Jan Maria Rokita przegrał jakiś proces, ale nie o kapelusz z samolotu Lufthansy, tylko o coś innego. Zdaje się, że chodziło o proces wytoczony przez byłego szefa policji Konrada Kornatowskiego, w którym ten domagał się przeprosin, po tym jak były poseł zarzucił mu tuszowanie sprawy zabójstwa Tadeusza Wądołowskiego. Jak tam było, tak było, w każdym bądź razie wyszło na to, że Rokita nie chce zapłacić (czy to za przeprosiny zamieszczone w gazetach, czy też dla poszkodowanego), wobec tego komornik zaczął dobierać się do jego majątku. Z pewnością nie jest to nic przyjemnego, ale nie on jeden tak ma.
Europoseł Marek Migalski wpadł ma pomysł, żeby politycy zrzucili się i spłacili dług swego kolegi po fachu. Pomysł okazał się chybiony, bo nie tylko, że Rokita, który wydawał się być zainteresowany tym przedsięwzięciem a przynajmniej na to wskazywał jego wywiad dla Wprost, nie podał swego numeru konta, na który to koleżki mogliby wpłacać mu pieniądze to jeszcze inicjator pomysłu europoseł Marek Migalski nie zebrał dla Rokity ani złotówki.
Zanim europoseł Marek Migalski został europosłem robił w telewizorze za eksperta od polityki, przedstawiał różne karkołomne scenariusze, z których nie wiem czy choć jeden się sprawdził, pisał fachowe książki, a o tym, że sitwy rządzące wyższymi uczelniami postanowiły nie przepchnąć mu habilitacji dowiedziała się dzięki telewizorowi cała Polska. Przy okazji sprawy tej habilitacji różni mądrzy ludzie z telewizora zapewniali, że pan Marek Migalski jest bardzo mądry i w ogóle. Z obserwacji moich wynika, że byle gówno może robić za habilitacje, pod warunkiem, że ma się silne plecy. Ale nie to jest ważne, pytanie jest inne. Jak to jest, że ktoś robi za eksperta od polityki, pisze politologiczne książki, pracuje na wyższej uczelni, a jak przyjdzie do realnego działania w polityce to efektem tych realnych działań jest zero. No to w końcu fachowiec od polityki czy partacz?
Zauważmy przy tym, że skoro pan europoseł Marek Migalski nie zebrał „nawet złotówki”, to znaczy, że i sam inicjator zrzutki nie zaofiarował dla Rokity nawet monety jednozłotowej. Pewnie ubożuchna pensja europosła nie pozwalała na wysupłanie nawet najmniejszej sumy. Ale oni już tak mają. Najpierw zabierają ludziom pieniądze w formie podatków, później wymyślają jakąś głupotę typu dopłaty na zakup mieszkania, albo domu, sami się na tym obłowią a później każą nam za to być wdzięcznymi. Tym razem z tej głupoty nic nie wyszło, ale tylko dlatego, że politycy mieli sami się opodatkować na Rokitę, a dobrowolnie przecież nikt się nie opodatkuje, a już na pewno nie politycy. Cała szczęście, że Rokita poszedł w odstawkę, bo inaczej sejm by nam kazał spłacić jego długi. A my już nie mielibyśmy wyboru, więc od pogłównego na Rokitę byśmy się nie wywinęli. I oby nie wrócił do polityki, bo podatków mamy za dużo a nie za mało.
Ale mniejsza z tym. Ważniejsze jest jednak, że sytuacja ta czarno na białym pokazuje, że politycy zagarniają forsę tylko pod siebie a od siebie nic nie dają. No bo niby dlaczego jeden złodziej z drugim ma dzielić się łupem z Rokitą, którego akurat opuścił dobry fart. I tacy ludzie nami rządzą, „dbają o rozwój gospodarczy”, „o bezpieczeństwo Polski”, „walczą o polskie interesy w Brukseli” itd. Wiadomo, że inni politycy nie byli do niczego zobowiązani, ale europoseł Marek Migalski, skoro sam wymyślił tą hecę, to mógłby dać chociaż tą złotówkę.
Sprawa Rokity pokazuje jak wiele w Polsce zależy od dobrego fartu. A dobry fart od czego? Pewnie od znajomości, a jeszcze lepiej od poparcia służb specjalnych PRL. Pan doktor Andrzej Olechowski zapewne zgodziłby się ze mną. Kiedyś w programie Tomasza Lisa na każde słowo Jana Marii Rokity publiczność, jak po naciśnięciu guzika, reagowała owacjami, chociaż nic mądrego nie powiedział, a teraz jest ciągany po sądach, skazywany, komornik dobiera mu się do konta.
Kiedyś dwoje czy troje mędrków, zdaje się z PAN czy czegoś podobnego, pomówiło mnie o antysemityzm, a MSW ich mądrości zamieściło na swojej stronie internetowej. Ciekawe, czy gdybym wytoczył im proces o zniesławienie czy tam o coś, to sąd też by ich zaraz skazał, kazał bulić, a gdyby się ociągali to komornik by się im do kont dobrał? To oczywiście pytanie retoryczne, bo wiadomo, że skończyłoby się na tym, że sąd kazałby mi zapłacić koszty procesu. Tak to jest w III RP.


Komentarze
Pokaż komentarze