„Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego”. Przyznam, że i ja kiedyś uległem czarowi tego frazesu. Wszak jest tu oddana dobra droga na życie. Człowiek potrafi się ograniczyć tak żeby uszanować także prawa drugiego człowieka. Wszystko doprawdy pięknie. Szanuję twoje prawa i wiem jakie ja mam prawa. Problem jedynie pojawia się, gdy ten frazes trzeba wprowadzić w życie realne, to znaczy nie zadeklamować go przy kawiarnianej dyskusji, ale rozwiązać realny problem np. zgłaszających się w tym samym miejscu i porze konkurencyjnych i przeciwstawnych sobie demonstracji.
Można rzecz jasna trzymać się ściśle tego frazesu i zaproponować, że jedna demonstracja odbędzie się na prawobrzeżu, a druga na lewobrzeżu takim kompromisem uszanować wolności dwóch stron. Jednak życie jest zdecydowanie bardziej przewrotne i obie grupy stwierdzą, że właśnie niezbywalnym prawem ich wolności jest to, żeby demonstrować o tej samej porze i w tym samym miejscu, po tej samej stronie rzeki płynącej przez miasto. W tym miejscu zamiast słów rozwiązujących nam problem, mamy problem do rozwiązania na ulicy (najczęściej najdroższą metodą poprzez działania pacyfikacyjne Policji) i problem z deklamatorami frazesu, którzy rozpisują się nad jego wartością i pięknem, nie dostrzegając zasadniczego problemu, to jest wyznaczenia granicy wolności.
Można bowiem słowa „Moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego” pozbawić frazesowego charakteru i nadać im prawdziwe znaczenie, chociażby jako zasady prawnej, jednak trzeba umieć wytyczyć granicę między wolnością jednego a wolnością drugiego. Ta deklaracja nam tą granicę, przechodząc na określenia z wyznaczania granic państwowych, tylko delimituje – określa bardzo powierzchownie, natomiast całe clou jest teraz powołanie specjalnej komisji, która nam tą granicę wyznaczy w terenie, czyli przeprowadzi coś, co jest nazywane demarkacją. Postawi nam jasno te słupki graniczne, gdzie powie gdzie kończy się wolność nasza, bo właśnie zaczyna się wolność innego.
Bez tej demarkacji w terenie my cały czas, rzecz jasna uznając w pełni zasadę „moja wolność kończy się tam…” będziemy permanentnie naruszać wolność innych, i nawet wyrażać zdziwienie, że jak to ktoś nas oskarża o przekroczenie granic, jak przecież to jest nasza niezbywalna wolność. Wychodzi nam jeszcze przy tej sprawie to, że my Polacy, naród szlachecki i wiejski, po II Wojnie Światowej dzięki wyzyskaniu prapiastowskich Ziem Odzyskanych staliśmy się narodem miejskim i nagle z prawa wolności wiejskich przeszliśmy na prawo wolności miejskich. A to jednak dwie całkowicie różne sprawy.
Żyjąc sobie w dworkach szlacheckich. Szlachcic nie musiał dbać o swój dom, bo jak się zawalił to jemu się zawalił. Mógł sobie hodować na mieszkaniu robactwo – mógł, bo robactwo chodziło tylko po jego mieszkaniu. Mógł sobie urządzać popijawy przez noc całą – ależ oczywiście, że też, bo sąsiad najbliższy był o 5 km więc nikomu nie przeszkadzali grajkowie o 2 w nocy. A gdy nagle tych szlachciców przerzucono do poniemieckich kamienic sytuacja zmieniła się diametralnie. Musiał dbać o ściany w swoim domu, zwłaszcza nośne, bo jak jemu się zawaliły, to zawaliły się całej kamienicy i innym mieszkańcom. Nie mógł sobie już hodować robactwa, bo te, nawet hodowane, nigdy nie będzie na tyle inteligentne, że będzie szanować granice swojego dobrodawcy i będzie miało tendencje do przechodzenia do sąsiadów, na co ci niekoniecznie muszą wydawać zezwolenie i zadowolenie. Nie godzi się też urządzać w kamienicy imprez całonocnych, bo przecież sąsiedzi np. pracują na ranne zmiany i nawet w sobotę, więc muszą mieć prawo do odpoczynku.
Choć mieszczańskim narodem jesteśmy już od lat ponad 60, to jednak „wolności” miejskiej my cały czas się nie nauczyliśmy, z resztą to też nie jest łatwo zrezygnować z tylu wiecznego przyzwyczajenia do wolności ziemskiej. Tym bardziej więc używanie frazesu „moja wolność kończy się tam…” jest bardziej niebezpieczna, bo mówiący mówią o dwóch całkiem różnych rzeczach. O czym innym mówi mieszkaniec kamienicy.. o czym innym mieszkaniec domu. Więc nie czas na dyskusję o słuszności i pięknie tego sloganu, tylko czas na najbrudniejszą część pracy – łopatki do rąk i wkopywanie słupków granicznych w terenie. I czynienie tego w na tyle widocznych miejscach, żeby Polacy jak najszybciej nauczyli się gdzie kończy się ich wolność, a zaczyna wolność drugich.
Marginalnie zahaczając o demonstracje Warszawskie. Tu problem nawet nie leży w kwestiach granic wolności faszystów i komunistów (przybierających nazwę antyfaszystów) tudzież komunistów i antykomunistów (nazywających się czasem antykomunistami). Akurat granice wolności w ustawie prawo o zgromadzeniach wyznaczone są dość jasno i precyzyjnie. Problem jest raczej w inteligencji organu zezwalającego na manifestacje w Warszawie (Prezydent Miasta Warszawy), która zezwala organizacji Alfa na manifestację na trasie A przez B do C, po czym równocześnie przeciwnej organizacji Beta wydaje się zgodę na blokadę manifestacji Alfy w punkcie B. Każda ustawa jest pisana z uwzględnieniem racjonalnego zachowania stosującego prawo. Jeżeli tej racjonalności nie ma to nie pomoże pisanie żadnej nowej ustawy, tylko raczej trzeba stosującego prawo wysłać jak najdalej od jego stosowania.





Komentarze
Pokaż komentarze (7)