Jerry.from.lublin Jerry.from.lublin
604
BLOG

Wróg nasz powszedni

Jerry.from.lublin Jerry.from.lublin Rozmaitości Obserwuj notkę 8



Poprzednia notka traktowała o potrzebie której nie odczuwamy ale która została nam skutecznie zaszczepiona http://jerry.from.lublin.salon24.pl/489670,tesknie-za-toba-prusaku dzisiejsza jest o znacznie poważniejszej sprawie a mianowicie o wrogu.

Bardzo rzadko można poczytać o wrogu, nie jakimś konkretnym, nie o tym gościu co to ciągle parkuje na moim miejscu albo o Stefanie który nic nie umie ale za to jeździ na nartach i tym podlizuje się szefowi. Tylko o wrogu który pojawia się gdy jest taka potrzeba i tylko wskutek przypadku i koincydencji czasowo - przestrzennej ma tę a nie inną twarz.

Wróg jak to wróg, zasługuje tylko na wrogość i pogardliwe spojrzenie. Oczywiście tylko w czasie pokoju. W czasie wojny należy wdeptać go w mokrą ziemie, ograbić a następnie nadziać jego głowę na kij żeby inni wiedzieli co z nimi będzie jak z nami zadrą. Z każdym kolejnym wrogiem robimy tak samo, aż trafimy na silniejszego a wtedy możemy w końcu rozpocząć negocjacje o pokoju. Jak się uda czekamy aż się osłabi by go wdeptać w ziemię i skrócić a jak się nie uda to nasza głowa będzie straszyć przed miejską bramą. W takiej sytuacji pokój jest lepszy. Znacznie lepszy. W zamian możemy oddać jakąś prowincje albo córkę. Lepsza jest córka. Po pierwsze wychodzi taniej a po drugie jeśli jest podobna do matki to sku…syn będzie miał za swoje.

Wszystkie mądre księgi o wojnach, wrogach i pokoju o tym właśnie mówią. Oczywiście nie przeczytałem wszystkich mądrych ksiąg o wojnach, wrogach i pokoju, mało tego chyba nie przeczytałem żadnej o ile nie liczy się „Wojna i Pokój”. Ale wierzcie tak właśnie jest, a jeśli ktoś zaraz powie, że Shi Tzu albo gen. von Klinkenchofer wcale tak nie napisał tylko znacznie mądrzej to może sobie pójść bo nic nie zrozumiał. No ale wracajmy do wrogów. Na pierwszy rzut oka wróg nie pojawia się nagle tylko jest dziełem długiego procesu w którym kiełkuje niczym drzewo, najpierw jest mała sadzonka, potem wypuszcza listki a na końcu by sobie z nim poradzić musimy ruszyć z toporem. Oczywiście to nieprawda.

Kiedy w odległej historii w naszej wiosce padła koza, był to dramat dla właściciela. Nagle jego status społeczny przeżywał wstrząs. Jeśli miał więcej niż jedną kozę nie było problemu, po prostu musiał witać się pierwszy z właścicielami trzech, czterech czy pięciu kóz. Dzieci musiały się przyzwyczaić do smaku pokrzywy a żona na jakiś czas traciła parę koleżanek. Jeśli padła jedyna koza nie był to wstrząs tylko upadek porównywalny ze zwolnieniem z Lehman Brothers. Właściwie w życiu człowieka nie mogło zdarzyć się nic gorszego. Żonę można było ostatecznie porwać albo przekonać zdolnościami garncarskimi ale koza to była naprawdę poważna sprawa.

Jeśli jednak w wiosce padły równocześnie dwie kozy sprawa była najwyższej wagi. To był problem całej wioski. Oczywiste jest, że plemię znad Czarnego Stawu nigdy nam dobrze nie życzyło. Najstarsi dziadowie wspominali, że w odległych czasach gdy lasy pełne były jeleni olbrzymich a mamuty nie biegały tak szybko jak teraz, ci znad stawu polowali na naszych terenach a potem sikali do rzeki powyżej wioski żebyśmy pili żółtą wodę. No i porywali nasze kobiety. My też porywaliśmy ich kobiety ale to było coś zupełnie innego. Jednak dwie kozy to przekroczenie granicy wytrzymałości. To powód do wojny.

Kto był najbardziej zainteresowany wrogiem znad Czarnego Stawu, właściciele kóz? Żony i córki? Jak już powiedzieliśmy dość łatwo było je pozyskać. Więc kto? A szaman? Nikt o nim nie pomyślał? Bo tak na poważnie to jakiś wioskowy mędrek mógłby w końcu zadać pytanie „a po …. nam szaman co nawet dwóch kóz nie potrafi upilnować”. Bycie szamanem to naprawdę niezłe zajęcie, w każdych czasach. Nie trzeba biegać za mamutem co było niebezpieczne, nie trzeba wyciągać pędraków spod kory na oczach tygrysów szablozębnych. Tylko od czasu do czasu z rozrzuconych kości kosa odczytać przyszłość albo deszcz. W klimacie umiarkowanym nie było to obarczone wielkim ryzykiem. A tu nagle taki zgrzyt. Obarczyć szamana winą było łatwo chyba, że skutecznie wskazał sprawcę, no bo co taki nasz szaman mógł poradzić jak na życie naszych kóz dybało całe plemię znad Czarnego Stawu. Nie był może kryształowy, zachadzał nocą do tej chromej Brudelli, wyjadał najtłustsze kawałki tapira ale z drugiej strony zawsze po jego przepowiedni padał deszcz tydzień czy dwa później ale padał.

Wróg nigdy nie pojawia się bo sobie na to zasłużył. Zawsze jest dziełem potrzeby, po to by zachować władzę albo zarobić pieniądze. Wroga oczywiście znajdowano nie po to by ograbić skarbiec ale po to by wyzwolić od zawsze nasze ziemie które bezprawnie i bezbożnie wykorzystuje nasz wróg. Żaden król nie mówił „a teraz napadniemy na Brulację by grabić skarbce, gwałcić kobiety i porywać konie czy tam odwrotnie drodzy Maurowie” zawsze mówił „Brulacja cierpi, a moi kochani poddani gną się pod jarzmem i butem tego bezbożnika Deodoryka. Wyzwólmy ich, a jeśli będą tam skarbce, kobiety i konie to przy okazji…” Wróg zawsze był odpowiedzią na problemy wewnętrzne, był i jest. Ktoś przytomnie zapyta „a jaka to różnica, skąd ten wróg się bierze skoro i tak koniec końców kończy się to rzezią”, no właśnie dlatego by wiedzieć, że rzeź służy temu kto ma z tego korzyść. I wcale nie jest to wzburzony naród który tak ochoczo szykował się do wojny, bo ci wstrętni Brulańczycy zajęli graniczną wyspę.

W każdych czasach wroga znajduje szaman. Wybiera go starannie i hoduje by we właściwym momencie móc go użyć. Szamani naszych czasów są oczywiście uzbrojeni w doświadczenie i środki masowego przekazu, skutecznie tworzą tak przez nich lubianą narrację dzięki której ludzie nienawidzą wrogów choć nie bardzo wiedzą z jakiego powodu. Gładko z tym idzie bo ludzie zagonieni do codziennej walki o przetrwanie kupują wiedzę o wrogu tak samo łatwo jak toster. Przez te wszystkie tysiąclecia nic się nie zmieniło, tylko my świadkowie historii jesteśmy głupsi i bardziej łatwowierni. W tamtej wiosce mógł się znaleźć głupek który wygarnąłby szamanowi dzisiaj nawet profesor uniwersytetu bałby się otworzyć buzię.





Blog niniejszy od pewnego czasu zmienił formułę, gdy zaczynałem go pisać chciałem być jak nie przymierzając Cezary Krysztopa albo Wszołek. Chciałem smagać leniwe umysły świeżą i głęboką myślą polityczną po której czytelnicy mieli zamierać z wrażenia. Niestety pokłady politycznej głębokości okazały się kałużą z której całość można wychlapać łyżeczką do kawy. A ja wracając do starych tekstów czułem zażenowanie i smutek. Potrzebowałem kilku miesięcy żeby zrozumieć że pisanie (o ile się na nim nie zarabia) nie może być ciężką orką, a pisać można co się chce i kiedy się chce dla przyjemności nie zważając na aktualne zdarzania, liczbę kliknięć i oceny. I tak zostałem wolnym blogerem oczywiście w granicach rozsądku. To tyle, teksty na tym blogu będą się ukazywały lub nie, systematycznie lub nie i co najważniejsze będą traktowały o ważkich kwestiach lub nie.


Tu o najlepszym wg mnie blogerze Salonu i nie tylko, o zemdlonym Monecie oraz o tym kto pisze najsłabiej i dlaczego jest to Libicki:
http://jerry.from.lublin.salon24.pl/488715,najlepszy-bloger-s24-to

Tu o Prusakach (właściwie to Prusach) za którymi nikt nie tęskni choć nie wiadomo dlaczego, o św. Wojciechu który ma to na co sobie zasłużył oraz dlaczego dwunastu najmądrzejszych z Izraela powinno się spotkać z inżynierami z firmy Sony:
http://jerry.from.lublin.salon24.pl/489670,tesknie-za-toba-prusaku
 

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Rozmaitości