karmaniola karmaniola
60
BLOG

Pan Artur Bazak, czyli na lewo było wzgórze

karmaniola karmaniola Polityka Obserwuj notkę 7

Pan Artur Bazak w swoim tekście Grypy nie leczy się dżumą, czyli o. Rydzyk i jego wrogowie unaocznia nam w dość wyrazisty sposób, za pomocą własnych refleksji i cytatów z Makowskiego czy Gowina, że Kościół w Polsce powinien szukać nowej formuły komunikowania się z wiernymi, ponieważ dotychczasowe, czyli te wypracowane jeszcze w latach komunistycznych, zdezaktualizowały się, a obecne są wogóle nie do przyjęcia, bo ich rozpiętość waha się między lewicowością, a skrajnym fundamentalizmem katolickim, jak określają postawę ojca Rydzyka niektórzy intelektualiści,

Ogólna myśl, jaka wyłania się z tekstu pana Bazaka jest oczywiście słuszna i zgodna z rolą, jaka Kościołowi została przypisana i jaką wypełniać powinien. Chodzi oczywiście o ewangelizację.

Trzeba jednak zaznaczyć, że pan Bazak popełnia jeden logiczny błąd. Otóż twierdząc, że Kościół potrzebuje nowej formuły, równocześnie porównuje obecną sytuację do sytuacji Kościoła kard. Wyszyńskiego, czy kard. Wojtyły. Błąd pana Bazaka polega tu na tym, że tych dwóch Kościołów nijak porównać się nie da. Bo jeśli trzydzieści, czterdzieści lat temu struktury kościelne miały wymiar pionowy, czyli głową był prymas i to on dzierżył buławę swojego niezaprzeczalnego autorytetu, dzięki któremu miał legitymację do wyrażania woli ludu, to współcześnie - proszę wybaczyć porównanie - stworzyły się w Kościele, na podobieństwo PZPR w latach osiemdziesiątych, tzw. struktury poziome. Mało tego: o ile wcześniej autorytet kościoła był niezaprzeczalny i niedyskutowalny z tego względu, że pomimo braku demokracji w nim samym, pomimo hierarchicznego układu zależności, był on strukturą jednolitą, nie tylko formalnie ale i ideologicznie, o tyle dziś, kiedy w symboliczne mury kościoła wdarła się demokracja, stracił on ów monolityczny wymiar.

Pisząc o tym wszystkim daleka jestem od negowania sensowności tego, co nazywamy, demokratyzacją życia kościelnego. Uważam wręcz, że jest to nie tylko nieunikniony, ale też i bardzo potrzebny proces. Chodzi jednak o to, że jeśli ten proces już się rozpoczął, to wszelkie analizy dotyczące działalności społecznej Kościoła nie mogą być przeprowadzane takimi metodami, jak by nic się w nim od trzydziestu lat nie zmieniło. A tak właśnie czyni pan Bazak. Myślę, że podświadomie zdaje sobie on ze swojego metodologicznego błędu sprawę, bo wspomina w pewnym momencie o tym, że „podział na politykę i metapolitykę, jest raczej intelektualną pułapką, w którą wpadają hierarchowie, próbując przełożyć nauczanie soborowe na praktykę życia codziennego".

Osobiście naprawę Kościoła, jeśli oczywiście uznać, że wymaga on takowej, rozpoczęłabym od przedefiniowania roli parafii, jako wspólnoty eucharystycznej, co dość dokładnie opisałam w tekście pt. Internet - moja parafia

Drugą polemiką, oprócz samej metody spojrzenia na sprawy kościoła, jaką chciałabym podjąć z poglądami pana Bazaka, jest jego wizja rozwarstwienia, jakiego udziałem stał się współczesny Kościół. Przede wszystkim pan Bazak widzi go w trzech płaszczyznach: pierwsza - płaszczyzna moherowa, druga - płaszczyzna inteligencji katolickiej, czyli tzw. ugodowa, i trzecia - płaszczyzna lewicowa. Problem polega tu na tym, że taka wizja kościoła sprowadza go do bycia lustrem, czy inaczej mówiąc medium, w którym można umieścić konkretne idee. To zaś automatycznie sprawia, że kościół przestaje być instancją samodzielną, która powinna nie tyle być nośnikiem idei społecznych, ile ich twórcą. Nie powinna być lustrem, ale tym, co w lustrze się odbija. Ja wiem, że to trochę utopijna myśl, bo zakłada ona wyjście z tego zaklętego kręgu miotania się między księdzem Bonieckim, a ojcem Rydzykiem, a tym samym wyjść poza społeczne tu i teraz. Jeżeli jednak założyć, że Kościół tak naprawdę, nie potrzebuje do wypełniania swojego podstawowego celu, a mianowicie do ewangelizacji, żadnych innych czynników społecznych, poza swoimi wiernymi, może byłaby możliwa dyskusja ponad głowami.

Ostatnią rzeczą, o której chciałam napisać jest fakt, że podczas czytania tekstu pana Bazaka, przypomniał mi się wiersz Herberta o ścieżce. Idąc nią w pewnym momencie miało się możliwość skręcenia w prawo albo w lewo:

 

Na prawo było źródło

jeśli wybrać źródło szło się po stopniach mroku
w coraz głębszą ciemność wiódł na oślep dotyk
do matki elementów którą uczcił Tales
by w końcu pojednać się z wilgotnym sercem rzeczy
z ciemnym ziarnem przyczyny

Na lewo było wzgórze

dawało ono spokój i pogląd ogólny
granice lasu jego ciemna masę
bez poszczególnych liści pnia poziomki
kojącej wiedzy ze las jest jednym z wielu lasów

 

Mnie się wydaje, że pan Artur Bazak patrząc na Kościół, wspina się jedynie na wzgórze, a zapomina o źródle. Pan Bazak mówi o katolicyzmie otwartym, o lewicowości, fundamentalizmie, czyli o tym co sprawia, że Kościół staje się wspomnianym już przeze mnie lustrem, a ja dyskusje zaczęłabym od parafii, od przedefiniowania jej miejsca w katolickiej społeczności. Bo jeśli tej parafii, rozumianej jako jednorodny, eucharystyczny związek poszczególnych ludzi z danej wspólnoty, nie będzie, to wszelkie „Więzi", „Znaki", „Naszedzienniki" i „Tygodnikipowszechne", i - proszę się nie obrażać - „Gościeniedzielne", oraz dyskusje prowadzone na ich łamach, będą psu na budę.

karmaniola
O mnie karmaniola

;

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (7)

Inne tematy w dziale Polityka