0 obserwujących
330 notek
416k odsłon
  8093   0

Dla mnie Duda

 

”Jeśli się nic nie wydarzy”. Uwzględniając tę formułę możemy przewidzieć, że – po jednej turze, albo po dwóch -prezydentem pozostanie Bronisław Komorowski. Że w wyborach parlamentarnych PO i PIS otrzymają porównywalne poparcie. Przy czym PIS może mieć nawet nieco więcej głosów niż Platforma. Byłby to znaczący sukces wizerunkowy PIS, ale raczej nie zmieniłby władzy w Polsce. Być może koalicja lekko osłabionej Platformy i utrzymującego swoją pozycję PSL powiększyłaby się o słabe SLD. Byłby to również pretekst do wściekłej kampanii - największej polskiej partii postkomuniści nie dopuszczają do władzy ! Czyli reakcja podobna do endeckiej kampanii po wyborze prezydenta Narutowicza.

 

Dlaczego nie PIS ?

 

Dwie pod rząd pełne kadencje rządów jednej partii, to jak na III RP wielkie wydarzenie. A tu się zanosi na trzecią.  Zapewne nie byłoby źle dla kraju i dla samej tej partii, gdyby ją teraz zamienić. Ale na jaką i dlaczego nie na partię Jarosława Kaczyńskiego ? Dlaczego mocno zróżnicowana i nawet skłócona  większość nie chce dopuścić tej akurat partii do władzy?

 

Mówimy o partiach liczących się. PIS oczywiście do nich się zalicza, tak jak Platforma, SLD i PSL. I na tym koniec. Pomysłowość i osobowość liderów to zdecydowanie za mało. Żeby liczyć się dla znaczącej ilości wyborców, w drugim ćwierćwieczu III RP, partia musi mieć kapitał polityczny, czyli dostrzegalną zdolność rządzenia, na którą składa się kilka elementów. Zauważalność i pewna stabilność, której nie mają twory-efemerydy Korwina czy  Palikota. Doświadczenie w ”pracy państwowej” mówiąc językiem II RP, czyli ludzie którzy już zajmowali stanowiska w państwie i o których wiadomo, że lepiej czy nawet gorzej, ale jakoś sobie z tym radzą. Wskazana jest w miarę stabilna linia polityczna. I pewien stały elektorat, pozwalający na w miarę pewne przekraczanie progu wyborczego.

 

W dojrzałych demokracjach zestaw takich partii składa się na mainstream, funkcjonujący według parlamentarnych reguł gry. Przeważnie dają się w nim wyróżnić dwie główne siły o zbliżonym potencjale i walczące o nieliczne ale decydujące głosy niestałego w swych przekonaniach centrum. To je upodabnia do siebie. Powtarzam i będę powtarzał; dla mnie ilustracją tego było spotkanie w ”Gazecie Wyborczej” z Angelą Merkel, która dopiero miała zostać kanclerzem. Pod rządami SPD przeciętny Niemiec miał na rękę pięćdziesiąt eurocentów z wypracowanego przez siebie euro, a ona by chciała, by zatrzymywał sześćdziesiąt. To wszystko ! I nie dodała, że to socjaldemokratyczny kanclerz Schroeder już był rozpoczął ograniczanie państwa socjalnego w ramach programu: Agenda 2010.

 

Mniejsze ugrupowania z głównego nurtu muszą zwracać na siebie uwagę i być nieco bardziej wyraziste. Lecz tylko nieco, bo muszą mieć wizerunek pozwalający na tworzenie koalicji z tymi większymi, którym często brakuje głosów do samodzielnego rządzenia.

 

W ramach takiego układu może  następować zmiana stosunku sił. Klasyczny przykład to Wielka Brytania, w której partia liberałów, wighs, z równorzędnego partnera i konkurenta  partii konserwatywnej, torysów,  stała się  języczkiem u wagi, ustępując miejsca labourzystom. Zeszło na to kilka  pokoleń i wiele kadencji Na ogół bowiem odbywa się to stopniowo.

                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                

Rządzący mainstream jest narażony na ataki wszelakiej maści radykałów. Tych uparcie radykalnych, sięgających po przemoc system zwalcza. Innych toleruje, lecz izoluje od władzy. Jeśli jednak rosną oni w siłę, układ władzy ich adaptuje w zamian za akceptację przez nich reguł gry. Tu klasyczny przykład to niemieccy zieloni, kiedyś zbuntowana pozaparlamentarna opozycja, a potem mieli już swego wicekanclerza i ministra spraw zagranicznych. Coś podobnego może nastąpić we Francji, gdzie rosną w siłę narodowcy dynastii Le Pen. A w powojennych Włoszech silna była Partito Comunista Italiano  jak i neofaszystowski Movimento Sociale Italiano - i przez dekady chadecy i socjaldemokraci nie dopuszczali do władzy jednych i drugich. Obecnie, w innej sytuacji politycznej, współrządzący postkomuniści i postfaszyści  mieszczą się w demokratycznych regułach, z których wszak korzystają.

 

Jeśli się opanuje emocje, to można dojść do wniosku, że podobna może – tylko może, ale nie musi - być przyszłość Prawa i Sprawiedliwości. Musiałaby ona spełnić tylko jeden warunek; zmienić prezesa.

 

W roku 2005 kiedy PIS zdobył i rząd i prezydenturę należałem do niezadowolonych z takiego obrotu sprawy, ale nie przewidywałem większej biedy. Mieliśmy już za  sobą w ciągu piętnastu lat III RP rządy de facto Solidarności, SLD z PSL, AWS z UW, znowu SLD z PSL i wszystkie one funkcjonowały w ramach demokratycznego państwa prawa. Sporo jeszcze brakowało temu państwu do dojrzałości, lecz podstawowe zasady były przestrzegane. Z grubsza można było polegać na tym, że białe jest białe, a  czarne - czarne.  Nie było podstaw by sądzić, że Czwarta RP Prawa i Sprawiedliwości – pomijam przejściowe oczekiwania na PO-PIS – będzie się zasadniczo różniła od Trzeciej. Nastąpiło jednak zasadnicze przegrupowanie na scenie politycznej, któremu nie przydano wówczas należytego znaczenia.

Lubię to! Skomentuj114 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale