Przyznaję się, że to ja jestem winny tego, że nie zebrano podpisów. Tak jak Franek Dolas rozpętał drugą wojnę światową. Paweł Skwierawski ze stowarzyszenia Stop Korkom prosił mnie o pomoc, a ja odmówiłem, bo w taki upał, jaki był wtedy, nie wytrzymałbym na ulicy. Gdyby kilkuset takich jak ja nie wymiękło przez pogodę i wakacje, dziś rozmawialibyśmy o tym, kto miałby być nowym prezydentem Warszawy.
Niemniej szczególnie pouczający jest dalszy ciąg krakowskiej historii, ponieważ w wyborach będących następstwem udanego referendum kandydat Konfederacji Bartosz Bocheńczak odpadł jeszcze przed głosowaniem. Jego komitet zebrał ponad pięć tysięcy podpisów przy wymaganych trzech tysiącach, lecz niemal połowa została zakwestionowana. Demokracja bezpośrednia wymaga zatem również umiejętności dopilnowania formularza. Tym razem to już nie ja za to odpowiadam.
Krakowska inicjatywa ruszyła formalnie 27 stycznia 2026 roku, a już 11 marca organizatorzy złożyli wniosek, deklarując zebranie niemal 134 tysięcy podpisów. Warszawska Stołeczna Operacja Referendalna, kierowana przez Macieja Wilka, rozpoczęła formalną zbiórkę 30 lipca i zakończyła ją 28 września wynikiem 111 tysięcy podpisów. W Krakowie wymagane minimum wynosiło według zestawienia KBW 58 356 prawidłowych podpisów, natomiast w Warszawie około 132 tysięcy. Krakowianie zgromadzili więc ponad dwukrotność potrzebnej liczby, podczas gdy warszawska inicjatywa nie osiągnęła minimum nawet przed urzędową weryfikacją.
W Krakowie powstało porozumienie środowisk mających własne struktury i kontakty z mieszkańcami. Publiczną twarzą inicjatywy był Jan Hoffman, przewodniczący rady dzielnicy Stare Miasto, a do zbiórki włączyli się działacze PiS, Konfederacji i stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców Łukasza Gibały. Środowisko Gibały zapewniło także promocję akcji i opłacało własnych zbierających podpisy. Obywatelski charakter przedsięwzięcia współistniał więc z profesjonalnym zapleczem, dzięki któremu społeczne niezadowolenie mogło zostać przełożone na konkretną pracę.
Paliwa dostarczyły konflikty dotyczące codziennego życia: Strefa Czystego Transportu, koszty komunikacji i parkowania, zadłużenie miasta oraz zarzuty dotyczące sposobu zarządzania i obsadzania stanowisk. W badaniu uczestników referendum przeprowadzonym przez OGB i Stan360 najważniejszym powodem udziału była dla 28,3%t SCT, dla 22% zadłużenie, a dla 14,3% zarządzanie spółkami miejskimi i nepotyzm. Negatywną ocenę władz miasta jako ważniejszą motywację niż ocenę rządu Tuska wskazało 74% badanych. Wyniki dotyczą uczestników głosowania, jednak wyraźnie pokazują lokalny charakter mobilizacji.
Miszalski dostrzegł zagrożenie i ogłosił wielką korektę, obejmującą zmiany dotyczące SCT, parkowania i podwyżek biletów. Nastąpiła również dymisja dyrektora Zarządu Transportu Publicznego. Ustępstwa okazały się niewystarczające, co można interpretować jako przekroczenie granicy utraty zaufania: mieszkańcy mogli już odbierać kolejne korekty jako ratowanie stanowiska. Władza, która zaczyna słuchać dopiero po pojawieniu się groźby odwołania, sama dostarcza argumentów zwolennikom referendów.
W Warszawie impulsem była afera w Szpitalu Południowym, obejmująca sprawy wynagrodzeń, rozliczania dyżurów i podejrzenia uprzywilejowanego traktowania pacjentów. Trzaskowski odwołał zarząd szpitala, przyjął dymisje dwóch wiceprezydentek i zapowiedział działania naprawcze. Formalna zbiórka podpisów zaczęła się dopiero kilka tygodni po wybuchu kryzysu, kiedy prezydent miał już możliwość przedstawiania się jako człowiek porządkujący sytuację. Dodatkowo znaczna część zbiórki przypadła na wakacje, a organizatorom zabrakło zaangażowania dużych partii opozycyjnych porównywalnego z krakowskim.
Maciej Wilk po porażce ostro krytykował bierność PiS, co jest zrozumiałe z perspektywy organizatora, któremu zabrakło sił do wykonania zadania. Niemniej faktem pozostaje polityczna sprzeczność między głośnym potępianiem prezydenta a brakiem mobilizacji wystarczającej do uruchomienia procedury jego odwołania.
Różnicę wzmacniała pozycja wyjściowa obu prezydentów. Trzaskowski wygrał w 2024 roku już w pierwszej turze, uzyskując 57,41% głosów, podczas gdy Miszalski pokonał Gibałę dopiero w drugiej turze, wynikiem 51,04% do 48,96%. W Krakowie istniał zatem duży elektorat konkretnego konkurenta, który miał własną organizację i mógł uchodzić za realną alternatywę. Ogólnopolska rozpoznawalność Wilka nie zapewniała automatycznie podobnego zakorzenienia w warszawskich dzielnicach.
Krakowski sukces miał przy tym swoje granice. W referendum 24 maja uczestniczyło 176 228 osób, a za odwołaniem Miszalskiego oddano 171 581 głosów. Przekroczono wymagany próg 158 555 uczestników, jednak przy głosowaniu nad odwołaniem rady miasta obowiązywał wyższy próg, wynoszący 179 792, którego nie osiągnięto. Prezydent stracił stanowisko, rada pozostała, a wynik 97,93% za odwołaniem odnosił się do ważnych głosów uczestników referendum. Obóz prezydenta, w tym Tusk, zachęcał swoich zwolenników do bojkotu stąd taki wynik. Swoją drogą to ciekawe: propaganda Tuska nazywa jego obóz "demokratycznym", a ten obóz nawołuje do bojkotu wyborów! Pieprzeni hipokryci!
Najciekawsza lekcja organizacyjna kryje się jednak w jakości podpisów. Spośród deklarowanych niemal 134 tysięcy podpisów pod referendum urzędowo sprawdzono 84 887 pozycji, uznając 61 146 za prawidłowe i 23 741 za wadliwe. Odsetek odrzuceń wyniósł 27,97%, a pozostałych list nie trzeba było sprawdzać, ponieważ wymagany próg został już osiągnięty. Nie znamy więc dokładnej liczby prawidłowych podpisów w całej zbiórce, ale wiemy, że duża nadwyżka pozwoliła przetrwać utratę ponad jednej czwartej sprawdzonych pozycji.
U Bocheńczaka po ponownej weryfikacji doliczono się 5034 podpisów, z których prawidłowych było 2745, a wadliwych 2289. Odpadło aż 45,47 procent, co oznacza wynik gorszy od sprawdzonej części zbiórki referendalnej o 17,50 punktu procentowego. Do rejestracji zabrakło 255 prawidłowych podpisów. Wcześniejsza weryfikacja dawała 2878 podpisów prawidłowych i niedobór 122, ale ponowne sprawdzenie pogorszyło rezultat. Komitet zgromadził pokaźny zapas nominalny, którego jakość okazała się niewystarczająca.
Porównanie przyczyn odrzucenia pokazuje, gdzie powstała największa różnica. Niezgodny adres odpowiadał za odrzucenie 7,72% sprawdzonych podpisów referendalnych i 13,63% podpisów Bocheńczaka. Wielokrotne poparcie tej samej osoby stanowiło odpowiednio 0,62% i 3,54%, a inne nazwisko lub imię — 0,10% i 2,72%. Łącznie te trzy kategorie odpowiadały za około 65% różnicy między odsetkami odrzuceń. Przy obu zbiórkach ważnym problemem był również brak praw wyborczych na właściwym obszarze: dotyczył około 10,08% sprawdzonych pozycji referendalnych i 11,68% pozycji Bocheńczaka.
Nieprawidłowości obejmowały także pozycje z danymi osób nieżyjących: 48 pod referendum i 37 pod kandydaturą Bocheńczaka, o czym informowano w związku z zawiadomieniami prokuratury. Takie przypadki wymagają wyjaśnienia, przy czym samo zawiadomienie nie ustala odpowiedzialności organizatorów. Również ogólny odsetek odrzuconych podpisów nie może być przedstawiany jako odsetek fałszerstw, skoro znaczną część stanowiły rozbieżności adresowe, brakujące dane i problemy z uprawnieniami wyborczymi.
Dlatego szkolenie zbierających powinno obejmować krótką instrukcję wypowiadaną przed podaniem formularza: „Czy głosuje Pan lub Pani w wyborach samorządowych w Krakowie i czy podpisywał już poparcie dla tego kandydata albo tego referendum? Proszę czytelnie wpisać imię, nazwisko, pełny adres zgodny z rejestrem wyborców, sprawdzony PESEL, dzisiejszą datę i własnoręczny podpis”. Pytanie powinno dotyczyć tej samej inicjatywy, niezależnie od miejsca wcześniejszego podpisania, ponieważ wyborca może pamiętać stolik i wolontariusza, a nie rozpoznawać formularza.
Samo zamieszkiwanie w mieście nie rozstrzyga jeszcze zgodności danych w rejestrze, podobnie jak wcześniejsze głosowanie w nim na prezydenta Polski. Wyborca mógł korzystać z jednorazowej zmiany miejsca głosowania, a po przeprowadzce nadal figurować w innym stałym obwodzie. Wątpliwości można wyjaśnić, sprawdzając dane w mObywatelu lub odpowiedniej usłudze gov.pl, a nieaktualny wpis należy uporządkować. Zbierający powinien następnie poświęcić kilkanaście sekund na sprawdzenie kompletności i czytelności danych, zanim podpisujący odejdzie.
Nie mam dowodu na to, że organizatorzy referendum stosowali właśnie taką formułkę ani że jej wypowiadanie zagwarantowałoby Bocheńczakowi rejestrację. Możemy jednak policzyć skalę potrzebnej poprawy. Uzyskanie trzech tysięcy prawidłowych podpisów z 5034 wymagało skuteczności 59,59%, podczas gdy osiągnięto 54,53%. Wystarczyłoby więc zapobiec 255 odrzuceniom, czyli około co dziewiątemu, pod warunkiem że chodziłoby o rzeczywiste poparcie odrębnych, uprawnionych wyborców. Przy skuteczności sprawdzonej części zbiórki referendalnej pozostałoby około 3626 prawidłowych podpisów.
Ostrzeżenie osoby nieuprawnionej lub już podpisanej nie tworzy oczywiście nowego ważnego podpisu, lecz pozwala organizatorom uczciwiej oceniać postęp zbiórki i wcześniej dostrzec niedobór. Poprawienie czytelności, uzupełnienie brakującej rubryki czy sprawdzenie PESEL może natomiast bezpośrednio uratować autentyczne poparcie. Organizacja, która rozlicza wolontariuszy wyłącznie z liczby zapisanych wierszy, zachęca do produkowania imponujących statystyk, których wartość ujawnia dopiero komisja wyborcza.
Warszawska porażka, krakowski sukces i przypadek Bocheńczaka składają się na lekcję odpowiedzialności za wykonanie politycznego zadania. Można mieć rację w krytyce władz, wielu sympatyków i sprawnego mówcę, a mimo tego przegrać przez słabą organizację. Obywatele mają prawo oczekiwać od ludzi aspirujących do zarządzania wielkim miastem, że potrafią wcześniej dopilnować kilku tysięcy formularzy, rozpoznać ryzyko i zbudować wystarczający zapas. Gdy ambicje obejmują miliardowe budżety, kilkanaście sekund uwagi poświęconych pojedynczemu podpisowi jest całkiem rozsądnym pierwszym sprawdzianem.
Moim zdaniem niestety wolnościowcy, których gromadzi Mentzen w swojej Nowej Nadziei (której jak na razie nie ma, mamy ciągle dwie jego partie: Podatek Dochodowy i Imperium Kontratakuje), to ciągle organizacyjne patałachy, takie, które zawsze gromadziły się wokół Korwina-Mikke. Wiem, bo zbierałem z nimi kilkukrotnie podpisy w Warszawie i nigdy nie było szkolenia i mowy o tym, co zbierający podpisy ma mówić podpisującemu. Nie było nigdy to porządnie zorganizowane, nie było instrukcji, nie było teczek, był chaos. W Warszawie ostatni raz podpisy zbieraliśmy pod kandydaturą Mentzena na prezydenta i tym zarządzała kompletnie nierozgarnięta przedszkolanka Wiplera, która nawet nie potrafiła zorganizować kart do zbierania podpisów i każdy musiał sobie to sam drukować.
Mentzen otacza się BMW, dlatego wszelkie kwestie organizacyjne partoli. Nawet jeśli Bocheńczak nie chciał, nie umiał i nie rozumiał, że trzeba napisać instrukcję zbierającemu podpisy i wyraźnie napisać co ma mówić w trakcie takiej czynności, to mógł to przecież sam Mentzen napisać i kazać sztabowi Bocheńczaka to wydrukować, włożyć do każdej teczki i stosować. Więc sam Mentzen to patałach.
- Wipler jest na wylocie: https://x.com/gps65/status/2093042409152405986
- Kronika rejestrowej ekwilibrystyki Nowej Nadziei! Stan na wrzesień 2026: https://x.com/gps65/status/2099790931113169045
- Pułapka na Konfederację – stan na wrzesień 2026: https://x.com/gps65/status/2097458395137602030
- Karma wraca: https://x.com/gps65/status/2096999994238586934
- Wipleryzacja: https://x.com/gps65/status/2093268930252984709
- AFERA SPRAWOZDANIOWA W KONFEDERACJI I NOWEJ NADZIEI. FAKTY I SPEKULACJE: https://x.com/gps65/status/2049562497783361761
- Profesjonalna Instrukcja Zbierania Podpisów: https://x.com/gps65/status/2097317789883130148
- Jak Sławomir Mentzen został dyktatorem w nowej Nowej Nadziei: https://x.com/gps65/status/2094871591150899249
- Rządzą nami i debile i agenci: https://x.com/gps65/status/2094052327552360642
- Członkowie Nowej Nadziei to debile!: https://x.com/gps65/status/2093373322662707612
__________________
Pięć pól, które zamieniają metadane w fakturę <- poprzednia notka
następna notka ->
__________________
Tagi: GPS65


Komentarze
Pokaż komentarze (11)