0 obserwujących
30 notek
21k odsłon
  107   0

Ballada o Jacku Stefańskim

W 1979 roku robiłem reportaż o czterech braciach Stefańskich z Chęcin, którzy stracili w wypadku samochodowym rodziców. Najstarszy z nich, jedyny pełnoletni, który przejął opiekę nad młodszą trójką był Jacek. Miał wtedy 21 lat. Młodszy Stefan miał lat bodajże 17, a najmłodszy, Piotrek był ledwie 9-letnim brzdącem.

Ponieważ renta po rodzicach nie bardzo starczała im na życie, to chłopcy nauczyli się grać na instrumentach i z tego grania zaczęli czerpać profity. Jacek grał na gitarze, Stefan na akordeonie, ten trzeci w kolejności (imienia nie pamiętam) na bębnie, a najmłodszy na flecie. Dorabiali grając na weselach, ale mieli też bardziej ambitny repertuar śpiewając między innymi piosenki Jacka Kaczmarskiego, próbowali też sami komponować.
Pamiętam wszystkich czterech i tego najstarszego, Jacka, który się nimi wszystkimi zajmował i pilnował jak matka i ojciec. Czterej chłopcy, którzy nagle musieli ponad wiek dorosnąć.
Rozmawiałem też z ich sąsiadami, którzy starali się im pomóc. Jeden z nich pracował jako kelner w restauracji na Zamku w Chęcinach, który im przynosił z restauracyjnej kuchni to, co na końcu dnia zostało.
Bardzo tych dzielnych chłopaków polubiłem przez te cztery dni, które wtedy u nich w domu spędziłem. Koniecznie na "wyjezdne" chcieli mi dać jakiś prezent, coś na pamiątkę. Wyciągnęli z szuflady jakiś stary, zardzewiały ogromny klucz od jakiejś bramy. I dali mi na pamiątkę mówiąc żartobliwie, że jest to klucz do bramy chęcińskiego zamku.
Nie wiem jakim cudem, ale wraz z innymi rzeczami z Polski ten klucz przyjechał wraz ze mną na emigrację do Kanady.
Od lat wisi u mnie w pokoju na ścianie.
Przez te lata straciłem z nimi kontakt.
Po 1989 roku, gdy powstała tzw. "komisja Rokity" badająca los osób zamordowanych podczas stanu wojennego, dowiedziałem się, że jedną ze śmiertelnych ofiar ubeków był najstarszy z braci, Jacek.
Zatrzymany 2 września 1983 roku, pobity na śmierć podczas przesłuchań, gdy złapany został na "kolportowaniu bibuły". Miał ponoć przy sobie dwie książeczki - "Rok 1984" Orwella i "Archipelag gułag" Sołżenicyna no i jakieś podziemne gazetki. Zmarł 9 września na skutek odniesionych podczas pobicia obrażeń. Tyle wiadomo z raportu Rokity.
Oczywiście oficjalnie pobili go na ulicy "nieznani sprawcy". Ale jakoś dziwnie do braci Stefańskich zaczęli przychodzić SB-cy i nakłaniać ich, by zaniechali wyjaśniania sprawy.
Oczywiście - jak się domyślamy nikt nigdy za to morderstwo nie poniósł żadnej kary.
Po latach w każdą rocznicę tego cholernego 13 grudnia wspominam Jacka i zastanawiam się - cóż takiego zrobił ten 25-letni chłopak? Jakie stanowił zagrożenie dla ludowego państwa polskiego, dla tych generałów z Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, dla tych uzbrojonych po zęby zomowców, że musiał zginąć?
Że chciał sobie poczytać Orwella i kilka gazetek drukowanych na powielaczu?
 
Dzisiaj, tak jak poprosił o to nasz Prezydent, zapaliłem tu w Mississaudze świeczkę. Zapalałem ją myśląc właśnie o Jacku Stefańskim.
Lubię to! Skomentuj Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Komentarze

Inne tematy w dziale