kicur kicur
119
BLOG

Nie jestem juz katolikiem.

kicur kicur Rozmaitości Obserwuj notkę 36

7 kwietnia. Godzina 17.30. Podchodzę do drzwi domu parafialnego, gdzieś tam musi być i kancelaria parafialna. Nie byłem tu od lat. W samej kancelarii byłem tylko raz. Drzwi są zamknięte. Na początku jestem sam, jednak już po chwili przyjeżdża jakaś starsza pani w wiadomo-jakim-berecie i jakaś para – facet i kobieta. Pewnie zaciążyła, „ślub cza będzie brać.”

Czekamy. Ksiądz się spóźnia. Pol godziny. Czekanie na apostazje jest mile.

 

Wreszcie pojawia się postać średniego wzrostu, ubrana w sutannę, siwe włosy. Ksiądz nuci coś pod nosem, jest w dobrym humorze. Otwiera drzwi, wchodzi, ja chce wejść za nim, jednak przede mnie wpycha się starsza pani w berecie.

 

  • Mogę pierwsza?

  • Ależ oczywiście... (Jak się tak jej spieszy, to niech przyjeżdża pierwsza...)

  • Chodź, chodź, Czerwony Kapturku – mówi do starszej pani ksiądz.

 

Po księdzu i jego Czerwonym Kapturku wchodzimy ja i ciężarna para. Sama kancelaria parafialna to mały pokoik, my czekamy w ganku. Czerwony Kapturek płaci za coś i szybko znika. Czas na mnie.

Wchodzę do kancelarii. Stoi w niej biurko, naprzeciw niego trzy krzesła. Ściany obwieszone są zdjęciami biskupa łowickiego, zmarłego papieża, zycjacego papieża i jeszcze jednego pana w sukience, którego nie znam.

 

  • Siadać – mówi ksiądz dziwnym, ale uprzejmym głosem. Nadal nuci pod nosem (O Dio mio... blablabla... Delle creature...). - Tak?

  • Ja w sprawie apostazji... To znaczy, w sprawie wypisania się z KK. Ja telefonowałem z księdzem wikarym, ale...

  • A, tak, tak, to PAN. (a więc o mnie rozmawiali). No trzeba będzie podpisać jedno oświadczenie... W którym roku przyjął pan chrzest?

  • Urodziłem się w 1990 r., we wrześniu, chrzest był więc pewnie jakoś pod koniec roku... Nie sadze, żeby moi rodzice jakoś długo z nim zwlekali...

 

Znalezienie księgi z aktem mojego chrztu zajmuje jakieś 10 min. W tym czasie udaje nam się nawet wymienić dwa wymuszone zdania na temat piękna włoskiego i Włoch jako kraju.

 

  • A, tu pan jest... - ksiądz pokazuje mi mała, ciasno zapisana rubryczkę. Tym właśnie jesteśmy w KK. Kilkoma cyferkami, nazwiskiem i imieniem. Ksiądz pisze, ze wyżej wymieniony składa oświadczenie i apostazji. - proszę tu podpisać.

 

Moja prawa ręka lekko drży, gdy składam swój podpis. Nie wiem, czy z radości, czy z podniecenia, czy dlatego, ze w kancelarii jest zimno.

Moje imię. Moje nazwisko. I nie jestem już w Kościele Katolickim.

 

  • Tak, tak... - zaczyna ksiądz – to bardzo smutne, BARDZO smutne... można zapewne zapytać, jaka jest przyczyna tej... decyzji?

  • Hmm... Moja poglądy zupełnie nie zgadzają się z poglądami KK..? - sam nie wiem, przecież to temat na książkę.

  • … albowiem każdy skutek ma swoja przyczynne, nieprawdaż? - niewidzialny dla mnie duch święty zstępuje na księdza, który zaczyna mówić głębokim, uduchowionym głosem. Każde zdanie zaczyna zawierać w sobie „tudzież”, „zaiste” lub „jednakowoż”. Chce mi się śmiać.

  • Ja... nie wierze w żadnego boga.

  • No, tak, to może być przyczyna – oczy księdza wypełnia coś, czego nie umiem opisać. Pogarda? Plastikowy smutek? - To by było wszystko.

  • Już? O... myślałem, ze jakieś zaświadczenie dostane, czy coś...

  • Tutaj nie potrzeba świstków i zaświadczeń... Chyba, ze ze względów ideologicznych...

  • A, to tak, chętnie, to ja poproszę zaświadczenie. Na pamiątkę. Jeżeli to nie problem.

 

Ksiądz nie wierzy własnym uszom. Zaczyna marudzić, ze to potrwa, ze musi na komputerze...

 

  • Nic nie szkodzi, niech ksiądz nawet napisze normalnie, ręcznie, długopisem...

 

Ksiądz ma ładne pismo.

Stempel. Pieczątka parafii. Wyciągam rękę po dokument.

Ksiądz, sam do siebie, mówi – Basta! Wystarczy!

 

Ja dziękuje mu za uprzejmość i współprace. Życzę miłego dnia. Wychodzę, mijając ciężarna parę, która patrzy na mnie zszokowana.

 

W reku trzymam dowód, ze nie jestem już katolikiem.

Nie jestem już w zbrodniczej organizacji.

 

Niewiele to zmienia. Na dwozu nadal zimno.

 

Ale ja czuje się o wiele lepiej.

O wiele lepiej.

 

7 kwietnia. Godzina 18.30.

kicur
O mnie kicur

Aber ich habe nichts zu Benennen, alles hat einen Namen, und was keinen Namen hat, das gibt es nicht. Im Gegenteil: es gibt viele Namen für Dinge, die es nicht gibt...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (36)

Inne tematy w dziale Rozmaitości