Artur Madaliński*
Od sobotniego wieczora wiadomo już wszystko – narodowe roztrząsania i rozbiory trwają w najlepsze. Bo w świecie rodzimej piłki nożnej czas ma ponad wszelkie wątpliwości strukturę kolistą. „Czego zabrakło”? – kanonicznego pytania jednego z komentatorów stawiał nie będę. To, czego zabrakło, widać było aż za dobrze. Tym bardziej, że dogłębne, „studzienne” interpretowanie występów polskiej reprezentacji – teraz, kiedy ostatni desperaci opuścili już „fan zonę” – przypominałoby kopanie leżącego. „Będzie czas na analizy” – jak głosi rytualny, wykorzystywany przy podobnych okazjach, greps językowy.
Niech mi nikt nie mówi, że mogło być dobrze. Coś niepokojącego zawisło nad pojedynkiem z Czechami od samego początku. Owszem, ten ulewny deszcz – najbardziej tragiczny topos polskiego piłkarstwa – budził niepokój, graniczący z szaleństwem. „Mecze na wodzie” to nie jest, delikatnie mówiąc, nasza narodowa specjalność. Że co? Że jestem przesądny? Bez przesądów nie ma futbolu. Radykalizm tej frazy równy jest jej głębokiej prawdziwości. Kto nie jest przesądny, niczego z piłki nożnej nie rozumie. Nasi piłkarze nie umieli zapomnieć o zamierzchłym polsko-niemieckim półfinale? Ich ołowiane nogi w tym właśnie paraliżującym wspomnieniu mają swoje źródło?
Aż tak fundamentalnych kwestii nie wygłaszam. Ale biblijne ulewy nad wrocławskim stadionem musiały znaczyć wiele. W tej sytuacji nie było za wiele możliwości. Wszystko wypełniło się już na początku. Teoria predestynacji zadziałała niezawodnie – pozostało tylko obserwować doskonałe odegranie rozpisanych wcześniej ról. To był mecz, w którym odwieczny porządek rzeczy został całkowicie zachowany. Polacy grali przyzwoicie przez kwadrans. A potem już rozpacz, tragiczne sceny jak z wielkiej prozy Williama Faulknera, paniczne ruchy, niepoczytalne zagrania… Wreszcie bramka i ostateczny upadek, rodzący litość i powodujący ulgę w chwili, gdy sędzia odgwizdał zakończenie tego łabędziego śpiewu nadwiślańskich zastępów. Nawet strzelec gola stanął na wysokości zadania i wyglądem swoim nie pozostawił złudzeń. Był to najbardziej czeski z czeskich zawodników – jego imponująca plereza na zawsze już pozostanie w naszej pamięci. Doprawdy, nic tu się zrobić nie dało.
Nie to nawet, że nie wierzyłem. Bo przecież w skrytości najgłębszej zawsze się wierzy, nikomu o tym nie gada, wstydliwie się głowę obraca, ale jednak ziarnko wiary wielkości gorczycy czule się pielęgnuje. Ale wierzyłem inaczej – ostrożniej, z rozmysłem wielkim, do patriotycznych gestów, flag na samochodzie i plemiennych malunków przekonać się nie mogłem. Po prawdzie, do końca – uczciwie i na pełny gaz – piłkarzom polskim wiary nie dawałem. Dziwne to? Nieodgadnione? Jak w mordę sto razy dostaniesz, to przy sto pierwszym spróbujesz się schować. Unik jaki zrobisz, może nawet gardę postawisz.
Nie o mnie jednak sprawa tu idzie. W końcu wieloletnie doświadczenie oglądania naszych piłkarskich batalii na wiele rzeczy odporność mi dało. Gorzej jednak z tysiącami neofitów, z całymi zastępami rodaków uczciwie, gorliwie i – dosłownie – bez pamięci wierzących w sukces Smudy i jego ludzi. Ci neokatechumeni będą się leczyć dłużej. Ich komunijna wiara dostała największego kopa. Ich bolało będzie najbardziej. Co zatem? Nie kibicować? Lagę położyć na naszych piłkarzy? Oczywiście, jak najbardziej – do następnego razu. Ani dłużej, ani krócej. Eliminacje do Mistrzostw Świata w Brazylii już za kilka miesięcy. Ciekawe, jak zabrzmi wtedy hymn?
*Artur Madaliński - filolog, krytyk literacki, publicysta
Tekst opublikowany na: instytutobywatelski.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (3)