, gdzie na II bramie Stoczni rozpostarty był wielki transparent z napisem: „Nie ma wolności bez Solidarności”. Lechu wracał z Warszawy po parogodzinnych rozmowach z Kiszczakiem i nikt z od tygodnia strajkujących stoczniowców nie spał – wszyscy zgromadzeni w stołówce z niecierpliwością czekali na to, co Wałęsa im powie. – To były pierwsze rozmowy i Kiszczak obiecał, że będą następne. – A Solidarność, a Solidarność? – wyrwało się kilku stoczniowcom. – Kiszczak zapewnił mnie, że będziemy mogli rozmawiać na każdy temat, również Solidarności, ale żeby doszło do następnych rozmów, strajk musi być zakończony. Zapadła cisza, Przerwała ją jedna ze strajkujących kobiet, która podeszła do Wałęsy i rzuciła mu w twarz: - ty zdrajco.

 

      Przypominam to zdarzenie, którego byłem świadkiem, gdyż historiografia uznała, że strajki sierpniowe roku 1988 (zwłaszcza ten w Stoczni Gdańskiej) dały początek „Drogi do wolności”, której 25-lecie ostatnio hucznie obchodziliśmy. Przypomnijmy niektóre znaczące epizody na tej drodze,  zwłaszcza te przemilczane i rzadko eksponowane oraz komentowane.

      Ale po kolei: wspomnianą kobietę, która obraziła Lecha, natychmiast wyprowadzono za bramę, a następnego dnia strajk został zakończony. Kilka tygodni później mieliśmy do czynienia ze zdarzeniem idącym niejako pod prąd. Jedni twierdzili, że to prowokacja, inni, że rząd testuje skuteczność Wałęsy. Otóż premier Mieczysław F. Rakowski ogłosił upadłość Stoczni Gdańskiej, a Wałęsa zdał egzamin i udało mu się bez większego trudu spacyfikować pomysły podjęcia akcji protestacyjnej w obronie stoczni. Oczywiście w imię możliwości kontynuowania rozmów z Kiszczakiem, którego oferta uległa rozszerzeniu i przeszła do historii pod nazwą Okrągłego Stołu.

 

          W pałacu był okrągły, w Magdalence suto zastawiony

 

       Obrady rozpoczęły się 6 lutego 1989 r. w Pałacu Namiestnikowskim i trwały dwa miesiące. Cechą charakterystyczną rozmów tzw. strony solidarnościowo-opozycyjnej z urzędującą władzą była tajemniczość i brak transparentności. W kąt odrzucona została tradycja rozmów z lat 1980-81. I nie chodzi tylko o włączone gigafony, umożliwiające strajkującym przysłuchiwanie się pertraktacjom Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z delegacją rządową pod przewodnictwem wicepremiera Jagielskiego. Również potem, w czasie „karnawału”, negocjacje Solidarności z różnymi ministrami relacjonowało na żywo Polskie Radio, a jeżeli nie było transmisji radiowej, to przedstawiciele Solidarności nagrywali te rozmowy na magnetofon, by następnie puszczać je w zakładowych radiowęzłach.

      Teraz wszystko działo się za zamkniętymi drzwiami i do Polaków docierały strzępy informacji. A jeśli przy Okrągłym Stole występowało jakiś zacięcie, to do odblokowania niezbędne było spotkanie z Kiszczakiem w Magdalence. O czym tam rozmawiano, też niewiele wiedzieliśmy. Dopiero wiele lat później zobaczyliśmy jak w magdalenkowej willi MSW dochodziło w czasie biesiadowania do zawstydzających tostów i fraternizacji części solidarnościowej delegacji - z Kiszczakiem i jego otoczeniem.

     Ale wtedy wystarczyć musiały codzienne konferencje prasowe organizowane w Hotelu Europejskim. Prowadził je najczęściej Bronisław Geremek, który posiadł w stopniu mistrzowskim sztukę mówienia w taki sposób, żeby nic nie powiedzieć. Używał kwiecistej polszczyzny, czasami korzystał z łacińskich sentencji, zachowywał profesorski spokój. Gdy jednak zadano mu pytanie: dlaczego Solidarność będzie musiała po raz drugi rejestrować się w sądzie, dlaczego NZS nadal ma być nielegalne i dlaczego zdelegalizowane przez Kiszczaka w styczniu 1982 r. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich ma pokornie udać się na Rakowiecką w celu aplikacji do rejestru stowarzyszeń – puściły mu nerwy.- To są sprawy drugorzędne – powiedział szybko, dobitnie i o tonację wyżej. Zajmowanie się drobiazgami może tylko utrudnić realizację  głównego celu, a jest nim obecność naszych przedstawicieli w parlamencie.

 

                  Wybory, czyli zmiana reguł w trakcie gry

 

       Nie były to wybory demokratyczne - oficjalnie używano określenia „nie w pełni demokratyczne”, czyli inaczej częściowo – co ktoś skwitował uwagą, że nie można być częściowo w ciąży. Bo też stronie solidarnościowo-opozycyjnej pozwolono aspirować jedynie do 35 procent mandatów do sejmu (ograniczenie to nie dotyczyło senatu) i w wyniku wyborów zdobyto – z wyjątkiem jednego miejsca w 100-osobowym senacie – całą pulę. Ważna odnotowania była wyjątkowo niska, jak na tak szczególne wydarzenie, bo zaledwie 62-procentowa frekwencja. Dla porównania: w krajach byłego obozu komunistycznego frekwencja w pierwszych wolnych wyborach była od kilkunastu do kilkudziesięciu procent wyższa. Powodów tak dużej absencji trzeba się jedynie domyślać, ale bez popełnienia większego błędu można przyjąć, że złożyło się nań intuicyjne przeczucie wielu Polaków, że przy Okrągłym Stole odbywało się jakieś podejrzane knucie z komunistami. Przeczucie wzmocnione faktem niedopuszczenia do tego szacownego mebla przedstawicieli innych, znaczących środowisk opozycyjnych (KPN, Solidarność Walcząca, ROPCiO, Grupa Robocza „S”). co potem skutkowało brakiem ich na listach kandydujących do sejmu i senatu z ramienia Komitetu Obywatelskiego.

Lubię to! Skomentuj21 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale