Wybrałem się wiosną do pewnego urzędu. Już od progu zaskoczyła mnie panująca w nim pustka i spokój. Zazwyczaj kłębił się na korytarzu niecierpliwy tłum, a teraz nikogo. Zadowolony wszedłem załatwić swoją sprawę, a tu kolejna niespodzianka: urzędnicy lodowato nieuprzejmi zaczynają ze mną rozmowę od straszenia i informowania o czekających mnie jakby co restrykcjach. Nie wiedzieli bidusie, że trafili na niespotykanie spokojnego człeka. Tyle akurat mi potrzeba, bym eksplodował. No więc zrobiłem im natychmiast wykład o rządach Platformy i o obietnicach przedwyborczych tej partii. O dziwo słuchali, a co jeszcze dziwniejsze nie zareagowali nerwowo na mój wybuch, tylko jeden nieśmiało bąknął, że może PO to najmniejsze zło... i tym mnie doładował. Pojechałem na całego. I znów zaskoczenie. Urzędnicy jeszcze bardziej grzeczni, a nawet jakby odpowiadający z sympatią. No to i ja odpuściłem. Pogadaliśmy o życiu, o ostatnich dwudziestu latach rozpindalania kraju przez bandy złodziejaszków i dyletantów, o spuściźnie komuny, po czym zostałem już bez straszenia obsłużony i zadowolony opuściłem przybytek administracji państwowej.
Na początku sierpnia musiałem w tym samym urzędzie załatwić kolejną sprawę. Znów pustka, żadnego petenta. Tym razem obsłużyła mnie sama pani kierownik. Była więcej niż sympatyczna. Wszystko poszło bez problemu, mimo że moje oczekiwania naruszały, jak przypuszczam, platformerskie rozporządzenia. Kiedy opuszczałem już rzeczony urząd , pożegnał mnie z uśmiechem sympatii pan, który wiosną wyraził nadzieję, że Platforma to mniejsze zło. I żeby nie było wątpliwości, zaznaczył: pamiętam, pamiętam...
Idzie ku lepszemu.




Komentarze
Pokaż komentarze (24)