W tym roku mija dwudziesty rok istnienia amatorskiej grupy filmowej Sky Piastowskie. W 1990 roku kilku chłopaków z zielonogórskiego osiedla wypożyczyło kamerę VHS i rozpoczęło swoją przygodę z kinematografią. W 1992 roku nakręcili swój pierwszy film „Terminator 3”. Straaaszne gówno, jeśli ktoś by się mnie zapytał o zdanie ;), no, w każdym razie, nie był to debiut na miarę Tarantino. Później przyszły kolejne lepsze lub (częściej) gorsze filmy, aż w 2000 roku nakręcili „Że życie ma sens”. Do tej pory pamiętam szok, jaki przeżyłam po pokazie filmu w jakiejś spelunce na Bemowie. Naprawdę, najlepszy film o narkotykach i spustoszeniu, jakie robią w naszej psychice. Chyba jedynie „Requiem dla snu” robi mocniejsze wrażenie, ale Requiem kosztował ileśtam milionów baksów a na produkcję „Że życie…” wydano marne 5 tysięcy złotych.
W „Życiu” fenomenalne role zagrali Tomasz Burka, jako szef dilerów i Krzysztof Czarkowski jako Vincent, rozsądny konsument "włada, zwanego inaczej amfetaminą", który po prostu wie, kiedy przestać. W każdym normalnym kraju… (wiem, że to wyświechtany chwyt retoryczny, ale mimo wszystko go użyję), tak więc w każdym normalnym kraju po takich genialnych, charakterystycznych aktorów ustawiłaby się kolejka reżyserów i producentów filmowych. Ale nie u nas – u nas, jak w czechosłowackich filmach z lat osiemdziesiątych, grać w „gównonurtowych” filmach mogą tylko ci, którzy już grali w takich filmach, czyli Bronisław Linda, Cezary Pazura i ostatnio Borys Szyc.
Później było nieco gorzej. Po sukcesie „Życia” Sky Piastowskie nakręcili znacznie gorszy „Dzień, w którym umrę” (2004), mający chyba opowiadać wg autorów o wyzwoleniu głównego bohatera z krępujących norm społecznych, a jest to moim skromnym zdaniem, po prostu krępujące studium rozwoju schizofrenii. Dwa lata temu powstało „Osiem w poziomie” (2008), którego niestety nie udało mi się obejrzeć (trailer, który znalazłam na jutjubie nie pozwala mi jednak być optymistką).
Dzisiaj dowiedziałam się, że Sky Piastowskie planuje nakręcenie w tym roku sequela „Że życie ma sens”. Nie wiem do końca, co o tym sądzić, ale chyba się cieszę. Z jednej strony obawiam się, że będzie to odcinanie kuponów od sukcesu pierwszej części. Z drugiej, Burka i Czajkowski nie zginęli w pierwszej części i znowu będę miała przyjemność obejrzeć ich grę aktorską ;) Niestety Sky Piastowskie ogłosili, że po ukończeniu filmu, grupa zostanie definitywnie rozwiązana.
Historia grupy pokazuje słabość polskiej kinematografii, która nie potrafiła (a tak naprawdę chyba po prostu nie chciała) wykorzystać niewątpliwego zapału i olbrzymiego talentu „amatorów” z Zielonej Góry. Piszę „amatorów” w cudzysłowie, bo chyba każdy, kto obejrzy „Życie” przekona się, że mają oni więcej serca i profesjonalizmu niż większość polskich filmowców produkujących taśmowo kolejne polkomromy w stylu „Kochajta i róbta co chceta”.
Tomasz Burka, jako szef dilerów:
Krzysztof Czarkowski, jako miłośnik "włada" w finałowej scenie filmu (od 6:56), wcześniej występuje Grzegorz Lipec, scenarzysta i reżyser, lider grupy:



Komentarze
Pokaż komentarze (1)