29 obserwujących
75 notek
223k odsłony
  1420   0

To co POdnieca, to się nazywa kasa

 

 

Nie wyobrażam sobie, aby mogły istnieć ściślejsze więzy ponad te, które stwarza między ludźmi wspólna służba, przynależność do tego samego okrętu i tej samej załogi, zwłaszcza w chwilach niebezpieczeństwa.

Joseph Conrad

 

 

W związku z agresją Rosji na Ukrainę, sytuacja Polski stała się niebezpieczna. Wprawdzie działania wojenne toczą się o tysiąc kilometrów od naszych granic i póki co nie jesteśmy krajem frontowym, to jednak nieokiełznane ambicje Putina odbudowy rosyjskiego imperium, przy tchórzliwej i zachowawczej postawie przywódców świata zachodniego, każą nam już dzisiaj dmuchać na zimne.

 

A tymczasem kapitan i pierwszy oficer okrętu pod banderą biało-czerwoną, nie bacząc na zbliżające się rosyjskie tsunami, opuścili mostek kapitański, odlatując do Brukseli. Nie bądźmy jednak hipokrytami – perspektywa unijnych synekur była zaiste kusząca. Pan premier i jego zastępczyni nie byli bynajmniej pierwsi, wcześniej szlak przetarła obecna wiceprzewodnicząca PO, Hanna Gronkiewicz-Waltz, porzucając w trakcie kadencji jedno z najważniejszych stanowisk w państwie – prezesa Narodowego Banku Polskiego. Co skusiło panią Hannę, żeby wyemigrować do Londynu w celu objęcia jednego z kilku stanowisk wiceprezesa Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju? Na pewno nie splendor, gdyż funkcja prezesa banku centralnego – według naszej konstytucji hierarchicznie piąte stanowisko, po prezydencie, premierze i marszałkach sejmu i senatu – daleko przewyższała londyńską synekurę. Wychodzi na to, aż wstyd powiedzieć, że kasa, istotnie wyższa niż zarobki prezesa NBP.

 

Brukselska Arkadia

 

W przypadku Donalda Tuska dominujące w Polsce media nieustannie podkreślają, że objęcie stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej (nazywanego czasami zastępczo „prezydentem”) , to splendor nie tylko dla byłego już premiera, ale również dla Polski. W istocie od 1 grudnia 2014 r. Donald Tusk będzie się kontaktować z prezydentami i premierami, zapraszając ich raz na kwartał na spotkania do Brukseli, ale tych którzy ulegli narracji o niebywałej wadze prezydenta Rady Europejskiej, trzeba odesłać do lektury statutu tej organizacji. Otóż jego rola jest więcej niż skromna, porównywalna do szefa rady programowej: cztery razy do roku powinien zaprosić przywódców państw europejskich, wysyłając wcześniej wykonane przez własne biuro opracowania i raporty, mające być inspiracją do dyskusji o kierunkach, strategicznych celach i priorytetach politycznych, zwłaszcza w zakresie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Dla człowieka, o którym jego współpracownicy mówili od lat, że nie lubi się przepracowywać, jest to fucha znakomita. I już na marginesie: nie wiemy jak wygląda oświetlenie gabinetu prezydenta Rady Europejskiej, ale bez wątpienia „strażnik żyrandola”, którym dzisiaj jest Bronisław Komorowski – jak ironicznie wypowiedział się kiedyś Tusk o „próżniaczej” funkcji prezydenta RP, gdy był nim Lech Kaczyński – ma znacznie więcej roboty i bez porównania większe kompetencje.

Żeby nie być posądzonym o drobne złośliwości, zgódźmy się, że w odróżnieniu od przypadku Hanny Gronkiewicz-Waltz, na Donalda Tuska spłynął splendor – będzie brylować na najbardziej ekskluzywnych salonach świata, zapewne z niejednym prezydentem i premierem przejdzie „na ty”. Już tylko dla porządku trzeba wspomnieć o kasie.

 

Pecunia non olet

 

 Otóż od momentu powstania Rady Europejskiej, przez ponad trzydzieści lat, stanowisko przewodniczącego Rady obejmowali rotacyjnie (na pół roku) urzędujący premierzy państw Unii Europejskiej. Była to funkcja honorowa i nie otrzymywali z tego tytułu żadnego wynagrodzenia. Sytuacja uległa zmianie, gdy w roku 2009 zdecydowano o „uzawodowieniu” stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej, którego powoływano na 2,5 roku. Pierwszym przewodniczącym został były premier Belgii Herman von Rompuy, piastujący tę funkcję przez dwie kadencje. Teraz został nim nasz rodak, który będzie pobierał miesięczne wynagrodzenie w euro, co po przeliczeniu stanowić będzie kwotę ponad 100 tysięcy złotych, to jest ponad pięć razy więcej niż otrzymywał jako premier. Ale to nie koniec konfitur – za prestiżową służbę w Brukseli będzie – jeśli zostanie wybrany, jak poprzednik na drugą kadencję – otrzymywał emeryturę w wysokości ponad 80 tysięcy złotych. I bynajmniej nie od 67 roku życia, jak udało mu się przeforsować dla swoich rodaków obojga płci. Co więcej wysokość tej unijnej emerytury jest pewna, czego nie można powiedzieć o naszych krajowych emeryturach, gdyż – jak ostrzegają polscy ekonomiści z górnej półki – ZUSowi, wobec zapaści demograficznej, grozi plajta. Jeśli jednak stanie się cud i polskie emerytury nie ulegną obniżeniu, to zachowując obecne proporcje, mężczyzna przechodzący na emeryturę w wieku 67 lat i żyjący (statystycznie) jeszcze 6 lat otrzyma łącznie kwotę mniejszą niż dwumiesięczne brukselskie świadczenia Tuska. I to pod warunkiem, że będzie miał średnią-krajową emeryturę. Nieźle sobie nasz Donald wykombinował, co nie?

 

Kłopoty z honorem

 

Opuszczenie przez kapitana zagrożonego okrętu od niepamiętnych czasów uznawane było za postawę haniebną. Niestety w III RP mamy poważny problem ze słowem „honor”, który ostał się jedynie na starych sztandarach. A poza tym, mamy w tym względzie materii pomieszanie, gdyż główny moralista – autor napisanej w więzieniu na Rakowieckiej książki „Z dziejów honoru w Polsce” – po roku 1989 nominował na ludzi honoru Jaruzelskiego i Kiszczaka. Więc nie ma co się czepiać Tuska, że zadbał o rodzinę. 


             Tekst ten ukaże się w najbliższym numerze"Gazety obywatelskiej"

 

 

Lubię to! Skomentuj12 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale