To hasło nie wszystkim się dobrze kojarzy, chociaż przy sztuczkach kreatywnego księgowego i według korzystnej metodologii Polska wyjątkowo kryzys światowy przeszła bez recesji. Odbyło się to kosztem drastycznego zadłużenia, że aż Unia musiała reagować, ogłaszając dla Polski procedurę nadmiernego deficytu, ale Niemcy i wiele innych krajów również dla ratowania gospodarki się mocno zadłużało. Nasz rząd dla ratowania naciąganych wykresów i mapek zielonych postanowił zadłużenie zredukować grabieżą OFE. Tu chyba nikt nie ma wątpliwości, że OFE też były grabieżą, bezsensownym układem, gdzie wygranymi byli tylko zarządzający funduszami, ewentualnie jeszcze giełda, jednak oficjalnie to były przetrzebione, ale nasze prywatne pieniądze. Teraz obywatele zostali z obietnicami rządowymi. O ile obietnice polityków PO były i są warte tyle, co wizja zysków w Amber Gold, o tyle politycy PiS dają małe nadzieje, że coś z tego do nas wróci (chociażby już wraca do naszych dzieci w formie 500+).
Hasło "Zielona wyspa" uważam, że powinno być odświeżone i szerzone głównie za granicą, jako propaganda sukcesu. Totalna opozycja i politycy PO oczywiście będą bardzo przeciw ich własnej polityce, bo już widać, że zupełnie głoszą coś przeciwnego. Nie chodzi tu jednak o złośliwość względem ich, a faktyczne korzyści dla kraju, który na tle Europy tym razem naprawdę wyróżnia się przyjaznym i spokojnym klimatem, jak zielona rajska wyspa.

U nas nie ma zamachów terrorystycznych, bo nie mamy terrorystów, ani inne kraje nie mają motywów i urazów prowokujących do takich zdarzeń. U nas nie ma ani czarnych, ani islamskich gett, czyli stref no go zone, nawet cyganie prawie wszyscy powyjeżdżali, a dotychczasowe niebezpieczne osiedla się ucywilizowały. U nas niemal nie ma problemów z imigrantami i środowiskami patologicznymi wyciągającymi socjal pokoleniowo bez perspektyw wyjścia z nędzy. U nas nie ma widocznych mniejszości obcych narodowości, kultur i religii, więc nie istnieje problem rasizmu i nietolerancji, który rodzi się wraz z narastającymi problemami właśnie z takimi mniejszościami.
Dodatkowo mamy tanią, wykwalifikowaną, wydajną i miłą siłę roboczą, zachodnie standardy usług i produktów, szeroki wybór marek zagranicznych i krajowych. Spokój społeczny i nasz narodowy dystans do zbyt gorliwych zasad poprawności i prawa sprawia, że życie jest bardzo spokojne i przyjemne, nawet dla większości rodzin ledwo wiążących koniec z końcem. Oczywiście ambicje mamy większe i ciągle zazdrościmy zamożności naszym zachodnim sąsiadom, ale ta różnica jest przereklamowana, praktyczne zaczyna być mitem.

Obrazek pokazuje faktyczne różnice w odczuwanej zamożności na podstawie PKB na osobę przeliczonego według parytetu siły nabywczej pieniądza w danym kraju. Takie ujęcie jest chyba najbliższe realiom standardu życia. Nie uwzględnia jedynie przełożenia PKB kraju do zarobków zwykłych mieszkańców, oraz korzyści lub kosztów wycieczek zagranicznych lub stałego przesiedlenia się np. na emeryturę.
Takie azjatyckie tygrysy jak Korea Południowa czy Japonia jeszcze 10 lat temu zapewniały dwa razy wyższy standard życia konsumpcyjnego swoim obywatelom. Teraz nawet Niemcy nie mają takiej przewagi nad Polską. Tak samo Chińczycy doganiają świat i nas, czyli nie są już nawet dwa razy biedniejsi, choć jeszcze niedawno się mówiło, że nie można z ich tanią siłą konkurować, bo pracują za miskę ryżu. Oczywiście nie można patrzyć na wykres tak, że jak dogoniliśmy Grecję, to Grecy są tak samo biedni, jak my. Mieli czas na kumulację kapitału, czyli zainwestowanie w nieruchomości i różne dobra materialne, ale na dzień dzisiejszy mogą pozwolić sobie ze swojej pensji na wydatki zbliżone do naszych. Takie niedoceniane przez nas Czechy są na dobrej drodze, by dorównać pogrążonej w stagnacji Japonii, która jeszcze niedawno była niemal identycznie bogata, rozwinięta i prestiżowa, jak Niemcy.
To pokazuje, że nie jesteśmy już zaściankiem, biedotą i dziczą. To Polska zaczyna imponować wielu innym krajom stabilnym rozwojem i rozsądną polityką. Jeśli trend miałby się utrzymać jeszcze z 20 lat to nie ma zupełnie sensu wyjeżdżać na zachód w celu zapewnienia lepszego startu swoim dzieciom. Czemu? One i tak będą tylko dziećmi imigrantów. Nawet jeśli będą perfekcyjnie znały język tubylców, kompleksy i niewidzialny mur może w większości wypadków zatrzymać na samym dole drabiny społecznej. Jeśli i w naszym kraju ktoś jest na samym dole, to taka wizja może nie wydaje się zbyt straszna, jednak dla przeciętnego Kowalskiego lepsze warunki kariery i satysfakcjonującego życia mogą pojawić się we własnym kraju. Do tego czasu podejrzewam, że będziemy już wspierani dużymi przepływami obcych walut w tym Euro w ramach finansowania średniobogatych emerytów spędzających swoją starość w tańszym i bardziej spokojnym kraju, dla których prywatny dom w atrakcyjnym otoczeniu z pokojówką i opiekunką jest znacznie lepszą alternatywą, niż dom starców u siebie za te same pieniądze. Na zachodzie nie ma kultury bezpośredniej opieki dzieci nad rodzicami ani bezpośredniej pomocy dziadków przy wychowywaniu wnuków, więc nie ma to większego znaczenia, że będzie dzieliła ich odległość. Dodatkowo ich własne placówki wspierają się personelem z za granicy, więc dobrze kojarzona polska obsługa nie stanowi problemu. Polska może być zieloną wyspą dla zachodnich emerytów (oczywiście mam też na myśli kraje północne, czyli skandynawskie). Tym łatwiej będzie podjąć decyzję o przeprowadzce do Polski, jeśli ktoś z rodziny lub znajomych będzie odwiedzał, pracował lub robił interesy w Polsce, a przy takiej otwartości na zachodni kapitał przez ostatnie dwudziestolecie i atrakcyjnym ciągle rozwijającym się rynku liczba takich osób stale rośnie. Nie bez znaczenia mogą być też nasi emigranci, czyli Polonia sąsiadująca z potencjalnymi naszymi gośćmi, która bardzo szczegółowo uzmysłowi, jak nasz kraj już się rozwinął, szczególnie gdy sama będzie rozważała powrót.
Tak jak 3 lata temu abstrakcją wydawało się Trójmorze i tak wyraźne wsparcie polityczne i militarne USA w uniezależnianiu się Polski od sąsiadujących mocarstw, że sprowadzanie do Polski rakiet Patriot odbędzie się bez sprzeciwu Putina, tak teraz jeszcze wielu może wydawać się, że w Polsce nie ma perspektyw. Są, ale dość jeszcze odległe. Niemcy bardzo dbały o to, by nie rozwijać się specjalnie wolniej od nas. Teraz możliwe, że to nie my będziemy rosnąć w cieniu, a właśnie nasi sąsiedzi w cieniu wielkiego brata, który nam przepuści promyk nadziei. Wyjazd zagraniczny wydaje mi się sensowny tylko czasowy. Jeśli jedziemy ciężko popracować w skromnych warunkach maksymalnie na kilka lat i najlepiej z częstymi przerwami na spotkania rodzinne w kraju, to może to zaowocować bagażem doświadczeń i kapitału. Dłuższe wyjazdy stanowią ryzyko, że za bardzo się przyzwyczaimy do nowych warunków, odzwyczaimy od starych, i po prostu pożegnamy się na zawsze z krajem bez osiągnięcia większych korzyści. W końcu tam życie jest drogie, jeśli chce się utrzymać podobny standard, jak tutaj. Pozostanie dowartościowywanie się fotkami z wakacji i gadżetami, które u nas są luksusem, by odwrócić uwagę od braków i niedogodności, które w kraju były nieznane.
Tak więc zielona wyspa budowana dawno temu przez D. Tuska, jest teraz bardzo dobrą okazją, marką i strategią na budowanie pozytywnego wizerunku na świecie. Trzeba iść za ciosem i nie opierać się wyłącznie na reklamie D. Trumpa, która nie dotrze przecież do wszystkich. To może też być pewna okazja do wyciągnięcia, może nie ręki, a koła ratunkowego dla D. Tuska, który może stać się podobną legendą, jak Bolek, czyli znienawidzoną u nas przez wielu, ale cenioną na świecie. Tak jak D. Trump w Warszawie pokazał nam polityczne podejście do nawet ułomnych legend, zapraszając L. Wałęsę na przemówienie, tak my powinniśmy dla dobra nas wszystkich pamiętać o prawdzie, ale wykorzystywać każdą okazję od lansu, nawet Przewodniczącego Rady Europejskiej, tym bardziej że jest imiennikiem największego przywódcy świata. Wiem, że to może być trudne, dopóki stanowi realne zagrożenie powrotu do polskiej polityki. Tu już w tym głowa genialnego stratega, by zjeść ciastko i mieć ciastko.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)