0 obserwujących
156 notek
50k odsłon
  74   0

Anatomia kryzysu

Nieruchomości, nieruchomości

Standardowa historia, którą słyszymy w mediach, opisująca aktualny kryzys, dotyczy oczywiście rynku nieruchomości. Ponieważ banki udzielały kredytów w sposób całkowicie nierozważny i nieodpowiedzialny, w tej chwili obserwujemy tego przykre konsekwencje. Nie jest to jednakże pełny obrazek historii, który powinien zostać przedstawiony. Czy rzeczywiście dlatego że niektórzy ludzie nie spłacają kredytów, to wszystkie spółki muszą tracić na wartości? Czy rzeczywiście powinny upadać banki inwestycyjne? Czy rzeczywiście powinny upadać banki detaliczne? A wreszcie, czy przez to, że jakiś pracownik w Stanach nie spłaca kredytu za mieszkanie, cały światowy system finansowy musi wariować, w tym odległa Polska i inne kraje Europy?
Te pytania wyraźnie podpowiadają nam, że chociaż u podstaw aktualnych problemów leży problem „bańki” na rynku nieruchomości, to jednak aktualne problemy są rezultatem dużo poważniejszych czynników. Gdyby problemem był tylko rynek nieruchomości, wtedy w gospodarce wystąpiłby jakiś zastój, ale przecież nie załamanie. Jeden sektor zacząłby przeżywać kłopoty, ale nie musiałoby to za sobą pociągać przykrych poważnych konsekwencji dla pozostałych sektorów.

Współczesna bankowość i system BASEL

Zanim przejdziemy do samej analizy „bańki” musimy na marginesie poruszyć kwestię tego, jak działa współczesna bankowość. Przeżyła ona bowiem w ostatnich kilkunastu latach ogromną rewolucję, a podręczniki sprzed lat dziewięćdziesiątych nie są do jej analizy bardzo przydatne. Otóż w tej chwili banki są poddane tak zwanym „regulacjom bazylejskim”, które mniej lub bardziej precyzyjnie określają jak banki powinny zarządzać swoimi księgami (będziemy tu pomijać szczegóły, podobnie jak będziemy abstrahować od tego, że regulacje te zostały zmienione w 2007 – nie zmienia to esencji tego, co przedstawimy). Krótki przykład pozwoli nam pokazać, jak współczesny bank ma ograniczone pole do udzielania kredytów. Przedstawimy to w najprostszy możliwy sposób, ale jest to niestety konieczne, żeby zrozumieć piękno manipulacji dokonanej przez amerykańskie instytucje finansowe.
Dla zrozumienia tego ważne jest omówienie „współczynnika kapitałowego”, który wylicza się dzieląc kapitał banku przez „aktywa ważone ryzykiem”. Powiedzmy, że kapitał banku wynosi 100 złotych. Współczynnik kapitałowy powinien wynosić zgodnie z bazylejskimi regulacjami przynajmniej 8%. Czyli z prostej matematyki wychodzi, że „aktywa ważone ryzykiem” mogą wynieść maksimum 1250 złotych (bo wtedy kapitał przez te aktywa, czyli 100 podzielone przez 1250 daje nam właśnie liczbę graniczną 8%).
Teraz szkopuł tkwi w tym, jakie aktywa posiada bank. Poszczególne aktywa mają różne wagi ryzyka. I tak na przykład depozyt ma zerową wagę ryzyka – z tej prostej przyczyny, że może być bezpośrednio używany do zapłaty każdego rachunku. Obligacje również mają zerową (lub bliską zeru) wagę ryzyka. Kredyty hipoteczne natomiast mają wagę 100%, ponieważ istnieje ryzyko, że mogą zostać nieściągnięte. Obligacje zawsze można upłynnić, bo ich spłatę gwarantuje swoim przymusem rząd, zobowiązanie hipoteczne przeciwnie – może zostać nieściągnięte, a ewentualna licytacja nieruchomości nie musi zapewnić sukcesu.
Jak liczymy tę wielkość „aktywa ważone ryzykiem? Powiedzmy, że bank udzielił kredytów hipotecznych na sumę 1250 złotych, a do tego posiada 500 złotych obligacji państwowych. Aktywa ważone ryzykiem liczymy tak: (1250 x 100%) + (500 x 0%). Jak widzimy posiadanie obligacji przez bank nie jest w ogóle „ryzykowne”, ponieważ zawsze mogą zostać upłynnione i zapewnić dopływ środków pieniężnych. Z kolei kredyty hipoteczne są dużo bardziej ryzykowne, więc mają wyższą wagę ryzyka (sto procent, a nie zero). Teraz, jeśli podzielimy kapitał własny banku (100) przez tę wielkość aktywów ważonych ryzykiem, wtedy zobaczymy, że jesteśmy na granicy dopuszczalnych 8%. A zatem bank nie może udzielić już więcej kredytów hipotecznych, ponieważ złamałby wtedy regulacje bazylejskie. Co więcej, wskazuje na to, że powinien zacząć inaczej zarządzać ryzykiem – być może lepiej sprzedać część tych kredytów innemu bankowi i zamienić je w księgach na obligacje państwowe, kredyty dla państwowych firm, lub jakiś instytucji kredytowych, które mają wagę niższą od 100%.
Warto zamienić te kredyty hipoteczne na coś, co będzie miało mniejszą wagę ryzyka. Powiedzmy na przykład, że udałoby się nam zamienić część kredytów hipotecznych o wartości 500 złotych na obligacje państwowe (załóżmy dla uproszczenia, że po tej samej wartości nominalnej). Wtedy po takiej zamianie aktywa ważone ryzykiem wyniosą: (750 x 100% ) + (1000 x 0%), a zatem wyraźnie mniej. Współczynnik kapitałochłonności wyjdzie z kolei: 100/750, więc ponad 13%. Regulacje bazylejskie teoretycznie (tj. w zamierzeniach urzędników) nakazują bankom umiejętne zarządzanie ryzykiem tak, aby nie narazić ich na „oficjalne” ryzyko upadku. Bo banki tak naprawdę nie bankrutują w klasycznym tego słowa znaczeniu. Współczesne banki są permanentnymi bankrutami – tylko państwowe regulacje stwierdzają, kiedy „bankructwo” zostanie de facto przeprowadzone lub nie.
W porządku – przebrnęliśmy przez najbardziej nudną i męczącą część tej opowieści. Teraz widzimy sedno sprawy – postawmy się w roli bankiera, który udziela pożyczek prywatnym instytucjom, w szczególności kredytów hipotecznych. Niestety system BASEL wyznacza granice ekspansji kredytu. A gdyby tak udało się te kredyty zaksięgować tak, żeby nie dawać im wagi ryzyka 100%, ale 0%? Wtedy współczynnik kapitałowy mógłby na papierze wzrosnąć i doprowadzić do tego, że akcja kredytowa banku rosłaby zdecydowanie poza wcześniej wytyczone granice.
Tylko jak tego dokonać?

Lubię to! Skomentuj10 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale