Pytanie Igora Janke „Czy internet daje wolność, czy tylko jej ułudę?” w pierwszej chwili potraktowałem jako pieknoduchowską rozmowę o niczym. Spór z rodzaju tych o wyższości świąt Bożego Narodzenia nad Wielkanocą. Gdy jednak pojawiła się notka Freemana dotarło do mnie, że odpowiedz na to pytanie ma dramatycznie istotne znaczenie. Freeman postawił tezę: „Internet, komputery, telefony są neutralne same w sobie - jak książka, karabin, granat. To wszystko przedmioty, narzędzia nie nacechowane ani wolnościowo, ani antywolnościowo.” Tezę niebezpieczną, choć na pierwszy rzut oka aksjologicznie obojętną. Internet jest narzędziem, ale różniącym się od innych mediów w sposób fundamentalny. Gdy oglądamy „Purpurową różę z Kairu” Allena dostrzegamy różnice pomiędzy oglądaniem filmu a tym, że stajemy się jego częścią. Internet pozwolił nam widzom wejść w ekran. Nie znaczy to, że zastąpimy Mię Farrow, czy ją przyćmimy, mamy możliwość, jak z niej skorzystamy to inna sprawa. Ułudą może być jedynie przekonanie o równych szansach, bo zawsze i wszędzie jest jakiś administrator. Ale ten film pozwala nam być również reżyserem czyli stać się własnym administratorem.
Freeman stwierdza: „Użytkownicy Internetu, zwłaszcza ci namiętnie piszący na blogach, prowadzący strony społeczne i polityczne, dyskutujący na netowych forach mają o sobie i swojej działalności wyjątkowo dobre mniemanie. Mówiąc wprost - uważają się za persony wielce zaangażowane, mające wpływ na losy świata tego, a przynajmniej na losy swojej mniejszej lub większej lokalnej społeczności. Są w tym o wiele śmieszniejsi od dziennikarzy, którzy również "walczą" opisując, demaskując, ujawniając, piętnując, napominając, wyjaśniając maluczkim zawiłe mechanizmy świata.” Ten nieco przydługi cytat pokazuje niebezpieczeństwo prostych odpowiedzi. Chciałoby się zapytać, jeśli my piszący na blogach na równi z dziennikarzami jesteśmy śmieszni, to jaka jest ta „poważna” propozycja, kto ma zadawać pytania, konstruować odpowiedzi, spierać się. Jaka jest ta „poważna” „nieśmieszna” część debaty która ma „walczyć”?
To internet pozwala Freemanowi głosić swoje poglądy docierając do w zasadzie nieograniczonego kręgu odbiorców. Mieszkam na osiedlu na którym przy użyciu internetu dyskutujemy o źle zaparkowanych samochodach, śmieciach i przeciekających garażach. O wspólnych wystąpieniach do dewelopera i firmy budowlanej. Może to i śmieszne. Ale chyba tylko dla kogoś kto internet porównuje do samochodu.
Internet nie ma sam w sobie cech wartościujących, ale też poprzez swoje możliwości nie jest w stosunku do nich obojętny. Chociażby przez to, że zawsze znajdzie się ktoś kto największy nawet autorytet skrytykuje i zetrze uśmieszek samozadowolenia. I przez to, że z natury nie pozwala a przynajmniej mocno utrudnia cenzurę.
Teza Freemana jest niebezpieczna bo traktując Internet jak każde inne narzędzie przyzwala na traktowanie go tak jak pozostałe. Może koncesje? Może Rada Etyki Internetu? Może Krajowa Rada Internetu i Mediów Społecznościowych? Postponowanie zaangażowania w blogi czy media społecznościowe jest tak naprawdę lekceważeniem nawet nie dziesiątków ale tysięcy lat naszej cywilizacji. Dlaczego znamy idee Arystotelesa? Bo on i jego otocznie nie uznało dystrybucji idei za rzecz śmieszną i nieistotną. Na szczęście nie było wtedy Freemana który by im wyjaśnił, iż niepotrzebnie „wyjaśniają maluczkim zawiłe mechanizmy świata”.
Internet jest tak wolny jak wolni są jego użytkownicy, wolność to nie tylko możliwość pisania, głoszenia poglądów i idei. To przede wszystkim wiara że dzięki temu możemy coś zmienić, wpłynąć na bieg zdarzeń, na osiedlu, w kraju i świecie. Dzięki Internetowi ludzi, którzy w to wierzą jest coraz więcej, również dlatego, że wiedzą, że nie są sami.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)