29 obserwujących
75 notek
223k odsłony
  6635   0

Jacek Kurski

       Ktoś inny by się w takiej sytuacji z lekka podłamał, albo zaczął hodować kanarki – ale nie Jacek. On udał się do Jarosława Kaczyńskiego, gdyż kończyła się jego kadencja w sejmiku pomorskim, a chciał wystartować do kolejnej, tym razem pod flagą PiS (do której się zapisał) i być dalej w grze. Lech Kaczyński, który lepiej od brata znał Kurskiego zaprotestował. Skutecznie.

       Nie udało się wtedy przekonać Jarosława Kaczyńskiego, więc Jacek udał się żeby oczarować i politycznie uwieść Romana Giertycha. W pełni mu się to udało i w wyborach samorządowych roku 2002 powtórnie kandydował do sejmiku pomorskiego. Też zwycięsko, ale pod inną, tym razem LPR flagą.  Okres miodowy pomiędzy obu politykami trwał dwa lata, Jacek wydatnie przyczynił się do wielkiego sukcesu LPR w wyborach do Parlamentu Europejskiego i nagle… gwałtowny rozwód. Jaka była przyczyna? Tego do końca nie wiemy, ale  Romanowi Giertychowi pytanemu o to przez dziennikarzy, natychmiast tężeje twarz i przez zaciśnięte zęby pada jedno zdanie: z tym panem nigdy nie chcę mieć nic wspólnego.

       Jeśli ktoś sądził, że po takim wyautowaniu z Jacka ujdzie powietrze – był w błędzie. Udał się do Canossy, posypał głowę popiołem, zapewnił Jarosława Kaczyńskiego, że PiS będzie już tym razem ostatnią jego partią w życiu, zaoferował, że przyjmie rolę bulteriera kąsającego wszystkich przeciwników Prezesa – i zostało mu wybaczone. Nawrócony grzesznik został ponownie przyjęty do partii i trafił w 2005 r. na listy PiS w wyborach parlamentarnych, zdobywając wreszcie upragniony mandat poselski. Ze swoich zobowiązań kąsającego psa wywiązywał się z temperamentem i czasami z nadmierną fantazją. W trakcie kampanii prezydenckiej, w której z ramienia PiS startował Lech Kaczyński, palnął w jednym z wywiadów, że dziadek Donalda Tuska służył w czasie II wojny światowej w Wermachcie. W mediach zawrzało, gdyż Jacek nie potrafił przedstawić żadnych dowodów i dociskany przez dziennikarzy zaczął, jąkając się, tłumaczyć, że się pomylił. Że to nie dziadek, tylko brat dziadka. Władze PiS nie miały innego wyjścia i zawiesiły go w prawach członka partii. Ale co to znaczy być „dzieckiem szczęścia” – parę miesięcy później dziennikarze dotarli do kartotek niemieckich i okazało się, że również dziadek służył w Wermachcie. Dla Jacka skończyło się to tylko naganą partyjną. Gdy dwa lata później doszło  do wcześniejszych wyborów, nikt już nie pamiętał o dezynwolturze Jacka, który nie musiał się obawiać o swoje miejsce na listach PiS. Bez trudu zdobył mandat, choć jego partia straciła władzę. Wysiadywanie przez cztery lata w ławach opozycyjnych nie bardzo mu się uśmiechało, diety poselskie nie były znowu tak wysokie, a tu powiększyła się rodzina, przyszło na świat trzecie dziecko.

                                                              Bruksela

       Pomysł wystartowania w roku 2009 w wyborach do Parlamentu Europejskiego był jakimś rozwiązaniem. Ale na przeszkodzie stanęło twarde, kilkukrotnie powtórzone publicznie oświadczenie Jarosława Kaczyńskiego, że posłowie zasiadający na Wiejskiej nie będą startować do Europarlamentu. Jak się udało Jackowi przekonać Prezesa, polityka twardego i upartego, do zmiany stanowiska, pozostaje dla mnie niewytłumaczalną zagadką.

        W Brukseli Jacek miał okazję zakumplować się ze Zbigniewem Ziobro, kreowanym przez media na „delfina” w  PiS, co zapewne musiało irytować Jarosława Kaczyńskiego, nie zamierzającego bynajmniej przejść w stan spoczynku. Odczytywanie zatem wyjazdu Ziobry do Brukseli jako nie w pełni dobrowolną „banicję” wydaje się więc uprawnione. A ponieważ europosłowie nie są specjalnie zapracowani, był również czas na knucie i snucie politycznych planów. Idę o zakład, że pomysł frondy z PiS urodził się w głowie Jacka, że to on zmanipulował Ziobrę i de facto stał się ojcem chrzestnym Solidarnej Polski. Żeby nie przeciągać, Jacek został po trzech latach z nowej patii wywalony, chwilę wcześniej w kolejnych wyborach do Parlamentu Europejskiego uzyskał żenujący wynik, a Zbigniew Ziobro dogadał się z Jarosławem Kaczyńskim dołączając swoją partię do koalicji Prawica Razem.

       A Kurski znowu znalazł się na lodzie, tym razem wydawało się, że bezpowrotnie. Że z tego „kaukaskiego kredowego koła” nie ma już furtki do polityki. Wszyscy ( z jednym wyjątkiem) liderzy partii, które „zaliczył” wypowiadali się o nim jak najgorzej.

                                                       Koło ratunkowe

         Jackowi zaczęła się ziemia palić pod nogami, wiedział, że jego jedyną szansą jest Jarosław Kaczyński. Jako człowiek niewątpliwie bystry pamiętał – po swoich dwu-trzykrotnych zdradach Prezesa – że skruszonemu i bijącemu się w piersi grzesznikowi Kaczyński potrafi wybaczyć. Że jako chrześcijanin świetnie znający „Przypowieść o synu marnotrawnym” z Ewangelii wg. Św. Łukasza, potrafi darować grzechy, byle skrucha była wiarygodna. Jak tego dokonał Kurski? – nie wiem. Ale cel swój osiągnął. Wprawdzie wszechwładny Prezes nie był w stanie „przepchnąć” Kurskiego na listy wyborcze, gdyż w tej sprawie napotkał opór we własnej partii, ale już po przejęciu władzy przez PiS, do Jacka zaświeciło słońce. Do dziś nikt nie rozumie do czego służył gambit hetmański z powołaniem go na sześć tygodni na stanowisko wiceministra kultury, kiedy już wcześniej wróble na dachu ćwierkały, że zostanie prezesem TVP, ale znając Jacka podejrzewam, że zależało mu, żeby w CV mieć wpisane, że pełnił stanowisko rządowe.

       W końcu rok 2017 już za kilkanaście miesięcy

 

Tekst ten ukaże się w najbliższym numerze "Obywatelskiej"  

 

Lubię to! Skomentuj75 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale