Rok był '89 lub '90 (ech! młodym się było!). W TV leciało wtedy bodaj co tydzień, późnym wieczorem, "Otwarte studio". I był razu pewnego program o policji.
Wiadomo! Nowa Polska! Nowe także służby. Służby są od służenia - ale komu? Na tym skupiała się dyskusja. Różni mądrzy ludzie mądrze argumentowali. Że policja ma już teraz służyć społeczeństwu. Dość totalitarnej epoki. Na to inni, że pięknie, ale - powiedzmy sobie szczerze - policja zawsze służy władzy. I też mieli argumenty. I była klaszcząca publika, i panowie w niebieskich mundurach. Słuchałem jak ten durny i nie wiedziałem, komu przyznać rację.
I wtedy odezwał się taki nerwus pod muchą, nawet już gdzieś wcześniej przyuważałem człowieka i coś kojarzyłem nazwisko (choć niekoniecznie poglądy). Nazywał się Janusz Korwin-Mikke. Powiedział, że nie rozumie tej dyskusji - bo Policja (tu pozwolę sobie na wielkie litery, bo tak pewnie JKM by to zapisał) nie ma służyć ani Społeczeństwu, ani Władzy - Policja ma służyć Prawu.
Było to dla mnie jak jajo Kolumba. Cios pomiędzy oczy, szok. Prosta, konkretna i oczywista (oczywista!) myśl na morzu bełkotu. I ta radość, gdy się usłyszy coś mądrego.
I nadal czuję radość, gdy pomyślę sobie, że prawda potrafi nieraz uwodzić.



Komentarze
Pokaż komentarze (3)