Napisałem kiedyś tekst:
http://karmaniola.salon24.pl/18341,index.html
Dziś chciałbym Państwu przedstawić drugą wersję tego tekstu.
W toczących się współcześnie na łonie KK dyskusjach, dotyczących jego miejsca w społeczeństwie, czy też próbujących wyjaśnić w sposób teologiczny funkcję oraz rolę nauki Chrystusa w dzisiejszym świecie, zapomina się moim zdaniem o jednej rzeczy, a mianowicie o zakorzenieniu człowieka w danej społeczności. I nie chodzi tu o jakąś globalną spuściznę kulturową, czy cywilizacyjną, ale o tzw. małą ojczyznę, którą jeszcze nie tak dawno, na gruncie religijnym była parafia; konkretny Dom Boży, konkretny proboszcz, czy wreszcie konkretne sprawy związane choćby i z materialnym wymiarem funkcjonowania tejże parafii.
Dla moich rówieśników, czyli dla trzydziestoparolatków, tak rozumiana parafia przestała być ośrodkiem społecznego życia religijnego. Złożyło się na ten stan wiele czynników, z których najważniejszym jest chyba tzw. wymóg mobilności związany z trudnym rynkiem pracy i przymusem szukania tejże poza miejscem urodzenia, a co za tym idzie poza miejscem, w którym przystępowało się do chrztu, komunii, bierzmowania, itd.
Błędem byłoby oczywiście twierdzić, że owa globalna migracja zarobkowa i brak zakorzenienia, wpływa na religijność człowieka, w jej podstawowym wymiarze: wiary w dogmaty, czy kierowania swoim życiem według fundamentalnych zasad katolicyzmu. Bo podstawa wiary zostaje ta sama, a dopiero na gruncie międzyludzkich relacji, których jakości ma być ona wyznacznikiem, ów wpływ ma znaczenie zasadnicze. Człowiek bowiem, wyrwany ze swej pierwotnej, naturalnej wspólnoty, związanej z miejscem zamieszkania, szuka zakorzenienia gdzie indziej. Mało tego: współczesny trzydzistoparolatek, mając świadomość, że konkretne miejsce zamieszkania, a więc i przynależność do konkretnej wspólnoty parafialnej, są w jego przypadku prawdopodobnie tymczasowe, szuka tej wspólnoty w innych rejonach swojej egzystencji; szuka takiej wspólnoty, która pozwoli mu na stałe w niej uczestniczenie. Pomocą zaś w tych poszukiwaniach są mu prasa, telewizja, czy - w coraz większym stopniu - internet. One to sprawiają, że podstawową formą wspólnoty religijnej staje się wspólnota ludzi, których łączą – związane z nauczaniem kościoła – wspólne poglądy społeczne, polityczne, czy nawet moralne. Te zaś mają swoje źródło i w jakimś sensie różnicują polskich katolików ze względu na wykształcenie, miejsce zamieszkania, status społeczny, czy wreszcie wiek.
Z czystym sumieniem można więc powiedzieć, że początek XXI wieku niesie ze sobą widoczne znaki przełomu w czymś, co można nazwać „strukturą” życia religijnego, w jego ziemskim wymiarze. Jeżeli bowiem dotychczas odpowiednikiem starożytnej gminy chrześcijańskiej była parafia, to obecnie staje się nim wspólnota poglądów wynikających z tzw. społecznej nauki kościoła.
Idąc dalej tym tokiem rozumowania, zbliżamy się nieuchronnie do stwierdzenia, że wspólnota parafialna, czyli ta, która łączy ludzi konkretnym miejscem zamieszkania, traci swój, utrwalony tradycją, status podstawowej komórki życia religijnego. Inaczej mówiąc, owa starożytna ecclesia, czyli wspólnota tzw. kościołów lokalnych, na gruncie ontologicznym uległa całkowitemu przeobrażeniu. Jeżeli bowiem współcześnie mówimy o jedności Kościoła Powszechnego, mamy na myśli raczej wspólnotę różnych myśli, idei społecznych, moralnych i etycznych wyrastających ze wspólnego pnia – wiary w zmartwychwstanie Chrystusa.
Trzeba również zwrócić uwagę na fakt, że tak rozumianej wspólnoty nie można utożsamiać z tzw. communio, czyli tym co stanowi jedności Kościoła, rozumianego jako mistyczne ciało Chrystusa. Wspólnota, o której mówię, ma przede wszystkim wymiar ziemski, społeczny, dotyczący tego, co tu i teraz i odnosi się do tych aspektów religijnego funkcjonowania, które ogólnie nazwane zostały społeczną nauką Kościoła.
Teza o wielości wspólnot chrześcijańskich, których istnienie determinowane jest nie miejscem zamieszkania, lecz bardziej abstrakcyjną miarą, łączącą ludzi według ich przekonań czy poglądów, niesie ze sobą dość ryzykowny wniosek, mówiący o tym, że współczesna ecclesia ma być połączeniem owych poglądów; połączeniem w Chrystusie, tak jak kiedyś, w starożytności, połączone zostały lokalne wspólnoty chrześcijańskie. To trudne zadanie spoczywać ma zaś na barkach duchownych, którzy z racji swego wykształcenia, oraz funkcji jaką spełniają w Kościele, mają ku temu największe predyspozycje.
Stawiając bowiem tezę, że to nie parafia, ale media nadają ideologiczny kształt współczesnym chrześcijańskim wspólnotom, trzeba sobie zdać również sprawę z faktu, że ogólnie rozumiana katechizacja także odbywa się głównie za pomocą mediów. I właśnie w tym widziałbym największe zagrożenie, bo – jak nauczał Jan Paweł II - „wspólnota parafialna, jako zajmująca szczególne miejsce, powinna pozostać krzewicielką i inspiratorką katechezy”. Chodzi tu oczywiście o to, że tylko i wyłącznie parafia, w której życiu uczestniczą osoby o różnych poglądach dotyczących społecznej nauki Kościoła, jest zdolna złączyć ich w akcie komunii, która w eucharystii staje się znakiem jedności Kościoła, bo tym jest przecież Kościół: zbiorem ludzi, którzy w akcie komunii jednoczą się w mistycznym ciele Chrystusa. Media takiej mocy nie mają. Mało tego: media, przejmując rolę katechety, odzierają wiarę z autentyczności i głębi; tym samym staje się ona czymś na kształt konstrukcji intelektualnej, jeszcze jednego światopoglądu, który nie jest ani lepszy, ani gorszy od innych.
Pisząc o owych zagrożeniach nie chciałbym oczywiście umniejszać roli mediów, ani też odbierać im prawa do kształtowania społecznych postaw wynikających z wyznawanej wiary. Problem bowiem nie tkwi w mediach, ale w sytuacji, w jakiej znalazł się wspomniany na początku, młody człowiek, dla którego parafia, lokalna wspólnota, stała się wspólnotą przypadkową, a co za tym idzie, wspólnotą, którą traktuje tymczasowo.
W tym momencie należałoby sobie zadać pytanie, czy istnieją jakiekolwiek sposoby na to, aby przywrócić parafii jej rolę, jaką niechybnie powinna odgrywać w społecznym życiu Kościoła? Przyznam szczerze, że nie potrafię na to odpowiedzieć. Rozwiązaniem mogłyby być organizacje świeckie, typu Akcja Katolicka, Opus Dei, czy prężnie działające przy wielu parafiach Koła Przyjaciół Radia Maryja. Chodzi jednak o to, że rola tych organizacji w kształtowaniu katolickich postaw społecznych jest niepomiernie mała w porównaniu z rolą jaka przynależy w tym względzie mediom. Mało tego, w dużym stopniu obraz i kształt tych wszystkich organizacji formują również media. Mam tu na myśli choćby takie czasopisma jak „Tygodnik Powszechny”, „Nasz Dziennik”, które trudno posądzić o brak treści ewangelicznych. Jednak różnice, jakie występują w nich na gruncie rozumienia społecznej nauki Kościoła, są dość wyraźnie. Funkcjonowanie zaś tych dwóch przykładowych czasopism i ich, jak dla mnie, zbyt duży wpływ na świeckie organizacje katolickie, jest jeszcze jednym dowodem na to, że zostały zachwiane proporcje między rolą mediów, a rolą konkretnej wspólnoty parafialnej w społecznych strukturach życia Kościoła.
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że niemożliwym i bezsensownym byłoby wymagać od mediów, aby nałożyły na siebie kaganiec, który ograniczałby ich wpływ na polski Kościół Katolicki, bo jak już wcześniej napisałem, problem nie w mediach, ale w tym, że dla owego trzydziestoparolatka, który miejsce zamieszkania zmienia raz na pięć, sześć lat, nie wypracowano takiego modelu parafii, który pozwoliłby jej spełniać funkcję, jaką w strukturach Kościoła spełniać powinna, czyli dawać człowiekowi możliwość działania we wspólnocie i dla wspólnoty.


Komentarze
Pokaż komentarze