7 kwietnia. Godzina 17.30. Podchodzę do drzwi domu parafialnego, gdzieś tam musi być i kancelaria parafialna. Nie byłem tu od lat. W samej kancelarii byłem tylko raz. Drzwi są zamknięte. Na początku jestem sam, jednak już po chwili przyjeżdża jakaś starsza pani w wiadomo-jakim-berecie i jakaś para – facet i kobieta. Pewnie zaciążyła, „ślub cza będzie brać.”
Czekamy. Ksiądz się spóźnia. Pol godziny. Czekanie na apostazje jest mile.
Wreszcie pojawia się postać średniego wzrostu, ubrana w sutannę, siwe włosy. Ksiądz nuci coś pod nosem, jest w dobrym humorze. Otwiera drzwi, wchodzi, ja chce wejść za nim, jednak przede mnie wpycha się starsza pani w berecie.
-
Mogę pierwsza?
-
Ależ oczywiście... (Jak się tak jej spieszy, to niech przyjeżdża pierwsza...)
-
Chodź, chodź, Czerwony Kapturku – mówi do starszej pani ksiądz.
Po księdzu i jego Czerwonym Kapturku wchodzimy ja i ciężarna para. Sama kancelaria parafialna to mały pokoik, my czekamy w ganku. Czerwony Kapturek płaci za coś i szybko znika. Czas na mnie.
Wchodzę do kancelarii. Stoi w niej biurko, naprzeciw niego trzy krzesła. Ściany obwieszone są zdjęciami biskupa łowickiego, zmarłego papieża, zycjacego papieża i jeszcze jednego pana w sukience, którego nie znam.
-
Siadać – mówi ksiądz dziwnym, ale uprzejmym głosem. Nadal nuci pod nosem (O Dio mio... blablabla... Delle creature...). - Tak?
-
Ja w sprawie apostazji... To znaczy, w sprawie wypisania się z KK. Ja telefonowałem z księdzem wikarym, ale...
-
A, tak, tak, to PAN. (a więc o mnie rozmawiali). No trzeba będzie podpisać jedno oświadczenie... W którym roku przyjął pan chrzest?
-
Urodziłem się w 1990 r., we wrześniu, chrzest był więc pewnie jakoś pod koniec roku... Nie sadze, żeby moi rodzice jakoś długo z nim zwlekali...
Znalezienie księgi z aktem mojego chrztu zajmuje jakieś 10 min. W tym czasie udaje nam się nawet wymienić dwa wymuszone zdania na temat piękna włoskiego i Włoch jako kraju.
-
A, tu pan jest... - ksiądz pokazuje mi mała, ciasno zapisana rubryczkę. Tym właśnie jesteśmy w KK. Kilkoma cyferkami, nazwiskiem i imieniem. Ksiądz pisze, ze wyżej wymieniony składa oświadczenie i apostazji. - proszę tu podpisać.
Moja prawa ręka lekko drży, gdy składam swój podpis. Nie wiem, czy z radości, czy z podniecenia, czy dlatego, ze w kancelarii jest zimno.
Moje imię. Moje nazwisko. I nie jestem już w Kościele Katolickim.
-
Tak, tak... - zaczyna ksiądz – to bardzo smutne, BARDZO smutne... można zapewne zapytać, jaka jest przyczyna tej... decyzji?
-
Hmm... Moja poglądy zupełnie nie zgadzają się z poglądami KK..? - sam nie wiem, przecież to temat na książkę.
-
… albowiem każdy skutek ma swoja przyczynne, nieprawdaż? - niewidzialny dla mnie duch święty zstępuje na księdza, który zaczyna mówić głębokim, uduchowionym głosem. Każde zdanie zaczyna zawierać w sobie „tudzież”, „zaiste” lub „jednakowoż”. Chce mi się śmiać.
-
Ja... nie wierze w żadnego boga.
-
No, tak, to może być przyczyna – oczy księdza wypełnia coś, czego nie umiem opisać. Pogarda? Plastikowy smutek? - To by było wszystko.
-
Już? O... myślałem, ze jakieś zaświadczenie dostane, czy coś...
-
Tutaj nie potrzeba świstków i zaświadczeń... Chyba, ze ze względów ideologicznych...
-
A, to tak, chętnie, to ja poproszę zaświadczenie. Na pamiątkę. Jeżeli to nie problem.
Ksiądz nie wierzy własnym uszom. Zaczyna marudzić, ze to potrwa, ze musi na komputerze...
-
Nic nie szkodzi, niech ksiądz nawet napisze normalnie, ręcznie, długopisem...
Ksiądz ma ładne pismo.
Stempel. Pieczątka parafii. Wyciągam rękę po dokument.
Ksiądz, sam do siebie, mówi – Basta! Wystarczy!
Ja dziękuje mu za uprzejmość i współprace. Życzę miłego dnia. Wychodzę, mijając ciężarna parę, która patrzy na mnie zszokowana.
W reku trzymam dowód, ze nie jestem już katolikiem.
Nie jestem już w zbrodniczej organizacji.
Niewiele to zmienia. Na dwozu nadal zimno.
Ale ja czuje się o wiele lepiej.
O wiele lepiej.
7 kwietnia. Godzina 18.30.


Komentarze
Pokaż komentarze (36)