30 obserwujących
74 notki
218k odsłon
6605 odsłon

Jacek Kurski

Wykop Skomentuj75

Kura i Guliwer są rówieśnikami, pierwszy jest studentem, drugi robotnikiem – poznali się na strajku w Stoczni Gdańskiej w maju 1988 r. – tak rozpoczynał się mój reportaż z tego niezwykłego wydarzenia, którego bohaterami uczyniłem dwóch zawadiackich dwudziestolatków. Po tygodniu osamotnieni w swoim proteście stoczniowcy gdańscy skapitulowali, ale nie na długo – już w sierpniu 88 podjęli protest ze zdwojoną siłą. Gdy dotarłem wtedy do Gdańska, spotkałem bohaterów mojego reportażu – i tak rozpoczęła się moja wieloletnia znajomość z Jackiem Kurskim.

       Od samego początku bardzo o nią zabiegał, miał szczególny dar uwodzenia.  Błyskotliwy i z wdziękiem efekciarski – lubił popisywać się umiejętnością mnożenia w pamięci dwóch trzycyfrowych liczb. W dodatku zagorzały kibic Lechii-Gdańsk, miłośnik twórczości Jacka Kaczmarskiego, dziennikarz podziemnej prasy – w sumie barwna postać. Pasjonowała go polityka i roznosiła energia – parł do przodu jak czołg. W roku 1991 bez skrupułów porzucił „Tygodnik Gdański” i swojego mentora i wychowawcę Maćka Łopińskiego, żeby przejść do „Tygodnika Solidarność”, którego zostałem szefem. - Teraz ty jesteś moim mentorem – usłyszałem. – Jacek, nie pędź tak, zachowujesz się jakbyś miał jutro umrzeć, zwolnij, jeszcze całe życie przed tobą – próbowałem studzić jego zapalczywość. – Nie zwolnię, a co do śmierci, to gdy umrzesz, rezerwuję sobie prawo wygłoszenia na pogrzebie epitafium podkreślającego twoje zasługi dla odzyskania niepodległości. Zatkało mnie - ta kategoryczna deklaracja pozbawiona była jakiegokolwiek wdzięku - ale Jacek nie zważając na moją minę, kontynuował z powagą. – Oczywiście życzę ci, żebyś żył jak najdłużej, bo nad twoim grobem powinien przemawiać premier, a ja nim zostanę dopiero w roku 2017. Natomiast teraz mam prośbę, zostań świadkiem na moim ślubie. Zgodziłem się.

                                             Szturm Warszawy

       W „Tygodniku Solidarność” długo nie zagrzał miejsca. Kiedyś wysłałem go na reportaż do zakładu, w którym trwał strajk – pracownicy protestowali przeciwko ich zdaniem złodziejskiej prywatyzacji. Wrócił z żywym, świetnie napisanym tekstem,…tylko, no właśnie, jak się po jego opublikowaniu okazało, były tam, w zakresie faktów, informacje nieprawdziwe. – Jacek, dlaczego wszystkiego nie sprawdziłeś? – robiłem mu wyrzuty. – Ci strajkujący opowiedzieli mi całą historię, tego, który chciał kupić zakład nie było na miejscu, więc napisałem, przyznasz, zgrabny tekst. Gdy zdarzyły się kolejne tego typu „wpadki”, a reprymendy nie odnosiły skutku, zakończyłem z nim współpracę. Jacek specjalnie się tym nie przejął – jego marzeniem była od dawna telewizja. I szybko osiągnął cel – zaczął w TVP (wraz z Piotrem Semką) robić program ‘Refleks”. W grudniu 1991, w dziesiątą rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, udało im się sfilmować niebywałą, jak na owe czasy, scenę: Adama Michnika wsiadającego „konspiracyjnie” do samochodu Jerzego Urbana – po audycji w Polskim Radiu, w której razem, chwilę wcześniej, brali udział. Wtedy to był obciach, dziesięć lat później Michnik wręcz afiszował się już tym, że jest stałym bywalcem w willi Urbana w Konstancinie. Przypominam o tym zdarzeniu, gdyż trzy lata później Jacek (tym razem z Bogdanem Pękiem) zaprosił do nowego programu „Rozmowy kanciastego stołu”, aż wierzyć się nie chce, Jerzego Urbana właśnie, zestawiając go w parze ze Stanisławem Helskim, który we Wrocławiu, już w wolnej Polsce, próbował za pomocą kamienia wymierzyć sprawiedliwość gen. Jaruzelskiemu. Czy była to szczególna skłonność Jacka do politycznej perwersji? Nie sądzę, a jeśli nawet trochę tak, to przede wszystkim chodziło o wywołanie szoku, o efekt, po którym wszyscy zapamiętają jego, stosunkowo jeszcze wtedy mało znane, nazwisko.

       Po tym programie moje stosunki z Jackiem uległy istotnemu ochłodzeniu.

                                  Bieg polityczny z przeszkodami

       Spotykaliśmy się znacznie rzadziej, raczej przypadkowo, ale nie oznacza to, iż nie śledziłem jego losów. W końcu traktowałem go prze kilka lat, dzisiaj myślę o tym z pewnym zażenowaniem, za po części swojego wychowanka. A Jacek, który przez pewien czas trwał w rozkroku pomiędzy dziennikarstwem i polityką, uznał, że taki dualizm miast przybliżać, tylko oddala go od wyznaczonego na rok 2017 celu – i wybrał politykę. Na początku szło mu nie najlepiej:

- w roku 1993 start w wyborach do sejmu z listy Porozumienia Centrum Jarosława Kaczyńskiego – porażka;

- w następnych wyborach (1997) z listy ROP Jana Olszewskiego – to samo.

       Jacek uznał, że musi trochę spuścić z tonu i marzenia o sejmie odłożyć do następnego rozdania. Ale żeby nie tracić czasu, wystartował w wyborach samorządowych roku 1998 – do sejmiku. Wcześniej zmieniając „barwy klubowe” z ROP na ZChN, gdzie od razu objął funkcję wiceprezesa. Tym razem się udało i Jacek został radnym sejmiku pomorskiego, a nawet jednym z jego wicemarszałków. Po tych sukcesach Jacek złapał wiatr w żagle i poczuł się na tyle pewnie, że w wyborach parlamentarnych roku 2001 wykonał numer, nazwijmy go oględnie, „bazarowy”. Będąc w Toruniu pełnomocnikiem listy AWSP ( koalicja partii prawicowych, w której znalazło się ZChN), wpisał na nią nikomu nieznanego człowieka o identycznych personaliach jakie miał desygnowany na tę listę były minister rolnictwa Jacek Janiszewski. Zagrywka zaiste w „trzy karty”. Dzisiaj trudno ustalić, czy byłaby skuteczna, gdyż lista AWSP nie przekroczyła progu wyborczego. Dla Jacka, ciągle wicemarszałka sejmiku pomorskiego, była to kolejna porażka w wyborach parlamentarnych, wzmocniona goryczą wywalenia go z ZChN na zbitą twarz za wspomniany „numer”.

Wykop Skomentuj75
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale