Jak powszechnie wiadomo posłowie PiS w ramach programu solidarnego i taniego państwa rezygnują z blichtrów władzy i nie pławiąc się w luksusie żyją skromnie na wzór swoich wyborców. Należy przy tym podkreślić, że nie robią tego ze względu na dyscyplinę partyjną, ale dlatego, że ubóstwo (nie na pokaz, oczywiście) jest zgodne z ich przekonaniami i światopoglądem.
Tak też czyni poseł PiS Tomasz Markowski, znany ze swojej bezkompromisowej walki z zaprzedanym posłem Mężydło i zdrajcą senatorem Sikorskim.
Poseł Markowski urodził się w Warszawie, ale ponieważ partia rzuciła go na odpowiedzialny odcinek bydgoski, stwierdził że trzeba koniecznie zameldować się w tym pięknym mieście nad Brdą i Wisłą, by być bliżej swego ludu. Jak pomyślał, tak zrobił. Z pomocą przyszła mu pani Anna Góralczyk, właścicielka czynszowej kamienicy przy ulicy Gdańskiej, reprezentacyjnej arterii miasta.
Wredna GW tak opisuje lokum pana posła: „Na parterze zapuszczone mieszkanie, w oknach zamiast firan zwisają foliowe worki. Widać, że od dawna nie ma gospodarza.”.
Jak tak można pisać o mieszkaniu prominentnego, acz lokalnego, działacza Prawa i Sprawiedliwości? Toż przecież wiadomo, że wszyscy fachowcy budowlani wyjechali za Kanał, więc mieszkanie po prostu czeka, aż będzie można przeprowadzić remont. Dopóki jednak tak się nie stanie, poseł nie może mieszkać na Gdańskiej, więc pomieszkuje w Warszawie. Na szczęście bowiem dysponuje skromnym, bo przecież tylko 46 metrowym kącikiem w stolicy. Nie jest tam zameldowany, ale pewnie tylko z tego powodu, że kolejki w biurze meldunkowym są spore, a poseł ma na głowie inne ważne obowiązki.
Jak tak można pisać o mieszkaniu prominentnego, acz lokalnego, działacza Prawa i Sprawiedliwości? Toż przecież wiadomo, że wszyscy fachowcy budowlani wyjechali za Kanał, więc mieszkanie po prostu czeka, aż będzie można przeprowadzić remont. Dopóki jednak tak się nie stanie, poseł nie może mieszkać na Gdańskiej, więc pomieszkuje w Warszawie. Na szczęście bowiem dysponuje skromnym, bo przecież tylko 46 metrowym kącikiem w stolicy. Nie jest tam zameldowany, ale pewnie tylko z tego powodu, że kolejki w biurze meldunkowym są spore, a poseł ma na głowie inne ważne obowiązki.
Niestety, GW doszukuje się drugiego dna w tej prostej historii prostego, skromnego i uczciwego posła. Bezczelnie twierdzi, że fikcyjny meldunek w Bydgoszczy potrzebny jest do uzyskania statusu posła zamiejscowego. „A posłowi zamiejscowemu przysługuje mieszkanie w Domu Poselskim przy Sejmie lub comiesięczna dopłata 2 tys. zł na tzw. kwaterę w Warszawie. W Domu Poselskim Markowski nie mieszka. Bierze natomiast dotację.”.
Spiskowa teoria o nieuczciwości posła bierze w łeb, bo poseł sam wyznaje:
"Tak, korzystam z tej dopłaty. I nie kryje, że meldunek przy Gdańskiej jest tak naprawdę fikcyjny: - Zameldowała mnie formalnie właścicielka kamienicy, która jest sympatyczką PiS. Ale prawda jest taka, że nie mieszkam tam, ani nie przebywam. Gdy przed sześciu laty trafiłem do Bydgoszczy, żeby kierować PiS-em, chciałem w ten sposób podkreślić, że jestem na dobre związany z tym miastem.".
"Tak, korzystam z tej dopłaty. I nie kryje, że meldunek przy Gdańskiej jest tak naprawdę fikcyjny: - Zameldowała mnie formalnie właścicielka kamienicy, która jest sympatyczką PiS. Ale prawda jest taka, że nie mieszkam tam, ani nie przebywam. Gdy przed sześciu laty trafiłem do Bydgoszczy, żeby kierować PiS-em, chciałem w ten sposób podkreślić, że jestem na dobre związany z tym miastem.".
Właścicielka czynszówki potwierdza prawdomówność posła: „Pan Markowski został zameldowany w moim lokalu, chociaż w nim nie mieszka. Nie płaci czynszu, bo i za co ma płacić? Kiedyś zameldowałam go na jego prośbę. To wszystko, co mam do powiedzenia.”
Manipulacja GW jest tym bardziej perfidna, że gazeta wylicza, iż „poseł wyciągnął z kieszeni podatników ponad 100 tys. zł”. To szczyt szczytów, bo przecież łatwo można wyliczyć, że podatnicy zapłacili posłowi tylko 50 tysięcy złotych (2 tysiące x 25 miesięcy kadencji) z tytułu rozłąki ze swoim warszawskim mieszkaniem. I ładnie tak kłamać, panowie redaktorzy? Przecież za ponad 100 tys. zł to już można porządną brykę kupić, z za 50 tys. zł to nawet z poselską zniżką niczym porządnym z salonu samochodowego nie wyjedzie się. Jaką więc korzyść majątkową mógłby wynieść poseł z tej marnej kwoty?
Na szczęście sprawa niedługo się wyjaśni, bo szef kujawsko-pomorskiego PiS, Wojciech Mojzesowicz, sprawdzi u źródła te pożal się Boże rewelacje. I wtedy wszystko będzie jasne.


Komentarze
Pokaż komentarze (9)