karmaniola karmaniola
133
BLOG

Gazeta Wyborcza - próba podsumowania

karmaniola karmaniola Polityka Obserwuj notkę 43

motto: 

Bardzo nam potrzeba nie przyzwyczajonych. Bo przyzwyczajać się, to znaczy uznać, a uznać głupstwo, to znaczy zgłupieć do reszty.

 [fragment felietonu A. Słonimskiego pt. Przyzwyczajenie]  

 

Sztandarowy produkt Agory – Gazeta Wyborcza, to na polskiej scenie medialnej twór wyjątkowy z kilku powodów. Dość wymienić, że jest największą codzienną gazetą, a jej czytelnicy to dość spore grono wykształconych, a przy tym inteligentnych ludzi, co jak wiemy nie zawsze idzie w parze, dla których Wyborcza była, jest i prawdopodobnie nadal będzie najbardziej obiektywnym i wiarygodnym medium, funkcjonującym na polskim rynku.

 

Tyle faktów. Mało? Może i mało ale na potrzeby tego tekstu wystarczy, bo też i w założeniu ma on być jedynie sugestią, hipotezą, za pomocą której postaram się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego to właśnie GW, a nie inne medium, przez całe lata dziewięćdziesiąte kreowała i wyznaczała trendy oraz sposoby myślenia zarówno o polityce jak i społeczeństwie.

 

Nie odkryję niczego nowego jeżeli stwierdzę, że początki Wyborczej ściśle związane są z sytuacją polityczną, w jakiej znalazła się Polska na przełomie lat 80 i 90 XX wieku. Wyjątkowy i nieznany do tamtego czasu proces pokojowego przechodzenia od systemu totalitarnego do upragnionego kapitalizmu, wywołał w społeczeństwie wielkie emocje, które wymagały skanalizowania i usystematyzowania. Społeczeństwo bowiem, a w szczególności ta szara bezimienna masa ludzi, która na niespotykaną dotąd skalę połączyła się w imię szeroko pojętych haseł wolności, tolerancji, poszanowania godności ludzkiej, wymagała zagospodarowania ideologicznego. Nie chciałbym tu być posądzony o jakiś egalitaryzm, bo starając się oglądać rzeczy i zjawiska nie takimi jakimi mi się one wydają lub takimi jakimi chciałbym aby były, lecz takimi jakie one są, muszę stwierdzić, że wspomniane społeczeństwo nie zdawało sobie sprawy, bo i zdawać sobie nie mogło, że wolność sprawiedliwość i godność, to są tylko hasła i te hasła można różnie rozumieć. I aby uzyskać prawdziwą wolność trzeba dopuścić do głosu, do równorzędnego dialogu wszystkie te sposoby jej wyrażania, które nie zostały skompromitowane. Błędem więc było to, że po 1990 roku w dyskursie medialnym uczestniczyli tylko i wyłącznie ludzie o poglądach lewicowych, szczególnie ci, którzy w latach 70 i 80 związani byli z tzw. lewicową opozycją demokratyczną, reprezentowaną głównie przez środowisko KOR-u. O ile jednak ten fakt można uznać za błąd, wypaczenie, o tyle na ironię, a nawet na kpinę z zdrowego rozsądku zakrawa fakt, że do dyskusji o wspomnianych wyznacznikach demokracji dopuszczono ludzi legitymizujących poprzedni, skompromitowany system.

 

Tyle wstępu. Teraz pora rozwinąć wątek sytuacji politycznej, która wpłynęła na to, że to właśnie Wyborcza, a nie inna gazeta, stała się demiurgiem społecznej świadomości politycznej. Otóż dla nikogo nie jest tajemnicą, że do takiej roli z powodzeniem pretendować mógł popularny w tamtych czasach, a dziś ledwie wiążący koniec z końcem Tygodnik Solidarność.

 

GW, której pojawienie się na rynku wynegocjowane zostało w obradach okrągłostołowych, w początkowych założeniach miała być jedynie organem Komitetu Obywatelskiego i ukazywać się wyłącznie do czasu wyborów. Z tego faktu wypływa też pierwsza różnica między Tysolem, a Wyborczą, bo jeśli ten pierwszy dalej pozostał organem związku zawodowego, to pismo Michnika stało się tubą ruchu, który firmowany był przez niezaprzeczalny autorytet tamtych czasów, mianowicie Lecha Wałęsę. Tajemnicą poliszynela jest również fakt, że Wałęsa, niedługo po namaszczeniu Michnika na szefa pisma, chciał mu owo szefostwo odebrać. Adam Michnik miał jednak na tyle mocną pozycję i wystarczające zaplecze intelektualne, że w niedługim czasie się od Wałęsy uniezależnił.

 

Można w tym momencie pokusić się o sformułowanie pewnej tezy dotyczącej jednej z przyczyn sukcesu, jaki odniosło dzieło Adama Michnika. Otóż jest nią poparcie Lecha Wałęsy, niezaprzeczalnego wodza narodu i wskazanie Wyborczej jako pierwszego, legalnego i w pełni niezależnego od komunistów pisma. Idąc dalej tym tokiem rozumowania można spokojnie pokusić się o tezę, że na sukces Wyborczej wpłynęła legenda wszystkich drugoobiegowych druków i że jej popularność wynikała bezpośrednio z ogólnej dostępności powiązanej z przyciągającym do niej mitem czasopisma niezależnego, z tym, że owa niezależność tożsama była z nielegalnością.

 

Trzeba tu przyznać, że po 1989 roku, oprócz Wyborczej, jedno tylko czasopismo zdobyło popularność dzięki wspomnianemu mitowi niezależności. Jest to, jak sami Państwo się pewnie domyślacie, „Nasz Dziennik”, który paradoksalnie swój mit oparł na sprzeciwie wobec polityki Gazety.

 

Drugą rzeczą, a raczej zjawiskiem, które wpłynęło na to, iż GW stała się przekonaniu wielu ludzi wyrocznią moralną i probierzem demokratyzacji kraju, jest wspomniany już i zafałszowany, bo jednostronny dyskurs medialny. Aby jednak oddać „fałszerzom” sprawiedliwość, trzeba napomknąć, że niedopuszczanie do obiegu społecznego dialogu koncepcji prawicowych, konserwatywnych, czy też narodowych, nie wynikało ze złych intencji, lecz miało, według środowiska Gazety, realne uzasadnienie, które obszernie i jasno przedstawił Dariusz Gawin w tekście Marzec 1968 - potęga mitu.

 

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że mojej tezie zafałszowywania, a lepiej powiedzieć przemilczania, można zarzucić pewną nieścisłość, bo przecież nikt nie bronił osobom o poglądach innych niż lewicowe, zakładać gazet, czy telewizji. Otóż muszę powiedzieć, że taki argument, choć z pozoru wydaję się sensowny i racjonalny, jest tak naprawdę z gruntu błędny. Przede wszystkim nie uwzględnia on bowiem tego, o czym pisałem wcześniej, a mianowicie legendy, mitu Gazety Wyborczej, jako pierwszego, niezależnego od komunistycznej władzy pisma. Dalej idąc tym tropem, można wysnuć wniosek, że to właśnie GW, wiedząc, że okoliczności, w których powstała dają jej wielką siłę rażenia, a  co za tym idzie nakładają na nią ogromną odpowiedzialność, nie spełniła swojej roli w politycznym kształceniu i uświadamianiu polaków. Można powiedzieć, że GW nie dopuściła do rzeczywistej dyskusji, dotyczącej politycznego, ideologicznego, czy społecznego kształtu wolnej Polski.

 

Na marginesie warto w tym momencie wspomnieć, że o ile twórcy sztandarowego medium Agory nie dopuszczali na swe łamy ogólnie rozumianej prawicy, mając na uwadze źle pojęte dobro Polski (vide: wspomniany tekst D. Gawina), o tyle jej dostęp do innego rodzaju mediów (telewizja, radio) był praktycznie niemożliwy, bo zdominowany przez postkomunistyczne służby. Jeżeli więc Gazecie można zarzucić jedynie grzech zaniechania, to wspomniana dominacja służb, mało ma wspólnego z ogólnie przyjętymi zasadami demokracji, czy wręcz zwykłej przyzwoitości. Dopiero ogólnie dostępny internet pozwolił ludziom prawicy na równorzędną polemikę i przedstawienie swoich racji, na dotarcie do szerszych warstw społeczeństwa. I dopiero wtedy okazało się, że prawica to nie skrajnie nacjonalistyczne ugrupowania spod znaku Tejkowskiego, lecz przede wszystkim warta uwagi myśl, dotycząca tego, jak ma wyglądać Polska.

 

Wracając jednak do wspomnianego grzechu zaniechania, warto się przyjrzeć jego skutkom. Aby je unaocznić posłużę się dość prostym porównaniem polskiego społeczeństwa do noworodka. Dla potrzeb tego porównania przyjmę również, że  Polska urodziła się w 1989 roku. I jak każdy noworodek, co jest rzeczą oczywistą, nie umiała ani mówić, ani czytać, ani pisać. I jeżeli w przypadku człowieka nauka ta odbywa się w rodzinnym domu, w szkole, wśród rówieśników, to w przypadku społeczeństwa rolę nauczyciela przejmują tzw. opiniotwórcze media. W przypadku Polski, naukę tego czym jest demokracja, sprawiedliwość, równość, przejęła właśnie Gazeta Wyborcza, kształtując tym samym sposób mówienia i wyobrażenia tego, czym jest wspomniana demokracja. A że był to język świadomie zafałszowany, bo ograniczony do jednej tylko, lewicowej konwencji, to chyba udowodniłem w poprzednich akapitach. Nie byłoby oczywiście problemu, gdyby nie fakt, że takiego właśnie, „Gazetowego” języka nauczyła się tzw. inteligencja. Mało tego: ona ten język uznała za swój, uznała za jedynie prawdziwy. Jest to oczywiście swoisty fenomen polskiej inteligencji, ale trzeba też stwierdzić, że w powojennej historii nie jedyny taki przypadek. Wystarczy sobie przecież przypomnieć „Zniewolony umysł” Czesława Miłosza, gdzie mamy do czynienia z analizą podobnego zjawiska.

 

Kolejną rzeczą, której nie sposób pominąć, pisząc o Wyborczej, jest kwestia zbudowania przez nią – nazwijmy to – zaplecza intelektualnego. Chodzi tu konkretnie o pewne osoby, tzw. autorytety, które bezpośrednio z Gazetą nie związane, niejako ją uwiarygodniają. Nie będę tu wymieniał konkretnych nazwisk, bo nie w tym rzecz. Chodzi o samą zasadę.

 

Otóż, jak chyba wszystkim wiadomo, każdy kraj, każde państwo, każda społeczność, posiada pewien kanon prawd uniwersalnych, zasad postępowania, których uosobieniem są konkretni ludzie, przeważnie członkowie danej społeczności. Nie będzie nietaktem, jeżeli powiem, że zdrowym objawem jest, jeśli owym uosobieniem są ci, którzy już nie żyją, i których życie obrosło mitem. W przypadku Gazety, trzeba powiedzieć, że wykreowała ona wielu spośród żyjących na takie właśnie nieomylne autorytety. Mało tego: powoływanie się na nich, ich zdanie ma zaś znamiona sądu kategorycznego, z którym nie tyle nie wolno, ile nie wypada polemizować. Nie byłoby w tym nic groźnego, gdyby nie fakt, że owe autorytety są w pewnym sensie zależne od GW. Bo jeśli zaczną one głosić poglądy niezgodne z linią polityczną pisma Agory, mogą zostać zdetronizowani. Przestaną być autorytetami.

 

W tym momencie pozwolicie Państwo, że sprzeniewierzę się temu co wcześniej napisałem i przytoczę jedno nazwisko. Oto bowiem Rafał Ziemkiewicz w książce pt. „Michnikowszczyzna” opisuje pewną przedziwną, ale i symptomatyczną dla poruszonego przeze mnie zagadnienia Gazetowych autorytetów, historię. Rzecz dotyczy księdza Jankowskiego, a konkretnie jego prywatnej biblioteki, w której znajdują się ponoć książki Adama Michnika z dedykacją autora, która, jakkolwiek lakonicznie, brzmi jakoś tak: „Dla mojego mistrza i nauczyciela”. Mało tego: w latach osiemdziesiątych Wojciech Jaruzelski mówił o księdzu Jankowskim mniej więcej w takim tonie: ksiądz, który udostępnia swoją mównicę w kościele św. Brygidy temu żydkowi (czyli Adamowi Michnikowi – przyp. moja). I czy nie jest paradoksem, że po dwudziestu latach pismo, którego redaktorem jest właśnie Adam Michnik, oskarżą księdza Jankowskiego o antysemityzm, a Wojciecha Jaruzelskiego przedstawia jako bohatera narodowego?

 

Na zakończenie wypada stwierdzić, że Gazeta dawno już przestała być postrzegana jako ta mityczna – pierwsza – niezależna. Nawet jeśli ogląda się zdjęcia Adama Michnika, gdy siedząc przy jakiejś osiedlowej piaskownicy omawia z przyjaciółmi kolejny, trzeci, czy czwarty numer pisma, bez właściwego komentarza nie sposób skojarzyć tej fotografii z redakcją ogromnego, ogólnopolskiego produktu medialnym. Gazeta, wchodząc w dorosłość, wykształciła nowe pokolenie trzydziestoparoletnich inteligentów, którzy mówią jej językiem. I im nie kojarzy się ona z romantycznymi początkami przy osiedlowej piaskownicy, ale z profesjonalizmem. Bo gazeta, to dziś przede wszystkim wielki koncern medialno – biznesowy, który wciąż posiada rząd dusz. Pytanie tylko, czy kolejne pokolenia, dla których Wyborcza będzie tylko w pełni profesjonalnym produktem medialnym, też będą jej wyznawcami, tak jak ci, dla których ta największa w Polsce gazeta byłą ową pierwszą niezależną? Odpowiedź na to, być może złudną, dają wpisy na forum salonu24.

 

karmaniola
O mnie karmaniola

;

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (43)

Inne tematy w dziale Polityka