29 obserwujących
75 notek
223k odsłony
  11460   0

Co się stało z nagrodą księdza Jerzego?

 

 

 

 

Późną jesienią 1986 r. w kilku tytułach drugoobiegowej prasy ukazały się krótkie notki informujące o tym, że kapituła nowo powstałej Fundacji im. Roberta Kennedy’ego przyznała nagrody Praw Człowieka(Human Rights). Pierwszymi laureatami zostali Polacy: intelektualista - Adam Michnik, robotnik - Zbigniew Bujak i pośmiertnie, zamordowany dwa lata wcześniej kapłan – ksiądz Jerzy Popiełuszko. Na zorganizowanej z tej okazji uroczystości w Waszyngtonie, nieobecnych laureatów, którzy oprócz dyplomów mieli otrzymać również nagrodę pieniężną ( 50 tysięcy dolarów), reprezentował Czesław Miłosz.

 

     Gdy wiosną 1991 r. do redakcji „Tygodnika Solidarność”, gdzie pracowałem jako reporter, przyszedł list z Wolsztyna, w którym miejscowy ksiądz pytał, co stało się z nagrodą Kennedy’ego dla księdza Jerzego – postanowiłem sprawę zbadać i wyjaśnić.

      Pierwsze kroki skierowałem do ambasady Stanów Zjednoczonych. Attache prasowy,  którego poprosiłem o namiary Fundacji (nie było jeszcze wtedy internetu), okazał się człowiekiem bardzo uprzejmym. Zaproponował przesłanie mu pytań do Fundacji, które on skieruje do adresata, a gdy przyjdzie odpowiedź, niezwłocznie mnie o tym powiadomi. I po tygodniu otrzymałem odpowiedź, że w maju 1987 r. odbyła się w ambasadzie USA - z okazji pobytu w Warszawie senatora Edwarda Kennedy’ego - niejako powtórna uroczystość wręczenia nagród Fundacji. Z tekstu należało się domyśleć, ze w uroczystości musieli wziąć udział laureaci. Ale czy wszyscy i kto reprezentował księdza Jerzego? Co do nagrody finansowej odpowiedz była również pozbawiona szczegółów: wszystko odbyło się zgodnie z regulaminem nagrody Human Rights.

     Postanowiłem dotrzeć do rodziców księdza Jerzego

              Kościół pod wezwaniem św. Stanisława Kostki

    Udałem się do żoliborskiego kościoła, gdzie ksiądz Jerzy był wikarym i w stanie wojennym odprawiał raz w miesiącu, gromadzące tłumy warszawiaków, msze święte w intencji Ojczyzny, za co został bestialsko zamordowany i gdzie znajduje się jego grób. Patron księdza Jerzego, proboszcz Teofil Bogucki już nie żył, zastąpił go ks. prałat Zygmunt Malacki, ale msze święte w intencji Ojczyzny były kontynuowane. Gdy wyjaśniłem młodemu wikaremu z czym przychodzę, ten poradził mi, żeby zamiast jechać na Podlasie do wsi Okopy, przyjść za tydzień na mszę za Ojczyznę, bo jest więcej niż pewne, że wezmą w niej udział rodzice księdza Jerzego.

     Okazało się, że miał rację. Gdy po tygodniu dotarłem na Żoliborz, przed kościołem były już tłumy. Odszukałem wikarego, a ten przekazał mi, ze rodzice księdza Jerzego wiedzą o tym, że dziennikarz „Tygodnika Solidarność’ chce zadać im kilka pytań. Na rozmowę będzie czas po mszy, mam stać w tym samym miejscu, on mnie odszuka i zaprowadzi do rodziców. Tak też się stało. Przeciskając się przez tłum i trzymając mnie za rękę, wikary zaprowadził mnie do stojącego obok kościoła domu parafialnego, gdzie na pierwszym piętrze, przy długim stole siedziało kilkunastu księży (w tym dwóch biskupów), a także rodzice księdza Jerzego oraz jego starszy brat Józef. Gestem wskazano mi miejsce miedzy dwoma księżmi i zanim zdołałem ochłonąć, na stole pojawiła się pomidorowa, a po jakimś czasie drugie danie. Przy stole panowało absolutne milczenie i dopiero, gdy obsługujące zakonnice podały kawę, ksiądz Malacki przerwał ciszę stwierdzając: - Jest wśród nas pan redaktor, który chce zadać parę pytań naszym ukochanym rodzicom księdza Jerzego. Włączyłem magnetofon i zadałem pierwsze – i jak się okazało jedyne – pytanie: czy otrzymaliście państwo nagrodę Praw Człowieka im. Roberta Kennedy’ego przyznaną pośmiertnie waszemu synowi. - Panie  redaktorze – matka księdza Jerzego nie ukrywała zdenerwowania – niech pan napisze, ze nic nie dostaliśmy. Ludzie nam nie wierzą, wielu myśli, ze śpimy na dolarach, musieliśmy sprawić sobie dużego, złego psa, bo boimy się, że przyjdą jacyś nas rabować i będą przypalać żelazkiem. A my nic nie mamy, nawet nie zaprosili nas do ambasady, bo podobno nie mieli adresu. Ale potem jakoś go zdobyli, bo przesłali nam statuetkę i album ze zdjęciami rodziny Kannedy. Ksiądz z naszej parafii, który zna prawdę, powiedział nawet z ambony, że żadnych dolarów nie dostaliśmy, ale mało to niedowiarków. Niech pan napisze prawdę, nam już nie chodzi o to co się stało z tą nagrodą, chcemy mieć tylko spokój.

                                                  Laureaci

        Pozostała jeszcze rozmowa z laureatami. Pierwszy telefon wykonałem do Zbyszka Bujaka. – Cześć Zbyszek – zacząłem rozmowę – byłeś jednym z trzech, którzy kilka lat temu otrzymali nagrodę Praw Człowieka im. Roberta Kennedy’ego. Czy wiesz co się stało z nagrodą dla spadkobierców księdza Jerzego? Po kilku sekundach ciszy Zbyszek zasyczał: - Ja cię zniszczę, jak swoim pisaniem skrzywdzisz rodziców księdza Jerzego. – Spokojnie Zbyszek, właśnie wczoraj rozmawiałem z nimi i działam właściwie w ich imieniu, wiedz powiedz mi…- usłyszałem trzask odkładanej słuchawki.

     Już tylko dla porządku moje wielokrotne próby telefonowania do „Gazety Wyborczej”, zostawianie własnego numeru telefonu, okazały się bezskuteczne. Adam Michnik nie chciał ze mną rozmawiać.

                                              Zamiast epilogu

     Pozostało mi tylko już tylko napisać tekst. Niemal nie zawierał przymiotników, a już w żadnym wypadku jakichkolwiek moich ocen, sugestii czy hipotez – suche sprawozdanie z wykonanych czynności, treść pytań i odpowiedzi amerykańskiej Fundacji, a także nagrane wypowiedzi moich rozmówców. Gdy położyłem go na biurku redaktora naczelnego (był nim wtedy Jarosław Kaczyński), przeczytał go błyskawicznie, a potem przez dłuższą chwilę milczał, by w końcu powiedzieć: - Nie możemy tego wydrukować. – Dlaczego? – spytałem. – Bo będzie to woda na młyn komuchów, oni coraz bardziej podnoszą głowę, a tekst pokazujący, że ludzie Solidarności zdolni są do nieczystych zagrań, będzie dla nich prezentem.

                                         Refleksja po latach

       Dzisiaj, po latach, myślę z rozbawieniem, ale również z sentymentalną sympatią o ówczesnej decyzji Kaczyńskiego. Przypomnę: był to początek 1991 r. i Jarkowi, nie tylko z powodów politycznych zależało na obronie wizerunku „ludzi Solidarności”, szerokiego środowiska do którego sam przecież należał. Zresztą późniejsze lata odsłoniły wydarzenia znacznie gorsze od opisanego. Natomiast na pytanie zawarte w tytule nie udało się znaleźć „procesowej” odpowiedzi.

     I jeszcze na koniec informacja. 50 tysięcy dolarów to była w owych czasach kwota ogromna. Nawet jeśli miała być ona podzielona na trzech, to każda część (ok. 17 tys. dolarów) była  większa, niż… suma zarobków Polaka przez całe życie.

 

 

Lubię to! Skomentuj109 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale