Przez dwie noce po naszym Święcie Narodowym w dniu 11. 11. prześladowaly mnie KOSZMARY SENNE. Jak tylko zamykałam (co prawda gdzies tam dopiero nad ranem) oczy, to nachodziła mnie straszna wizja:
Oto grupa podejrzanych, OB-WOŹNYCH komediantów wskoczyła po pijanemu na POLSKĄ, wielką, NARODOWĄ scene, i nie rozumiejąc nic z miejsca, na którym się znalazła, zachowuje się jakby weszła do knajpy i grała w karty z LICHWIARZEM.
Zainspirowana ZMIANĄ SCENY I OBSADY elegancka, pachnąca perfumami publiczność POLSKIEGO Teatru Narodowego ( rozumianego tu jako SYMBOL, nie budynek) zamienia się nagle w wyjącą, chichoczącą i rzucąjąca w około obelgami wiejską tłuszczę. Przemiana ta dzieje się jakby pod działaniem różdżki czarodziejskiej, zupełnie jak to bywało w wiedeńskiej czy berlinskiej "Zaubermaerchen" z przełomu XVIII i XIX wieku.
Zaczyna sie II AKT: Zagrzewana przez PIJANYCH KOMEDIANTÓW do walki, rozochocona publika, zaczyna się walić na około cepami i popija bimber z własnych wojłokowych ŁAPCI. Ktoś wypuścił z chlewa UZBROJONE ŚWINIE, które wmieszały się w TŁUM.
KWIK, RYK, CHRUMKANIE, BEKANIE, GDAKANIE, Gęgolenie.
················
Do takiej wizji zainspirował mnie ŚWIETNY ostatni ARTYKUL ARTURA LEWCZUKA o politycznym KICZU OBWOZNYM, jakim jestesmy częstowani ostatnio przez politykow ktorejś tam republiki odradząjcego się pod naszym nosem imperium. Rowniez zmotywowal mnie troche KOMENTATOR tego artykulu, PUBLICYSTA.

