Historyczny Punkt Widzenia Historyczny Punkt Widzenia
260
BLOG

Kresy to Polska, Zachód to Rzesza - analiza tekstu

Historyczny Punkt Widzenia Historyczny Punkt Widzenia Polityka Obserwuj notkę 3
Tekst zatytułowany „Kresy to Polska, Zachód to Rzesza. Kronika pewnego ideologicznego sporu na Wikipedii” przedstawia się jako publicystyczne podsumowanie wielomiesięcznego sporu dotyczącego kategoryzacji bitew I wojny światowej. Problem, który stał się punktem wyjścia do całej dyskusji, jest rzeczywisty i wcale niebanalny. Co właściwie oznaczają „ziemie polskie”, jeśli mówimy o wydarzeniach z lat 1914–1918, kiedy państwa polskiego nie było na mapie Europy? Czy należy posługiwać się granicami Rzeczypospolitej z 1772 roku? Granicami II Rzeczypospolitej? Stanem politycznym z 1914 roku? Kryterium etnicznym? Historią polskich formacji wojskowych? A może, jeśli chodzi o kategorię geograficzną, należy po prostu mówić o „terenie współczesnej Polski”? To są sensowne pytania. Problem zaczyna się w chwili, gdy z faktu, że nie ma jednego oczywistego kryterium, wyprowadza się wniosek, że wszystkie inne stanowiska poza własnym są „płynne”, „uznaniowe”, „ideologiczne” czy wręcz wewnętrznie sprzeczne. Jeszcze dalej idziemy wtedy, gdy stanowisko przeciwnika zostaje skonstruowane w sposób bardziej radykalny, niż wynika to z jego rzeczywistych wypowiedzi, a następnie tak skonstruowane stanowisko zostaje efektownie obalone. Właśnie ten mechanizm jest najważniejszym problemem analizowanego tekstu. Nie chodzi więc o to, czy propozycja „Bitwy I wojny światowej na terenie współczesnej Polski” jest rozsądna - może być. Nie chodzi też o to, czy określenie „ziemie polskie” jest jednoznaczne - nie jest. Chodzi o coś bardziej podstawowego: czy sposób przedstawienia sporu przez autora rzeczywiście odpowiada temu, co wynika z argumentów uczestników dyskusji. Po uważnej lekturze pojawia się wiele powodów, aby odpowiedzieć, że nie zawsze. Link: https://www.salon24.pl/u/szkielkiem-i-okiem-reaktywacja/1519828,kresy-wschodnie-i-rzesza-niemiecka-czyli-anatomia-wikipedystycznego-absurdu

Problem nr 1: Fałszywa alternatywa

Najmocniejszym elementem tekstu autora jest zwrócenie uwagi na problem definicyjny. Kategoria „bitew I wojny światowej na ziemiach polskich” rzeczywiście może budzić wątpliwości, jeśli jej definicja odwołuje się do współczesnych granic Polski. W 1914 roku granice te nie istniały, a znaczna część obecnego terytorium Polski znajdowała się poza ziemiami, które można było wówczas opisywać jako część polskiego organizmu państwowego. To jest argument, z którym trudno się nie zgodzić; nie wynika z tego jednak, że można albo przyjąć jedno twarde kryterium polityczno-administracyjne, albo pogrążyć się w całkowitej uznaniowości. To właśnie jest pierwsze uproszczenie.

Historia terytoriów nie działa jak układ współrzędnych, w którym dla każdego punktu można przypisać jedną niezmienną etykietę. Można równocześnie mówić o:

-przynależności państwowej,

-przynależności administracyjnej,

-wcześniejszej przynależności historycznej,

-składzie etnicznym,

-strukturze społecznej,

-znaczeniu kulturowym,

-działalności organizacji narodowych,

-polskiej obecności politycznej,

-polskich formacjach wojskowych,

-polskiej pamięci historycznej,

-późniejszym znaczeniu danego miejsca dla historii Polski.

Te kategorie nie są wzajemnie zamienne. Jeżeli więc ktoś mówi, że określenie „ziemie polskie” jest wieloznaczne, nie oznacza to automatycznie, że nie posiada żadnego kryterium. Może oznaczać po prostu, że jedna etykieta próbuje objąć kilka różnych rodzajów historycznej relacji z Polską i właśnie tutaj analizowany tekst zaczyna przechodzić od krytyki konkretnej definicji do krytyki całej metody historycznej.


Problem nr 2: Przeciwnik zostaje skonstruowany na nowo

W wielu miejscach autor nie polemizuje już z konkretnym stanowiskiem swoich rozmówców, lecz z jego własną rekonstrukcją - to zasadnicza różnica.

Jeżeli ktoś twierdzi, że nie należy automatycznie utożsamiać współczesnych granic Polski z sytuacją historyczną w 1914 roku, to nie wynika z tego, że należy przyjmować granice II Rzeczypospolitej.

Jeżeli ktoś twierdzi, że przy ocenie wydarzenia trzeba uwzględnić jego kontekst historyczny, to nie wynika z tego, że każde miejsce, w którym walczyli Polacy, było polską ziemią.

Jeżeli ktoś twierdzi, że Kostiuchnówka ma inny związek z historią Polski niż Tannenberg, to nie wynika z tego, że Kostiuchnówka była w 1914 roku formalnie częścią Polski.

To są trzy różne twierdzenia. Tymczasem analizowany tekst wielokrotnie przesuwa rozmowę z pierwszego poziomu na drugi, a następnie przedstawia tę przesuniętą wersję jako stanowisko przeciwników - to bardzo skuteczny zabieg retoryczny, ale metodologicznie wymaga ostrożności. Szczególnie dobrze widać to w przypadku zarzutu dotyczącego rzekomego kultu granic II RP. Autor przedstawia swoich przeciwników tak, jakby ich stanowisko można było w gruncie rzeczy sprowadzić do schematu: II RP = Polska, wszystko inne = Niemcy albo coś niepolskiego.

Z przywoływanych przez niego wypowiedzi nie wynika automatycznie taki model. Przeciwnie — w samym tekście pojawia się wypowiedź: »polska Kostiuchnówka, niemiecki Tannenberg« nie oznacza jeszcze stosowania granic z II RP, a sama kwestia granic nie jest jedynym kryterium. To zdanie powinno być dla całej konstrukcji autora bardzo niewygodne, gdyż oznacza, że jego oponent wprost odrzuca utożsamienie własnego stanowiska z granicami II RP. Można się z takim stanowiskiem nie zgadzać albo poprosić o jego doprecyzowanie. Można też pytać, jak dokładnie działa kontekst historyczny albo wskazywać, że takie kryterium jest trudniejsze do zastosowania w kategoryzacji. Jest jednak różnica między stwierdzeniami To kryterium jest zbyt nieprecyzyjne a Tak naprawdę stosujesz granice II RP, tylko nie chcesz się do tego przyznać. Drugie z nich wymaga dowodu, a sam fakt, że pewne przypadki lepiej pasują do granic II RP niż do granic 1772 roku, takim dowodem nie jest.


Problem nr 3: Argument z milczenia

Jeden z najbardziej charakterystycznych fragmentów tekstu dotyczy pytania o Warmię. Autor relacjonuje, że zadał przeciwnikowi pytanie: "Skoro według Ciebie kategoryzacja według obecnych granic to »akrobacja«, to pytam wprost: Czy Warmia (zajęta przez Prusy w wyniku I rozbioru Polski) to dla Ciebie w 1914 r. rdzenny REICH czy zabór pruski?

Stwierdza Następnie, że odpowiedzi nie otrzymał i z tego wyprowadza bardzo daleko idący wniosek: po prostu dał drapaka i uciekł z pola walki, wyraźnie przestraszony tym niewygodnym pytaniem. To jest właśnie moment, w którym argumentacja przestaje być analizą stanowiska, a zaczyna przypisywać drugiej osobie stan psychiczny i motywację. Brak odpowiedzi może oznaczać bardzo wiele rzeczy. Może oznaczać, że ktoś:

-nie zauważył pytania,

-nie miał czasu odpowiedzieć,

-uznał pytanie za poboczne,

-nie chciał kontynuować dyskusji,

-uważał, że odpowiedź nie jest potrzebna do jego głównej tezy,

-uznał, że dyskusja stała się jałowa,

-nie potrafił w danym momencie udzielić satysfakcjonującej odpowiedzi,

-rzeczywiście nie chciał odpowiedzieć na niewygodne pytanie.

Nie wiadomo jednak, która z tych możliwości zachodziła. Autor natomiast wybiera najbardziej korzystną retorycznie i przedstawia ją jako fakt, a to już jest interpretacja motywacji drugiej osoby na podstawie samego braku wypowiedzi. Jeszcze mocniej brzmi to w późniejszych fragmentach, gdzie pojawiają się określenia w rodzaju „panicznego milczenia”, „ucieczki” czy sugestie, że przeciwnicy unikają odpowiedzi, ponieważ nie są w stanie obronić swojego stanowiska. Problem w tym, że takiej tezy nie można dowieść samym brakiem odpowiedzi.

Jeżeli chcemy zachować standard merytorycznej polemiki, właściwsze byłoby stwierdzenie: Na to pytanie nie otrzymałem odpowiedzi, dlatego pozostaje dla mnie niejasne, jak przeciwnik rozstrzyga ten przypadek.


Problem nr 4: Tannenberg nie rozstrzyga całego sportu

Bitwa pod Tannenbergiem jest w analizowanym tekście czymś w rodzaju testu laboratoryjnego. Autor słusznie zauważa, że Tannenberg jest przypadkiem problematycznym. Mamy miejsce znajdujące się w 1914 roku w Cesarstwie Niemieckim, a jednocześnie obszar, który po II wojnie światowej znalazł się w granicach Polski. Jeśli kategoria ma oznaczać „ziemie polskie”, pojawia się pytanie, czy współczesna lokalizacja wystarcza do zakwalifikowania bitwy.

To rzeczywiście interesujący przypadek, ale Tannenberg pokazuje przede wszystkim problem jednej definicji. Nie dowodzi natomiast, że wszystkie inne definicje są ideologiczne i to jest bardzo ważne rozróżnienie. Jeżeli definicja mówi o bitwach znajdujących się obecnie na terytorium Polski, to Tannenberg pasuje. Jeżeli definicja dotyczy bitew toczonych na terytorium państwa polskiego w 1914 roku, to tutaj już Tannenberg nie pasuje, ponieważ państwa polskiego wówczas nie było. Jeżeli definicja dotyczy bitew toczonych na obszarach dawnej Rzeczypospolitej z 1772 roku, tutaj Tannenberg również budzi problem. Jeżeli według definicji chodzi o wydarzenia związane z polskim wysiłkiem wojskowym, znowu Tannenberg wypada inaczej.

To nie jest dowód na absurd jednej ze stron. To jest właśnie dowód na to, że nazwa kategorii może być zbyt pojemna względem kryterium, które ma stosować. Tutaj paradoksalnie część propozycji autora jest sensowna: jeżeli rzeczywiście chodzi o współczesną geografię, nazwanie kategorii „Bitwy I wojny światowej na terenie współczesnej Polski” byłoby bardziej precyzyjne. Ale z tego nie wynika, że każdy, kto krytykuje wcześniejszą nazwę, musi przyjąć wszystkie pozostałe założenia autora.


Problem nr 5: Kostiuchnówka, Rarańcza i Narwik, czyli trzy różne rodzaje polskości

W tym miejscu autor wykonuje kolejny interesujący zabieg, zestawiając ze sobą Tannenberg, Kostiuchnówkę, Rafajłową, Rarańczę, Rokitnę i Narwik. To może być użyteczne porównanie, o ile nie zakładamy z góry, iż wszystkie te miejsca powinny być oceniane według dokładnie jednej kategorii, a właśnie to jest problem.

Narwik nie był polski dlatego, że znajdował się na terytorium Polski - nie był. Jego znaczenie dla historii Polski wynika z udziału polskich jednostek wojskowych w walkach. Kostiuchnówka również ma szczególne znaczenie przede wszystkim w związku z udziałem Legionów Polskich i historią polskiego czynu zbrojnego. Tannenberg ma natomiast inny rodzaj związku z historią Polski: jego znaczenie wiąże się między innymi z miejscem położonym na obszarze, który w późniejszym okresie znalazł się w granicach państwa polskiego, ale sama bitwa była starciem wojsk niemieckich i rosyjskich.

Nie trzeba uznawać tych przypadków za równoważne, gdyż ich nierównoważność jest oczywista. Pytanie brzmi tylko, co z tej nierównoważności wynika. Czy wynika z niej, że Kostiuchnówka była „polską ziemią” w takim samym sensie, w jakim Poznań był związany z polskim obszarem politycznym? Nie, ale równie mało wynika z tego, że Tannenberg jest pozbawiony jakiegokolwiek historycznego związku z Polską tylko dlatego, że w 1914 roku należał do Niemiec.

Tutaj należy rozdzielić pytanie Gdzie wydarzenie miało miejsce? Gdzie wydarzenie miało miejsce? od pytania Jaki ma związek z historią Polski? To są pytania pokrewne, ale nieidentyczne i właśnie dlatego tworzenie jednej kategorii mającej jednocześnie odpowiadać na oba pytania może prowadzić do problemów.


Problem nr 6: Od historii do ideologii

W analizowanym tekście wielokrotnie pojawia się słowo „ideologiczny”. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby autor przedstawiał dowody na rzeczywistą ideologiczną motywację uczestników sporu. Problem polega na tym, że często zamiast dowodu pojawia się interpretacja. Przykład szczególnie wyraźny dotyczy zapisu słowa „polski” małą literą oraz użycia cudzysłowu przy „polskości”.

Autor interpretuje ten sposób zapisu jako pogardę dla samych granic z 1945 roku. To jest bardzo mocne twierdzenie, ale zapis słowa małą literą, nawet jeśli był celowy, nie dowodzi jeszcze pogardy dla mieszkańców danego regionu, dla jego historii ani dla współczesnej przynależności państwowej. Może być to prowokacja, błąd, ironiczny zapic albo świadomy zabieg retoryczny. Żeby jednak przejść do tezy on wprost kpi i drwi z tych terenów!, potrzebne byłoby coś więcej niż sama forma zapisu.

Jeszcze większy problem pojawia się wtedy, gdy z takiej interpretacji wyprowadza się następnie cały obraz światopoglądu przeciwnika. Wtedy powstaje ciąg: mała litera → pogarda → niechęć do Ziem Odzyskanych → ideologiczne stanowisko → podwójne standardy.

Każde kolejne ogniwo wymaga osobnego uzasadnienia, nie można traktować całego łańcucha jako jednego faktu.


Problem nr 7: Co na to Ukraińcy? Problem zastosowany wybiórczo

Fragment poświęcony perspektywie ukraińskiej porusza ważną kwestię: historia Galicji Wschodniej, Wołynia czy Lwowa nie może być przedstawiana wyłącznie z polskiej perspektywy.

W 1914 roku na tych terenach istniały różne społeczności, różne identyfikacje narodowe i różne projekty polityczne. Późniejsza wojna polsko-ukraińska jest jednym z najbardziej oczywistych dowodów, że nie można traktować polskiej wizji tych obszarów jako jedynej możliwej perspektywy. To jest wartościowa uwaga, ale dokładnie ta sama zasada wymaga ostrożności także w odniesieniu do zachodnich ziem późniejszej Polski.

Jeżeli wieloetniczność i wieloperspektywiczność mają być argumentem przeciwko prostemu określaniu Kresów jako „polskich”, to analogicznie należy uwzględniać:

-polską ludność na terenach pozostających w granicach Cesarstwa Niemieckiego,

-polskie ruchy narodowe,

-regionalne zróżnicowanie tożsamości,

-historyczne związki poszczególnych obszarów,

-różnice między statusem państwowym a społecznym,

-fakt, że „niemieckie” również nie musi oznaczać jednorodnego narodowo obszaru.

Innymi słowy, wieloperspektywiczność nie może być używana tylko wtedy, kiedy komplikuje argument przeciwnika. Jeżeli mamy mówić o historii bez uproszczeń, trzeba ją komplikować konsekwentnie. I tutaj pojawia się istotna asymetria analizowanego tekstu: kiedy chodzi o Kresy, autor bardzo słusznie przypomina o wielości perspektyw. Kiedy chodzi o część późniejszych Ziem Odzyskanych, znacznie łatwiej przechodzi do języka „Rzeszy”, „rdzennie niemieckich ziem” i „po prostu Niemiec”. To właśnie wymagałoby większej ostrożności.


Problem nr 8: Czy Górny Śląsk jest dowodem na podwójne standardy?

Jednym z głównych argumentów autora jest zestawienie Górnego Śląska z Dolnym Śląskiem, Mazurami i innymi terenami. Argument wygląda mniej więcej tak, że skoro Górny Śląsk, który nie należał w całości do Rzeczypospolitej przed rozbiorami, może być omawiany w kontekście „zaboru pruskiego”, to dlaczego podobnego rozszerzenia nie można zastosować do innych obszarów? Jest to interesujące, ale terminologia historyczna nie musi działać na zasadzie, że jeśli A jest używane w pewnym rozszerzonym znaczeniu, to każde B o podobnych cechach musi być traktowane identycznie.

Kategoria „były zabór pruski” może funkcjonować w historiografii szerzej niż ścisła definicja terytoriów znajdujących się w granicach Rzeczypospolitej w 1772 roku, właśnie dlatego, że późniejsza historia ziem pruskich i ziem, które weszły do II RP, była ze sobą powiązana. Można krytykować zakres takiej kategorii, pytać o precyzyjność jej nazwy albo zaproponować inną klasyfikację. Ale argumentowanie, że „skoro Górny Śląsk jest traktowany w ten sposób, to przeciwnicy muszą konsekwentnie uznać również Dolny Śląsk” to argumentacja przez analogię, a nie dowód logicznej konieczności.

Analogiczne przypadki nie muszą mieć identycznych kategorii historycznych. Co więcej, sam fakt, że jakaś kategoria na Wikipedii może być nieprecyzyjna, nie oznacza, że należy na jej podstawie budować kolejną kategorię. Możliwe jest przecież również trzecie rozwiązanie: obie klasyfikacje wymagają dopracowania. I to rozwiązanie w całej dyskusji właściwie znika.


Problem nr 9: Zarzut o uznaniowość sam jest oparty na uznaniowych założeniach.

Autor bardzo często przeciwstawia własną propozycję „twardych kryteriów” rzekomo płynnym kryteriom przeciwników. To brzmi przekonująco, ale warto sprawdzić, czy jego własne kryterium rzeczywiście rozwiązuje wszystkie problemy.

Propozycja „teren współczesnej Polski” jest rzeczywiście bardzo precyzyjna geograficznie. Jeżeli punkt znajduje się dzisiaj w granicach Polski, należy do kategorii, a jeżeli znajduje się poza nimi, to nie należy. To jest jasne, ale ta precyzja ma swoją cenę: nie odpowiada bowiem na pytanie, dlaczego współczesna granica ma być właściwym kryterium dla wydarzenia z 1914 roku. Jest to decyzja klasyfikacyjna, nie fakt historyczny.

Można ją uzasadnić praktycznie:

-granice są jednoznaczne,

-łatwo zweryfikować lokalizację,

-unikamy sporów o narodowość,

-kategoria staje się geograficzna.

To wszystko są bardzo dobre argumenty. Nie należy jednak przedstawiać ich jako dowodu, że współczesne granice są „historycznie obiektywnym” rozwiązaniem. Są jednoznacznym współczesnym kryterium geograficznym i to jest istotna różnica.

Ironia polega na tym, że autor słusznie krytykuje swoich przeciwników za niejasność, ale jednocześnie jego własne rozwiązanie również wymaga przyjęcia pewnego założenia: że dla tej kategorii ważniejsza jest współczesna lokalizacja niż historyczny status miejsca. To założenie można przyjąć, ale można też dyskutować, czy nazwa kategorii powinna wtedy mówić o „ziemiach polskich”. Jeśli tak. to problem zostaje rozwiązany, jeżeli nie, to lepsza byłaby zmiana nazwy. I właśnie to jest merytoryczna dyskusja, nie potrzeba do niej „ideologicznych fiksacji”.


Problem nr 10:  „1914 + 1945” nie rozwiązuje wszystkich problemów historycznych

Propozycja autora dotycząca rozdzielenia kategorii według terytorium współczesnej Polski, dawnych państw zaborczych oraz polskich formacji wojskowych ma pewne zalety. Przede wszystkim rozdziela trzy różne pytania:

-gdzie wydarzenie miało miejsce,

-do jakiego państwa należał dany obszar w czasie wojny,

-jaki był udział polskich formacji.

To rzeczywiście może być znacznie czytelniejsze niż jedna ogromna kategoria próbująca odpowiedzieć na wszystkie te pytania naraz. Nie należy jednak przedstawiać tego rozwiązania jako jedynego logicznego następstwa wcześniejszej dyskusji. To jedna z możliwych metod organizacji informacji. Można ją przyjąć, zmodyfikować, można również uznać, że część informacji lepiej umieścić w artykułach i kategoriach tematycznych niż w jednej nadrzędnej kategorii.

Co ważniejsze, autor w swoim tekście dokonuje pewnego przesunięcia: najpierw dowodzi, że kryteria historyczne są zbyt trudne do jednoznacznego zdefiniowania, a następnie przedstawia rozwiązanie geograficzne tak, jakby samo przez się rozstrzygało problem historyczny. Nie rozstrzyga, tylko go omija, a to sądwie różne rzeczy.

Jeśli powiemy: Nie jesteśmy w stanie stworzyć jednej neutralnej definicji ziem polskich dla 1914 roku, dlatego twórzmy kategorię czysto geograficzną dotyczącą współczesnej Polski, otrzymujemy klarowną metodę. Jeżeli natomiast powiemy: Współczesne granice rozwiązują problem tego, czym były ziemie polskie w 1914 roku, otrzymujemy coś zupełnie innego i nieprawdziwego.


Problem nr 11: Czy głosowanie jest dowodem na „pełną akceptację statusu quo”?

To jeden z najsłabszych elementów całego tekstu. Autor podaje wynik: 2 głosy za, 2 przeciw, 1 wstrzymujący się, brak wymaganego kworum. Następnie stwierdza, że oznacza to pełną akceptację dotychczasowego status quo oraz że społeczność po prostu nie uznała tego tematu za na tyle palący. Tego wyniku nie można tak interpretować bez dodatkowych danych, a fakty są znacznie prostsze: propozycja nie uzyskała wymaganego wyniku i nie została przyjęta. I tyle.

Nie wynika z tego, że społeczności popierała status quo, że większość społeczności uważała propozycję za złą, że większości nie przeszkadzała obecna kategoria, że społeczność uznała temat za nieistotny, że społeczność odrzuciła argumenty przeciwników. Brak odpowiedniej liczby głosów nie jest głosem poparcia - to podstawowa kwestia metodologiczna.

Jeżeli na ankietę odpowie pięć osób, z czego dwie są za, dwie przeciw, a jedna się wstrzymuje, a regulamin wymaga udziału większej liczby osób, jedyny pewny wniosek brzmi: nie uzyskano wymaganego rozstrzygnięcia. Nie można na tej podstawie stwierdzić, że „społeczność uznała, że wszystko jest dobrze”, albo że „społeczność odrzuciła reformę”. Zmiana po prostu nie została przyjęta, to bardzo ważna różnica pomiędzy wynikiem proceduralnym a własną interpretacją.


Problem nr 12: Z wyniku głosowania nie wynika, że temat jest zamknięty

Jeszcze dalej idzie stwierdzenie, że brak przyjęcia propozycji oznacza zamknięcie tematu. Nie oznacza. Wynik taki może oznaczać, że w danym momencie nie osiągnięto konsensusu, że propozycja była zbyt wąska. Może być to też brak zainteresowania, zmęczenie dyskusją albo, że uczestnicy uznali istniejące rozwiązanie za wystarczające. Bez dodatkowych danych nie wiemy jednak, który czynnik był decydujący. Tym bardziej nie można z wyniku głosowania wyprowadzać tezy o motywacjach wszystkich uczestników.

To zresztą prowadzi do ciekawego paradoksu: autor zarzuca przeciwnikom, że używają argumentów uznaniowych, a sam wykorzystuje interpretację zachowania społeczności, której nie da się bezpośrednio wyczytać z wyniku. Jeśli chcemy być konsekwentni, należy więc napisać, że propozycja nie uzyskała wymaganego poparcia i nie została przyjęta. To zdanie jest mniej efektowne, ale za to bezsporne.


Problem nr 13: Przypisywanie motywów całej społeczności

W dalszej części tekstu pojawia się teza, że społeczność nie chciała zajmować się sprawą z powodu „ideologicznych fiksacji”, a w innych miejscach sugestia, że wikipedyści boją się posądzenia o powielanie komunistycznej propagandy. To są już bardzo poważne twierdzenia o motywacjach dużej grupy ludzi i tutaj standard dowodowy powinien być szczególnie wysoki. Nie wystarczy, że kilka osób w dyskusji wypowiedziało się w określony sposób. Nie można na tej podstawie stwierdzić, że „środowisko” czegoś się boi, albo że wikipedyści kierują się określoną ideologią, zwłaszcza gdy wynik formalnego głosowania był bardzo mały.

Z pięciu głosów nie da się wiarygodnie wyprowadzić diagnozy całej społeczności Wikipedii, to byłoby klasyczne uogólnienie. Co więcej, autor sam wcześniej przedstawia temat jako niszowy spór. Jeżeli jest niszowy, to brak szerokiego zainteresowania można wyjaśnić znacznie prościej: większość ludzi po prostu nie chciała poświęcać czasu na tę konkretną dyskusję. Nie trzeba do tego ideologii.


Problem nr 14: Tytuł już rozstrzyga spór

Sam tytuł jest interesującym przykładem tego, jak forma może wpływać na odbiór treści. „Kresy to Polska, Zachód to Rzesza” brzmi jak opis stanowiska przeciwników, ale czy rzeczywiście ktoś w sporze sformułował właśnie taką zasadę? To wymagałoby wykazania. Jeżeli rzeczywiste stanowisko brzmi, że nie należy utożsamiać współczesnych granic Polski z historycznym pojęciem ziem polskich, a poszczególne miejsca należy rozpatrywać w kontekście historycznym, to tytuł „Kresy to Polska, Zachód to Rzesza” jest już interpretacją autora. Co więcej, interpretacja ta jest skrajniejsza niż stanowisko, które ma opisywać.

Czytelnik otrzymuje więc gotową ramę jeszcze przed rozpoczęciem lektury. Nie dostaje pytania: „Jak definiować ziemie polskie w 1914 roku?”, natomiast dostaje opowieść, według której dla oponentów Kresy są Polską, a zachód Niemcami. To bardzo skuteczna publicystyka, ale nie jest to neutralne przedstawienie sporu.


Problem nr 15: Podwójne standardy

Autor wielokrotnie mówi o hipokryzji i podwójnych standardach, ale takie słowa wymagają szczególnej ostrożności. Hipokryzja oznacza bowiem nie po prostu niespójność, lecz pewien rozdźwięk między deklarowaną zasadą a własnym postępowaniem. Jeżeli ktoś twierdzi, że nie wolno stosować kryterium X, a następnie sam stosuje X, mamy bardzo mocny przypadek niespójności.

Jeżeli jednak dwie sytuacje są tylko podobne, ale nie identyczne, a autor uważa, że powinny być traktowane według tego samego kryterium, to nie mamy jeszcze hipokryzji. Mamy spór o analogię, to ważne w przypadku Górnego Śląska, Kresów, Mazur, Dolnego Śląska i Ziem Odzyskanych.

Można argumentować, że określone kategorie Wikipedii są niespójne, że terminologia jest nierówna. Można pytać, dlaczego pewne regiony otrzymują kategorie historyczne, a inne nie. Ale z tego nie wynika automatycznie, że osoby broniące jednego rozwiązania są hipokrytami. Najpierw trzeba ustalić, jakie dokładnie kryterium przyjmują, kiedy je przyjmują i czy rzeczywiście stosują je nierówno, a tego analizowany tekst nie zawsze dokonuje. Często wystarcza mu samo podobieństwo przypadków.


Problem nr 16: Autor krytykuje anachronizm i korzysta z późniejszych kategorii

Autor słusznie zwraca uwagę na anachronizm polegający na używaniu współczesnych granic do opisu sytuacji z 1914 roku. ale jednocześnie sam szeroko wykorzystuje późniejsze kategorie terytorialne do porządkowania znaczenia historycznego. To samo w sobie nie jest błędem, historycy stale posługują się późniejszymi granicami jako narzędziem orientacji. Można przecież powiedzieć, że miejscowość X znajduje się dziś w Polsce, ale to nie oznacza twierdzenia, że w 1914 roku była częścią Polski.

Problem powstaje dopiero wtedy, gdy krytykujemy przeciwnika za korzystanie z późniejszej kategorii, a następnie sami wykorzystujemy analogiczną konstrukcję tylko w innym celu. To pokazuje, że spór nie powinien przedstawiać jednej strony jako historycznej, a drugiej jako anachroniczna. Rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona: obie strony posługują się kategoriami pochodzącymi z różnych momentów historycznych, różnią się przede wszystkim tym, do czego te kategorie wykorzystują - i właśnie to powinno być przedmiotem dyskusji.


Problem nr 17: Ziemie Odzyskane również wymagają kontekstu, ale nie takiego, jaki sugeruje autor

Wątek Ziem Odzyskanych jest szczególnie ciekawy, ponieważ autor słusznie zauważa, że ich historia nie zaczyna się w 1945 roku. 

Nie można powiedzieć, że przed 1945 rokiem nie było tam niczego, co miałoby znaczenie dla historii Polski - byłoby to oczywistym uproszczeniem. Na tych terenach istniały polskie lub słowiańskie tradycje historyczne, polska obecność ludnościowa w niektórych regionach, ruchy narodowe, kontakty gospodarcze i kulturowe oraz wielowiekowe procesy zmian granic, ale dokładnie z tego samego powodu nie można powiedzieć, że skoro istniały tam polskie ślady, to były to po prostu polskie ziemie - to również byłoby uproszczenie.

Historia Dolnego Śląska, Pomorza, Mazur czy Górnego Śląska jest bardziej skomplikowana niż Polska albo Niemcy, właśnie dlatego używanie Ziem Odzyskanych jako dowodu na ideologiczną ślepotę przeciwników jest zbyt daleko idącym uproszczeniem. Można przecież jednocześnie twierdzić, że:

-region miał istotne związki z historią Polski,

-przed 1945 rokiem znajdował się poza państwem polskim,

-zamieszkiwała go ludność o różnych identyfikacjach,

-jego historia jest także historią Niemiec,

-współczesna przynależność państwowa jest dopiero jednym z etapów jego dziejów.

To nie jest sprzeczność, tylko właśnie historia.


Problem nr 18: Pewność tam, gdzie źródłą pokazują jedynie możliwość

W wielu miejscach analizowanego artykułu pojawiają się sformułowania typu: „w praktyce oznacza to jedno”, „wychodzi nam czysty, ideologiczny kult granic II RP”, „wiadomo, o co chodzi”, „zrobiliby dokładnie to samo”, „na bank podbijaliby stawkę dalej”, „panicznym milczeniem unikają odpowiedzi”.

To charakterystyczny sposób budowania narracji. Najpierw przedstawiona zostaje obserwacja, potem autor wybiera jedną możliwą interpretację, następnie zaczyna pisać tak, jakby ta interpretacja była już faktem. To szczególnie widoczne w zdaniach dotyczących tego, co przeciwnicy „zrobiliby” w hipotetycznych sytuacjach. Problem z takim rozumowaniem jest prosty: nie można dowodzić rzeczywistych poglądów człowieka na podstawie hipotetycznej odpowiedzi, której nigdy nie udzielił.

Można powiedzieć: Jeżeli przyjąć ich argument w wersji X, pojawia się problem Y, ale Na pewno odpowiedzieliby X, ponieważ tak naprawdę kieruje nimi Y to już spekulacja, a spekulacja nie staje się faktem tylko dlatego, że jest napisana z dużą pewnością siebie.


Problem nr 19: Co pozostaje z argumentu o braku kryterium?

Po oddzieleniu faktów od interpretacji okazuje się, że w całej sprawie istnieje całkiem rozsądny rdzeń argumentacji autora. Tak, kryterium „kontekstu historycznego” może być zbyt nieprecyzyjne dla automatycznej kategoryzacji. Tak, kategorie Wikipedii wymagają jasnych zasad. Tak, przypadki takie jak Tannenberg pokazują trudności związane z próbą połączenia geografii współczesnej z historią polityczną. Tak, osobna kategoria dotycząca polskich formacji wojskowych może być sensownym rozwiązaniem. Tak, nazwa „na terenie współczesnej Polski” jest pod względem geograficznym znacznie bardziej jednoznaczna niż „na ziemiach polskich”. Tak, nie powinno się tworzyć kategorii wyłącznie dlatego, że komuś dane miejsce „wydaje się polskie”.

Ale z tych trafnych obserwacji nie wynika, że:

-przeciwnicy wyznają kult granic II RP,

-gardzą Ziemiami Odzyskanymi,

-odrzucają niemiecką historię tych terenów,

-kierują się ideologią,

-ich stanowisko jest „płynne” w znaczeniu całkowicie dowolnym,

-brak odpowiedzi na jedno pytanie jest dowodem ucieczki,

-że brak kworum oznacza poparcie społeczności dla status quo.

Właśnie tutaj leży granica między mocną krytyką metodologiczną a publicystycznym dopowiadaniem motywów.


Problem nr 20: Propozycja autora nie była zła, ale czy jego krytyka przeciwników była trafna? Nie.

Można uważać, że propozycja „Bitwy I wojny światowej na terenie współczesnej Polski” jest praktyczna. Można nawet uważać, że jest lepsza dla Wikipedii niż obecna nazwa, ale nie trzeba w związku z tym przyjmować całej narracji autora dotyczącej osób, które tej propozycji nie poparły. To są dwie niezależne kwestie.

Można przyznać autorowi rację, że obecna nazwa jest problematyczna, a jednocześnie, że niesłusznie przedstawia przeciwników jako zwolenników granic II RP. Można też powiedzieć, że jego rozwiązanie jest technicznie wygodne, a jednocześnie, że nie wynika z tego, że jego interpretacja historii Kresów i Ziem Odzyskanych jest jedyną możliwą.

Można również powiedzieć, że Tannenberg rzeczywiście jest trudnym przypadkiem, przy czym nie wynika z tego, że osoby broniące historycznego kontekstu kierują się ideologią. To właśnie jest krytyczne czytanie tekstu. Nie trzeba odrzucać wszystkiego, żeby zakwestionować sposób argumentowania.


Problem nr 21: „Złodziej krzyczy łapać złodzieja” — problematyczny tytuł rozdziału

Autor zatytułował jeden z fragmentów: „Złodziej krzyczy: łapać złodzieja!”. To bardzo mocna figura retoryczna; sugeruje bowiem, że przeciwnicy oskarżają go o coś, co sami robią, a więc nie tylko się mylą, bo są hipokrytami. Tyle że aby taki zarzut był uzasadniony, trzeba najpierw dokładnie wykazać, że obie strony stosują identyczny mechanizm.

Tymczasem główny zarzut wobec przeciwników brzmi, że ich kryterium jest płynne. Głównym kryterium autora jest natomiast kryterium geograficzne - to nie są identyczne konstrukcje. Można spierać się, czy jego rozwiązanie jest najlepsze, można wskazywać, że również ono jest wyborem metodologicznym, ale nie można z samego faktu, że jest wyborem, zrobić dowodu hipokryzji. Inaczej każda decyzja metodologiczna byłaby „uznaniowa”, a każdy wybór między dwoma modelami „ideologiczny” - to prowadziłoby do absurdu.


Problem nr 22: Ostrość zastępuje czasem dowód

Można prowadzić ostrą polemikę, napisać, że argument jest niespójny, można wykazać sprzeczność albo powiedzieć, że propozycja jest nietrafna. Można nawet bardzo mocno skrytykować czyjąś metodologię.

Problem zaczyna się wtedy, gdy język emocjonalny wykonuje pracę, którą powinien wykonać argument. „Uciekł”, „wpadł w furię”, „panicznie milczy”, „nie ma intelektualnej zdolności”, „ideologiczne fiksacje”, „nieustanne kluczenie”, „zmienianie poglądów jak rękawiczki”, „pieniactwo”.

Takie sformułowania mogą być efektowne, jednak niczego nie dowodzą. Co więcej, często osłabiają argument, który miałby być dzięki nim mocniejszy. Czytelnik, który nie zna całej dyskusji, nie ma bowiem możliwości sprawdzenia, czy „ucieczka” rzeczywiście nastąpiła - może tylko uwierzyć autorowi. A dobry tekst analityczny powinien działać odwrotnie: czytelnik powinien móc sam dojść do wniosku.


Problem nr 23: Najbardziej przekonująca wersja krytyki przeciwnika wyglądałaby zupełnie inaczej

Jeżeli autor rzeczywiście chciałby wykazać, że jego przeciwnicy stosowali niespójne kryterium, nie potrzebowałby przypisywania im ideologii. Wystarczyłaby tabela, w której można byłoby pokazać: „W przypadkach A, B i C zastosowano kryterium X, natomiast w przypadkach D i E kryterium Y, mimo że rozmówca deklarował zasadę Z.” To byłby bardzo mocny dowód.

Tymczasem analizowany tekst często robi coś innego: „Nie uzyskaliśmy odpowiedzi → przeciwnik unika odpowiedzi → przeciwnik ma płynne kryterium → kryterium jest ideologiczne → przeciwnik kieruje się kultem II RP.” To jest znacznie dłuższa droga i każde ogniwo może zostać zakwestionowane.


Problem nr 24: Czy przeciwnicy byli konsekwentni? To właśnie należałoby rozstrzygnąć, zamiast rozstrzygać za nich

Możliwe, że nie byli, że ich argumentacja rzeczywiście zawierała niespójności, że „kontekst historyczny” był pojęciem zbyt szerokim albo, że część argumentów wzajemnie się wykluczała. To wszystko są realne możliwości, ale najlepszą odpowiedzią nie jest dopisanie im motywacji. Najlepszą odpowiedzią jest rekonstrukcja ich stanowiska w najsilniejszej możliwej wersji, a następnie pokazanie jego słabych punktów. To podstawowa zasada uczciwej polemiki.

Najpierw: „Rozumiem, że stanowisko A oznacza X, Y i Z.”, następnie: „Jeżeli tak, to pojawia się problem W.” A nie: „Tak naprawdę chodzi im o coś zupełnie innego”. Ta druga metoda jest znacznie bardziej efektowna, a pierwsza jest znacznie trudniejsza do podważenia.


Problem nr 25: Ostateczny paradoks całego tekstu

Analizowany artykuł powstał po to, aby pokazać rzekomy brak obiektywizmu u innych. Autor zarzuca swoim przeciwnikom uznaniowość, zmianę stanowisk, podwójne standardy, ideologiczne podejście, selektywne stosowanie kryteriów, anachronizm i brak odpowiedzi na trudne pytania.

Tymczasem sam tekst wielokrotnie: przedstawia interpretacje jako fakty, przypisuje motywacje bez bezpośrednich dowodów, wyciąga wnioski z braku odpowiedzi, tworzy hipotetyczne stanowiska przeciwników, uogólnia zachowanie kilku osób na całą społeczność, interpretuje wynik głosowania szerzej, niż wynika to z jego danych, posługuje się bardzo mocno wartościującym językiem, przedstawia własne kryterium jako bardziej „obiektywne”, choć jest ono przede wszystkim bardziej jednoznaczne technicznie.

To jest największa słabość tekstu. Nie dlatego, że jego autor nie ma żadnych racji, wręcz przeciwnie. Część jego argumentów jest na tyle sensowna, że nie potrzebowała tej dodatkowej warstwy publicystycznej. Gdyby usunąć z tekstu przypisywanie przeciwnikom motywacji, ironiczne określenia, hipotetyczne rekonstrukcje ich poglądów i interpretacje wyniku głosowania, pozostałby całkiem interesujący tekst o problemie kategoryzacji historycznej. Po dodaniu tych elementów tekst kroniką konfliktu napisaną z perspektywy jednej ze stron.

Jako taka może być interesująca, nie należy jednak mylić jej z bezstronną analizą sporu.


Co naprawdę pokazał ten spór?

Być może znacznie mniej, a jednocześnie znacznie więcej, niż sugeruje autor. Nie pokazał, że jedna strona kocha Kresy, a druga kocha Ziemie Odzyskane. Nie pokazał, że jedna strona jest historyczna, a druga anachroniczna. Nie pokazał też, że społeczność Wikipedii opowiedziała się za jedną wizją. Nie pokazał nawet, że istnieje jedna oczywista odpowiedź na pytanie, czym były „ziemie polskie” w 1914 roku.

Pokazał natomiast coś znacznie bardziej interesującego, że próba zamknięcia wielowarstwowego pojęcia historycznego w jednej kategorii może prowadzić do sporów, których nie rozwiąże samo ustalenie jednej daty. Rok 1772 odpowiada na jedno pytanie, rok 1914 odpowiada na inne, rok 1945 odpowiada na jeszcze inne, granice II Rzeczypospolitej odpowiadają na kolejne. Kryterium udziału polskich formacji odpowiada na jeszcze inne, a kryterium „polskiego życia” próbuje opisać jeszcze inną płaszczyznę. Problem nie polega więc na tym, że wszystkie te kryteria są bezwartościowe. Problem polega na tym, że nie odpowiadają na to samo pytanie.

Paradoksalnie tutaj paradoksalnie autor ma częściowo rację. Najuczciwsza ocena całej sprawy wymaga przyznania jednej rzeczy. Jeżeli kategoria ma być kategorią encyklopedyczną, której ma być możliwie jednoznaczne, to kryterium „na terenie współczesnej Polski” jest praktyczne. Nie wymaga rozstrzygania, czy określona miejscowość była w 1914 roku polska, niemiecka, ukraińska, ruska czy wielonarodowa. Nie wymaga rozstrzygania, jak daleko rozciągać „kontekst historyczny”. Nie wymaga arbitralnego wyznaczania „skali polskiego życia”.

Pozwala natomiast powiedzieć, że wydarzenie miało miejsce na obszarze znajdującym się obecnie w granicach Polski. To jest jasne, ale uczciwa analiza powinna powiedzieć również: jest to rozwiązanie techniczne, a nie rozstrzygnięcie historycznego sporu o tożsamość tych ziem. Właśnie tej różnicy w analizowanym tekście brakuje.

Nie trzeba wybierać między dwiema skrajnościami. Nie trzeba uznawać, że wszystko jest polskie, jeśli tylko istnieje jakiś polski związek historyczny. Ale nie trzeba też uznawać, że jeżeli w 1914 roku obszar nie znajdował się w państwie polskim, to nie ma sensu mówić o żadnym jego związku z historią Polski. Obie zasady są zbyt proste.

Historia Europy Środkowo-Wschodniej jest pełna miejsc, których status polityczny, etniczny, kulturowy i historyczny zmieniał się wielokrotnie. Lwów, Wilno, Gdańsk, Górny Śląsk, Warmia, Mazury, Galicja Wschodnia czy Dolny Śląsk nie dają się uczciwie opisać jednym słowem. A Wikipedia, jeśli ma być encyklopedią, powinna raczej pokazywać tę złożoność niż udawać, że można ją usunąć jednym wyborem daty.



Zakończenie: mniej wojny podjazdowej, więcej historii

Tekst „Kresy to Polska, Zachód to Rzesza” jest interesującym świadectwem pewnego konfliktu, ale przede wszystkim świadectwem sposobu, w jaki konflikt został zapamiętany przez jedną z jego stron.

Jego autor słusznie zauważa kilka realnych problemów: niejednoznaczność pojęcia „ziem polskich”, trudność z przypadkami granicznymi, problem Tannenbergu, potrzebę rozdzielenia kategorii geograficznych od kategorii dotyczących polskich formacji wojskowych oraz praktyczne zalety posługiwania się współczesnymi granicami.

Nie ma potrzeby tych argumentów odrzucać, ale równie ważne jest zauważenie, że pomiędzy „Twoje kryterium jest nieprecyzyjne” a „Twoje stanowisko wynika z ideologicznego kultu granic II RP” istnieje ogromna przestrzeń.

Pomiędzy: „nie odpowiedziałeś na moje pytanie” a „uciekłeś, bo pytanie cię przeraziło” istnieje równie ogromna przestrzeń.

Pomiędzy: „propozycja nie uzyskała wymaganego wyniku” a „społeczność zaakceptowała status quo” również istnieje zasadnicza różnica.

I wreszcie pomiędzy: „uważam, że współczesne granice są najlepszym kryterium dla tej kategorii”** a „jest to jedyne logiczne i obiektywne rozwiązanie” jest różnica pomiędzy propozycją metodologiczną a roszczeniem do rozstrzygnięcia całego problemu.

Być może właśnie to jest najważniejszy wniosek z całej sprawy. W sporach o historię najłatwiej jest znaleźć argument przeciwko człowiekowi. Znacznie trudniej jest znaleźć argument przeciwko jego tezie. Jeszcze trudniej jest oddzielić jedno od drugiego, a właśnie tego powinniśmy wymagać od tekstu, który przedstawia się jako analiza historycznego i wikipedystycznego sporu.

Nie chodzi o to, żeby nie polemizować. Chodzi o to, żeby polemizując, nie tworzyć przeciwnika wygodniejszego do pokonania niż ten, który rzeczywiście siedział po drugiej stronie dyskusji. Wtedy można rzeczywiście wygrać polemikę, tyle że z własną rekonstrukcją stanowiska przeciwnika. A historia — podobnie jak dobra encyklopedia — zasługuje na coś więcej.

Jesteśmy grupą osób zainteresowanych historią, jej źródłami oraz sposobami, w jakie przedstawia się ją we współczesnej debacie publicznej. Piszemy o historii bez uproszczeń i gotowych schematów. Analizujemy również spory dotyczące interpretacji wydarzeń historycznych, starając się oddzielać argumenty merytoryczne od publicystyki oraz emocji. Nie reprezentujemy żadnej organizacji. Naszym celem jest przede wszystkim popularyzowanie krytycznego i opartego na źródłach spojrzenia na historię.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Polityka