8 obserwujących
10 notek
14k odsłon
  371   1

Głupi, mądry i mądrzejszy. Czyli jak łatwo nas wkręcić?

Piotr Jastrzębski
Piotr Jastrzębski

Bardzo łatwo. Wystarczy przedstawić część utworu i poddać publicznej ocenie. Przeczytajcie swoje wczorajsze komentarze w zestawieniu z dzisiejszym tekstem - fragmentami tekstu. 

Zrobiło się trochę awantur gdy zamieściłem fragment książki, nagle wszyscy święci zaczęli rzucać kamieniami, w takim razie zamieszczam końcówkę części dotyczącej dna.

Żeby nie było żadnych wątpliwości co do intencji, zamieszczam również wstęp, jak i zakończenie. Zdaję sobie sprawę, że nawet najprostsze zdania mogą być źle zrozumiane, z różnych powodów. Przez zwykłą zawiść, spowolnienie percepcji - powodów są tysiące. Dlatego posunę się krok dalej, by złośliwcom utrzeć nosa, a spowolnionym dać nauczkę, by zbyt szybko nie wyciągali wniosków.


 Wstęp

Gdyby ktoś opowiedział mi tę historię kilkanaście lat temu, zapewne pomyślałbym, że konfabuluje. A już na pewno koloryzuje. Żyjemy przecież w dwudziestym pierwszym wieku, w środku


Europy, nowoczesnym centrum światowej cywilizacji. A tu nagle dziewiętnastowieczna opowieść wyjęta żywcem z południowoamerykańskich slumsów czy brazylijskich faweli.

Może właśnie dlatego złośliwy los postanowił sprawić mi taką niespodziankę, abym i ja, niedowiarek, na własnej skórze poczuł smak życia na marginesie. Żebym empirycznie poznał głód w jego wszystkich możliwych wariantach i codziennie jak mantrę odmieniał go we wszystkich przypadkach. Podobnie jak chleb. Mianownik: kto? co? głód, dopełniacz: kogo? czego? chleba itd. Wiem już, czym jest i jak działa paraliżująca, beznadziejna i tępa apatia. Jak skutecznie uniemożliwia ucieczkę z tego koszmaru. Coraz bardziej powszechnego, a coraz mniej zauważalnego. Dotyka on coraz liczniejszych. Na razie w ciszy. Nędza milczy, bo nędza bardzo się wstydzi.

 

Nie wiem, czy moje doświadczenia będą jakimś ostrzeżeniem. Przestrogą dla tych wszystkich pewnych siebie i zadowolonych z życia „ludzi sukcesu”. Mało mnie to obchodzi. Moją rolą jest jedynie zrelacjonowanie zjawiska i opisanie sytuacji, jakich byłem świadkiem i w jakich uczestniczyłem. Nie jest to jednak powieść sensacyjna czy przygodowa, nie jest to także łotrzykowska ballada chodnikowa. To rodzaj dziennika, pamiętnika. To bardzo osobiste, a wręcz intymne wyznanie; to neurotyczne zapiski z lęku, opis bezsilności, świadectwo znieczulicy i próba wytłumaczenia sobie i bliskim motywów tego, co być może nastąpi. To zderzenie dwóch punktów odniesienia. Różnice postrzegania, ale z diametralnie innego punktu. To próba znalezienia odpowiedzi na bardzo proste pytanie o to, jaki tak naprawdę jest świat. I który z nich jest bardziej prawdziwy. Ten kolorowy, czy też ten szary?

A jeśli ktoś po tej lekturze zorientuje się, że margines jest tuż za rogiem, wykluczenie czai się za drzwiami, dno jest bliżej, niż się wydaje, a nędza tylko czeka, by złożyć niezapowiedzianą wizytę, ma znikomą szansę jakoś temu zapobiec. Może się jedynie przygotować. Tak aby skutki upadku były jak najmniej dokuczliwe.

Na zmianę naszego losu już nie liczę, nie wierzę w systemowe rozwiązania, które cudownie odmienią życie. To nie jest odległy i nierealny kosmos — to rzeczywistość. Ja też kiedyś butnie twierdziłem: mnie to nie dotyczy. Życie jednak boleśnie zweryfikowało ten pogląd.

Będąc już na samym dnie usłyszałem od jednego z kompanów: „Bezdomność i więzienie może dopaść każdego, niezależnie od stanu posiadania, wykształcenia czy pozycji zawodowej lub społecznej. Trzeba być zaślepionym idiotą, by się tego zarzekać”. Ja byłem takim idiotą. Zorientowałem się, gdy było już za późno.

Żyjemy na dnie, w społecznym rynsztoku, w humanitarnej kloace dobrobytu, gdzie straciwszy już wszystko, co tylko człowiek może stracić, desperacko usiłujemy utrzymać się przy życiu. Przynajmniej w sensie czysto biologicznym. Bo w medycznym to już jest fi zyczna agonia ciała i psychiczna wegetacja duszy. Nafaszerowana beznadziejnym bólem. Bólem istnienia, który w desperacji usiłujemy uśmierzyć podłym alkoholem i równie podłymi narkotykami. Początkowo nawet się udaje. Utrzymujemy się przy życiu tylko po to, aby pewnego dnia ze sobą skończyć. Gdy ból duszy osiągnie apogeum, gdy już nic nie jest w stanie go ukoić, sznurek wydaje się wybawieniem.

Nędzarze. Zostaliśmy przeżuci, przeżarci, strawieni, wydaleni, wypluci i zapomniani. Przerwane kariery, życiowe katastrofy, koszący lot, pikowanie i upadek na dnie. A wszystko to w wyniku jednej lub kilku nieprzemyślanych decyzji, pechowego zbiegu okoliczności. Serii błahych niepowodzeń, nadmiernej wiary w innych oraz naiwnej ufności.

Sięgając pamięcią do archiwum wspomnień, nie jestem w stanie odnaleźć tego pierwszego, tragicznego kroku, który zapoczątkował mój proces upadku. Pewnie niewielu potrafi  precyzyjnie go wskazać. Nasza porażka jest sumą tych pozornie błahych i mało znaczących kroków. Lekki pech, drobne złośliwości otoczenia. Nie, niekoniecznie wszystko wali się w wyniku jednego silnego „trzęsienia ziemi”. Czasem to delikatne szarpnięcia, drobne błędy. W dobrej wierze zignorowane lub wzięte za głupi żart, za dobrą monetę. To, co już się raz zawaliło, drugi raz nie runie. Gruzy to najmocniejsza, najstabilniejsza i najbardziej trwała konstrukcja. Gruzy już się nie rozsypią.

Lubię to! Skomentuj20 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura