Dziesięć lat temu, 12 lipca 1997 roku, była sobota. Przez cały poprzedzający ją tydzień w telewizji i gazetach pełno było relacji z zalewanych przez powódź Kłodzka, Opola, Raciborza. 10 lipca Odra wdarła się do Opola i stało się jasne, że tylko kwestią czasu jest przejście fali powodziowej przez Wrocław. Próba ocalenia miasta poprzez wysadzenie wałów w Jeszkowicach i Łanach i spowodowanie rozlania się wody poza granicami Wrocławia nie powiodła się, bo mieszkańcy tych miejscowości skutecznie zawalczyli o swoje gospodarstwa.
Piątek, 11 lipca, w firmie, w której wtedy pracowałem (a właściwie, w której nadal jestem zatrudniony) był dosyć nerwowy. Nikt jakoś nie mógł skupić się na pracy i wszyscy wyczekiwali godziny, kiedy będzie można wyjść z biura. Radio przez cały dzień apelowało, by zrobić zapasy wody i chleba, więc nastrój podenerwowania narastał z godziny na godzinę. Koleżanka mająca znajomą w piekarni, kupiła dla wszystkich pieczywo i obładowany chlebem na kilkudniowy zapas wsiadłem do samochodu. Na ulicach było znacznie tłoczniej, nawet jak na popołudniowe, piątkowe standardy. Próbowałem wjechać na parking ówczesnego „Hita” przy Długiej, ale było tam tyle samochodów, że nie dało rady wepchnąć nawet szpilki, a co dopiero mojego wysłużonego cienkusia. Nawet nie chciałem sobie wyobrażać, co dzieje się w sklepie.
Im dalej od centrum, tym było bardziej pusto na ulicach i jakoś dojechałem na moje dalekie Krzyki. Perspektywa wysokiej fali została za mną i właściwie całe piątkowe popołudnie przebiegło spokojnie. Dopiero później dowiedziałem się, że koledzy po zakończeniu pracy prowizorycznie przygotowali biuro i poprzenosili co cenniejszy sprzęt, np. komputery, z podłogi na blaty biurek.
Sobotni poranek przywitał słońcem. TeDe (Telewizja Dolnośląska) rozpoczęła relację „na żywo” z zalewanego miasta. Pokazywano stojący pod wodą Kozanów, młyn „Maria” broniący się przed falą powodziową, umacnianie wałów koło Ogrodu Zoologicznego, na Wielkiej Wyspie i w setkach innych miejsc. Coraz więcej było wody na ulicach, za to prawie zupełnie wyschła w kranach. W wielu rejonach oprócz wody wyłączony został prąd.
Po raz pierwszy od czasu przeprowadzki do nowego mieszkania ucieszyłem się, że mieszkam na dalekich peryferiach. Miałem wodę, miałem prąd, a niedaleka Ślęza wiła się w miarę leniwie. U ujścia do Odry dostała tzw. „cofki” i rozlała się, ale w mojej okolicy nie była groźna.
Odra na szczęście nie zalała Rynku wyremontowanego niedawno na Kongres Eucharystyczny i podeszła tylko pod Dworzec Główny. Tysiące wrocławian ratowało swój dobytek, dobytek swoich sąsiadów i zupełnie obcych sobie ludzi. W tych dniach Wrocław ponownie przypomniał sobie, że solidarność to nie tylko pusty slogan.
Biura mojej firmy niestety nie udało się uratować. Położone w Trójkącie Bermudzkim („strzeż się tych miejsc”) otrzymało prawie metrową dawkę wody. Żal było patrzeć na to, co woda zrobiła z podłogą, ścianami i meblami. Smród stęchlizny i wilgoci był niewyobrażalny.
Wrocław w tych dniach przypominał oblężoną twierdzę. Nie można było wjechać do miasta, ani z niego wyjechać. Wszystkie mosty przez Odrę zostały zamknięte dla ruchu.
Po przejściu fali powodziowej miasto wyglądało przygnębiająco. Niepotrzebne już worki z piaskiem, ślady po wodzie na murach, zdewastowane domy. Kilka starych kamienic przy ulicy Traugutta trzeba było wyburzyć i dzisiaj na ich miejscu stoją nowe budynki. Wraz z wodą opadła też ludzka solidarność i odtąd każdy musiał sobie sam radzić z własnym nieszczęściem.
Druga fala (18-20 lipca 1997) nie obfitowała już w tak dramatyczne wydarzenia. Woda miała znacznie niższy poziom i nie trzeba było ponownie walczyć z żywiołem.
Bilans powodzi w dorzeczu Odry i Wisły to (jak podaje Wikipedia) 55 osób śmiertelnych, starty materialne szacowane na około 12 mld złotych. W Wyniku powodzi dach nad głową straciło 7000 ludzi, straty z tytułu zniszczenia majątku poniosło 9000 firm. Woda zniszczyła lub uszkodziła 680 000 mieszkań, 4000 mostów, 14 400 km dróg, 613 km wałów przeciwpowodziowych i 500 000 ha upraw.
Druga fala (18-20 lipca 1997) nie obfitowała już w tak dramatyczne wydarzenia. Woda miała znacznie niższy poziom i nie trzeba było ponownie walczyć z żywiołem.
Bilans powodzi w dorzeczu Odry i Wisły to (jak podaje Wikipedia) 55 osób śmiertelnych, starty materialne szacowane na około 12 mld złotych. W Wyniku powodzi dach nad głową straciło 7000 ludzi, straty z tytułu zniszczenia majątku poniosło 9000 firm. Woda zniszczyła lub uszkodziła 680 000 mieszkań, 4000 mostów, 14 400 km dróg, 613 km wałów przeciwpowodziowych i 500 000 ha upraw.
A premier Cimoszewicz powiedział był: "to jest kolejny przypadek, kiedy potwierdza się, że trzeba być przezornym i trzeba się ubezpieczać, a ta prawda jest ciągle mało powszechna".


Komentarze
Pokaż komentarze (8)