Grzegorz Gozdawa Grzegorz Gozdawa
78
BLOG

Człowiek z marzeń (z cyklu Wyborczych Niestrawności)

Grzegorz Gozdawa Grzegorz Gozdawa Polityka Obserwuj notkę 27
Jakie jest moje marzenie? Proste. Chodzi o to, by połączyć koalicyjnie PiS z Lewicą. Jedni, by zdobyć większą popularność wśród społeczeństwa od koalicjanta, stale podwyższaliby pensje i świadczenia, natomiast drudzy - by nie zostać w tyle - ograniczaliby czas pracy

        Człowiek ma prawo do marzeń zawsze i wszędzie, więc nawet Unia nie jest w stanie nam ich zakazać. A już na pewno polskie sądy. Prawo to wykorzystywane bywa szczególnie w okresach wzmożonego niedostatku, gdy marzenia właśnie stanowią jedyną, choć złudną przecież formę zaspokajania potrzeb życiowych, zwłaszcza jeśli los nie okazał się w tym względzie zbyt rozrzutny. Albo gdy są jedynym możliwym sposobem samorealizacji. Wystarczy bowiem zamknąć oczy i wyobrazić się silnym i sytym, choćby przez moment, by już później, tuż nad ranem, umrzeć z wycieńczenia i głodu. Przynajmniej wtedy, na odchodne, uda się pomyśleć, że żyło się biednie i podle, ale udało się jednak zakosztować przebłysków dobrobytu - tyle że przez taflę wyobraźni. Albo będąc pospolitym nieudacznikiem poczuć się człowiekiem sukcesu. W dowolnej dziedzinie, byle przywdziać niewidzialny wawrzyn zasług, oczyszczający bolesną świadomość z cierni własnego tchórzostwa, głupoty oraz przeciętności i poczuć się kochankiem tłumów. A tak naprawdę kochankiem fortuny. Jak Billy Kłamca z filmowego arcydzieła Johna Schlesingera, przeżywający swoje drugie, lepsze życie w wyimaginowanym królestwie Ambrozji.

         No więc dlaczego ja nie mógłbym przez moment poczuć się takim Billym Kłamcą, zwłaszcza w okresie przedwyborczym, kiedy człowiek przypomina flak wypełniany kiełbasą przyrzeczeń serwowanych przez polityczne ugrupowania? A przy okazji bardzo ważnym dla nich obywatelem, o którym przypominają sobie na kilka miesięcy przed otwarciem lokali wyborczych.

        No dobrze, to teraz żeby już nie przedłużać przejdę od razu do rzeczy.

        Kiedy doszła do mnie propozycja Lewicy, by zmniejszyć liczbę godzin pracy z ośmiu do siedmiu i tym samym stworzyć okrojony z dotychczasowego wysiłku tydzień roboczy, to na początku stałem się nieco podejrzliwy. Przecież to lewicowcy właśnie zasłynęli z eksperymentów związanych z pracą, prowadzonych w rejonach Workuty i Kołymy, które nie wszystkim wyszły na zdrowie. Niby rejony w sam raz jakby dobrane dla zimowej rekreacji, malownicze, zdrowe, jednak coś poszło nie tak. Po drugie, zaskoczył mnie powód zainicjowania wspomnianych zmian. A jest nim chęć sprawdzenia wiarygodności Donalda Tuska, który niedawno mówił coś, choć niezwykle oględnie, o wprowadzeniu – za jego powtórnych rządów, oczywiście – pilotażowego programu czterodniowego tygodnia pracy. Jak niby ma wyglądać sprawdzenie tej wiarygodności – tego nie wiem. Wiem, natomiast, że Lewica, by nie przegrać z KO kiełbasiano-wyborczej licytacji, musiała ludziom przesunąć fajrant o godzinę do tyłu. Żadne z ugrupowań nie uściśliło jednak swoich propozycji, więc może się okazać, że Tusk zamierza stworzyć czterodniowy tydzień roboczy z dwunastogodzinnym dniem pracy, natomiast Lewica proponuje siedmiogodzinny dzień pracy tylko w sytuacji zwiększenia jej wydajności o minimum dwadzieścia pięć procent i zmniejszenia stawki o jedną ósmą. Tyle tylko, że takie prorocze wizje zakłócają marzenia o lepszym jutrze. A jak ono powinno wyglądać? Już mówię.

        Otóż immanentnym pragnieniem człowieka jest zmniejszanie nakładu codziennego wysiłku, zwłaszcza tego, za który mu płacą. Trafiłem w sedno, prawda? Płacą mu więc tyle samo, a on nie robi nic – tak sobie buja w obłokach. Jednak i to trochę mało. Mało, jeśli chodzi o płacę, bo on chciałby mieć płacone więcej, normalne, nie? I tak to marzenia wchodzą na wyższy poziom abstrakcji, kiedy robimy mniej, a zarabiamy więcej. No i tym samym jesteśmy w domu, to znaczy na progu moich obecnych marzeń okresu wyborczego.

        Wiadomo bowiem, że nalewanie z kubła bez dna, który jest w posiadaniu PiS, stał się domeną tej właśnie partii. Ciągłe podwyżki płac, emerytur, dodatki na dzieci, wyprawki szkolne, darmowe leki dla seniorów – to stało się domeną partii Kaczyńskiego pod morawieckim zarządem i nikt w ich buty wejść nie może. No to z mańki go, a jak z mańki, to na lewicową modłę znaczy. Czyli wracamy do cięcia godzin pracy, czego prawica jeszcze nie zaproponowała.

        I teraz jakie jest moje wyborcze marzenie? Proste. Chodzi o to, by połączyć koalicyjnie PiS z Lewicą. Jedni, by zdobyć większą popularność wśród społeczeństwa od koalicjanta, stale podwyższaliby pensje i świadczenia, natomiast drudzy - by nie zostać w tyle - ograniczaliby czas pracy. I tak oto, odwrotnie niż w rzeczywistości, w której zarabiamy tym więcej, im więcej pracujemy, zarabialibyśmy tym więcej, im bardziej ograniczalibyśmy czasowo nasz wysiłek. Czyli odwrotnie niż normalnie. W finale tego procesu maksimum płacowe odnotowalibyśmy w momencie, gdy nakład pracy sprowadzilibyśmy do zera. Ciekawe, czyż nie?

        A wtedy zostałby osiągnięty szczyt ludzkich marzeń: wszyscy przeszlibyśmy na wysokopłatne bezrobocie. Hm, piękna idea. Piękna i zaświadczająca o psychicznym zdrowiu, a tym samym warta szczypty fantazji, prawda? No warta, jak najbardziej. Tyle tylko, że ja jestem już na emeryturze, więc w moim przepadku trochę przeterminowana, niemniej innym szczerze ją polecam. Marzcie sobie, na zdrowie!


Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka